Archipelag

Niemcy w Bielsku-Białej

Historia wielu miejscowości na Górnym Śląsku, zarówno małych wiosek, jak i prężnie rozwijających się miast, często rozpoczyna się mniej więcej w tym samym czasie, a więc pomiędzy połową XIII a połową XIV wieku. Był to okres w dziejach regionu niezwykle ważny. Z pubktu historii politycznej, były to czasy największego rozbicia dzielnicowego, tworzenia się wielu malutkich księstw, których obszar bywał mniejszy niż obszar współczesnych powiatów. Ich władcy, choć wszyscy legitymowali się świetną przeszłością królewskiego domu Piastów, w większości posiadali jednak bardzo ograniczone możliwości sprawowania władzy i z tego powodu w większości stawali się zależni – czy to od królów czeskich, czy polskich, czy po prostu nieco silniejszych, lecz również podległych już komuś sąsiadów. Paradoksalnie jednak, to właśnie w tym okresie politycznego zamieszania przypadł szczytowy moment w rozwoju kolonizacji. Można nie bez przesady stwierdzić, że co czwarta istniejąca na Górnym Śląsku miejscowość powstała lub została relokowana właśnie w omawianym okresie, a ilość powstających wówczas wsi, osad i kolonii była większa nawet niż w najbardziej dynamicznych czasach rozwoju przemysłu i powstawania nowych kolonii robotniczych.

Wiele z powstałych wówczas miejscowości zamieszkiwana była przez osoby przybywające z zachodu. W większości byli to „Niemcy”, a dokładnie mieszkańcy licznych księstw i państewek, często przeludnionych, ale nie tylko – wśród kolonistów byli również mieszkańcy z obszarów obecnego Beneluxu czy nawet wschodniej Francji. Oprócz nich pojawiali się także mieszkańcy Czech i Dolnego Śląska, w większości też niemieckojęzyczny – w tej grupie bowiem przeważali potomkowie kolonistów z najwcześniej założonych osad, którzy wędrując dalej na wschód szukali nowego miejsca dla siebie. Ze względu na pochodzenie kolonistów, zjawisko to określa się w polskiej historiografii mianem „kolonizacji niemieckiej” lub „zachodniej”. W literaturze niemieckiej zaś najczęściej używanym zwrotem jest „Ostsiedlung”.

Różne były dzieje wsi zakładanych przez kolonistów, jak i potomków tychże kolonistów. Czasami po kilku wiekach kontaktów z sąsiadami ulegały one swoistej slawizacji, zatracając zarówno język, jak i zwyczaje. Wiele jednak wsi zachowało swą odrębność, najczęściej dzięki zachowaniu pewnej izolacji od sąsiadów (jak w przypadku opisanego wcześniej Schoenwald/Bojkowa), a czasami korzystając z faktu, że w niedalekiej odległości istniały podobne wsie, umożliwiające wspólne podtrzymywanie języka i tradycji. Zjawisko to określa się mianem wysp językowych, co jest kalką językową z niemieckiego i stosowanego w tamtejszej literaturze określenia „Sprachinsel”.

Jednym z najwybitniejszych, a na pewno najbardziej oddanych zagadnienio „Ostsiedlung” i „Sprachinseln” badaczy był Walter Kuhn. Spod jego pióra wyszła ponad setka artykułów, monografii i prac zwartych w większości poświęconych właśnie kształtowaniu się, dziejom i dziedzictwu niemieckich wysp językowych na Śląsku, ale także w innych obszarach wschodniej Europy. I choć część spostrzeżeń Kuhna bywała tematem długotrwałych polemik i krytycznych recenzji, to jednak obiektywnie trzeba przyznać, że dorobek tego badacza zasługuje na ogromny szacunek, a wiele jego opracowań stanowi do dnia dzisiejszego podstawową literaturę w odniesieniu do czasów kolonizacji i losów żyjących na Górnym Śląsku potomków przybyłych z zachodu kolonistów.

Dzięki badaniom Waltera Kuhna wiemy obecnie o wiele więcej na temat osadnictwa zachodniego na Górnym Śląsku i dalszych losów kolonistów. Jest to jednak tylko jeden z powodów, by we wstępie do tego tekstu wspomnieć tego wybitnego niemieckiego badacza. Drugim z powodów jest fakt, że sam Kuhn pochodził z obszaru, który określić możemy jako jedną z największych i najbardziej interesujących wysp ludności niemieckiej. I – paradoksalnie – jest to chyba najmniej znany spośród wszystkich tego typu obszarów na całym Górnym Śląsku.

Dzieje ludności niemieckiej żyjącej przez wiele wieków w Bielsku i okolicach to dzieje niełatwe, pełne nieznanych, często niezwykle dramatycznych, a obecnie niemal całkowicie zapomnianych momentów. W wielu opracowaniach historii Bielska wydanych w XX wieku wątek niemieckiego dziedzictwa miasta został niemal całkowicie pominięty. To trochę tak jak z życiorysem bielszczanina Waltera Kuhna, który przez pryzmat nie tylko zainteresowań badawczych, ale też kilku faktów ze swego życiorysu (referaty podkreślające wyższy poziom cywilizacyjny kolonistów od słowiańskich autochtonów, członkostwo w NSDAP) również uznawany bywa jeszcze dziś za badacza godnego jedynie przemilczenia. Nie na tym jednak polega opowiadanie o historii.

Mieszkańcy ziemi niczyjej

Obszar, jaki obecnie zajmuje miasto Bielsko-Biała, to niezwykle urokliwy zakątek Górnego Śląska. Głębokie doliny ciągnącę się pomiędzy mniejszymi i większymi wzniesieniami przedgórza beskidzkiego (często określanego ukutym dość niedawno określeniem Podbeskidzie), zasobne w wodę i nadające się do uprawy gleby, stanowiły może nie idealne, ale na pewno przyjemne miejsce do życia. Owszem, kapryśna górska pogoda, częstsze niż gdzie indziej wiosenne powodzie i wzbierające przy każdym większym deszczy rzeczki wymagały hartu ducha, a także sporej wiedzy na temat prowadzenia upraw i gospodarowania. Ziemia jednak potrafiła się odwdzięczyć.

We wczesnym średniowieczu, w czasach plemiennych i wkrótce po nich, obszar ten stanowił pustkę osadniczą. Jej istnienie wynikało nie tyle z braku chętnych do zamieszkania, lecz z roli, jaką ziemie te odgrywały.

Pomiędzy ziemiami zamieszkiwanymi przez poszczególne plemiona czy wczesnośredniowieczne państwa wytyczone były szerokie obszary gęsto zalesionych kniei, pełniące rolę naturalnych granic. Były trudne do przebycia i dobrze spełniały rolę naturalnej bariery. Aby ich forsowanie było jeszcze trudniejsze, dbano o ich gęstość, karczując część starych drzewostanów i tworząc gęste młodniki. Wszelkie osadnictwo na takim terenie było nielegalne.

Jedną z najlepiej poznanych rubieży granicznych, której niewielkie skrawki występują jeszcze dziś, była zielona granica oddzielająca plemiona śląskie (Opolan i Gołęszycan) od plemienia Wiślan. W całości porośnięta była gęstą puszczą ciągnącą się od okolic obecnych Tarnowskich gór przez lasy rybnickie, pszczyńskie, aż po rzekę Białą.

Wraz z upływem lat i postępującym scalaniem ziem polskich, rola leśnych limesów zatracała się. Szczególnie było to widoczne na Górnym Śląsku, po tym, jak książę raciborski Mieszko Laskonogi (zwany dawniej Plątonogim) przyłączył do swego księstwa obszar kasztelanii bytomskiej i oświęcimskiej, stanowiący zachodnie skrawki Małopolski. Władając od tej pory ziemiami po obu stronach dawnej granicy, trudna do przebycia i pozbawiona mieszkańców przestrzeń stała się przeszkodą dla dalszego rozwoju księstwa raciborskiego. Z inicjatywy księcia pod koniec XII wieku rozpoczął się proces zagospodarowywania leśnych nieużytków i tworzenia nowych wsi, który w czasie panowania Władysława opolskiego (wnuka Mieszka) przybrał rozmiary wręcz masowej kolonizacji, przesuwając się również na południe i obejmując swym zasięgiem ziemie pomiędzy Cieszynem i Oświęcimiem.

Na przełomie XIII i XIV stulecia akcja lokacyjna objęła niemal całe księstwo cieszyńskie. Szacuje się, że powstało wówczas około 70 nowych wsi. Wówczas też, w dolinach pod Szyndzielnią i Kozią Górą zaczęli pojawiać się pierwsi osadnicy, rozcinając gęste lasy i tworząc pośród nich pierwsze pola uprawne. W przeciwieństwie do niżej położonych, a przez to łatwiejszych do zagospodarowania terenów, kolonizacja przedgórza prowadzona była w większości przez rolników pochodzących z Frankonii, a więc krainy o podobnym, górzystym charakterze. W ciągu kilkunastu lat ich działalność doprowadziła do utworzenia szeregu rolniczych osad rozrzuconych w okolicach grodu w Starym Bielsku, będącym do tego czasu jedyną stałą osadą na tym terenie.

Źródła historyczne nie podają bezpośrednich dowodów wskazujących na to, skąd pochodzili mieszkańcy nowopowstających wsi. Podają natomiast sporo dowodów wskazujących na fakt, że nie byli to autochtoni. Najważniejszymi śladami są nazwy miejscowe, spośród których wiele zostało utworzonych od niemieckich imion właścicieli bądź zasadźców, jak chociażby Nickelstorff (Mikuszowice), Rudgeri villa (Rudzica), Cuncendorf (Kończyce) czy Bertoltovitz i Muthindorf (obecnie połączone razem jako Komorowice). Również występujące w dokumentach imiona miejscowych plebanów, takie jak Henricus w Starej Wsi, Willielmus w Pisarzowicach, Rudgerus w Dankowicach czy Theodoricus w Bestwinie wskazują na ich niemieckie pochodzenie.

Nie była to oczywiście reguła – zarówno tu, jak i na innych obszarach Śląska, nawet całkowicie niemieckie pod względem językowym osady miewały słowiańsko brzmiące nazwy, często będące nazwami zwyczajowymi danego obszaru (lasu, zagajnika, rzeczki) używanymi jeszcze przed kolonizacją. Najlepszym przykładem takie wyjątku potwierdzającego regułę jest tu założona przez kolonistów wieś Bielsko, która wkrótce potem uzyskała prawa miejskie i funkcjonowała odtąd pod wtórnie zniemczoną nazwą Bielitz.

Żyjąc „u siebie”

Społeczność osadników z Zachodu stała się bardzo ważnym składnikiem społeczeństwa istniejących na tych terenach księstw, cieszyńskiego i oświęcimskiego. Pomiędzy Wisłą i Sołą ludność niemieckojęzyczna stanowiła znaczny procent mieszkańców, a niektórzy badacze uważali wręcz, że liczbowo górowali nad ludnością słowiańską. Świadczyć o tym może chociażby fakt, że od 1331 roku w dokumentach pochodzących z kancelarii książąt cieszyńskich dotyczących miast i wsi, język łaciński zaczął być stopniowo zastępowany językiem niemieckim. Dochodziło wówczas również do zniemczenia części nazw miejscowych lub tworzenia dwóch, równolegle funkcjonujących nazw. Na przełomie XIV i XV wieku niemiecki był już językiem niemal powszechnie używanym wśród mieszczan obu księstw.

XV stulecie to okres, który można by uznać drugą fazą osadnictwa niemieckiego. Naukowcy po dziś dzień spierają się, co sprawiło, że gdy na całym Górnym Śląsku akcja kolonizacyjna niemal zamarła, to nad Białą i Łękawką pojawiły się licznie nowe grupy osadników. Być może było to spowodowane ucieczkami przed operującymi na Górnym Śląsku wojskami husyckimi czy też bandami raubritterów, które w tym okresie niemal przejęły władzę we wschodnich częściach ziemi oświęcimskiej. Faktem jednak pozostaje, że ludność niemieckojęzyczna zamieszkiwała teraz już niemal w każdej wsi w okolicy kilkunastu kilometrów od Bielska.

Obszar bielskiej wyspy językowej nie był określony żadnymi granicami, tworzył się samorzutnie. Dopiero w 1572 roku książę cieszyński Adam Wacław wydzielił Karlowi Promnitzowi bielskie państwo stanowe, którego obszar w większości pokrywał się z obszarem, w którym Niemcy stanowili znaczną część ludności. Część wsi co prawda nadal zamieszkiwana była też przez ludność polskojęzyczną, lecz to niemiecki stawał się językiem dominującym na obszarze wytworzonej w ten sposób enklawy.

Dominacja ta nie zawsze wynikała tylko i wyłącznie z liczebności, ale po części z zasobności. Okres końca XV i niemal całego XVI wieku to bowiem czasy prosperity Bielska, swoisty złoty wiek. Po inkorporacji księstw oświęcimskiego i zatorskiego do Korony, Bielsko stało się dość niespodziewanie miastem granicznym, co pozytywnie wpłynęło na czerpane przez mieszczan dochody. Rozwijały się karczmy i browary, kwitł handel, a w sposób szczególny rozwijać zaczęły się zakłady tkackie i sukiennicze, które wkrótce stały się swoistym symbolem miasta i całego regionu. Wszystko to wpływało na bogacenie się niemieckiego mieszczaństwa i znaczący wzrost jego znaczenia, kosztem coraz bardziej marginalizowanej mniejszości polskiej. Świadczą o tym chociażby zachowane fragmenty statutu tutejszego cechu sukienników, wedle których „Nikt, kto nie jest pochodzenia niemieckiego i nie mówi po niemiecku, nie może zostać mistrzem cechu”.

Wspomniany okres prosperity przypadł na burzliwe czasy reformacji i następujących po niej działań kontrreformacyjnych na Śląsku. A ponieważ na terenie całego księstwa cieszyńskiego myśli Marcina Lutra spotkały się z wielkim entuzjazmem i niemal powszechnym przyjęciem, niezależnie od języka czy statusu społecznego, prowadzone tu działania mające na celu zahamowanie ilości protestantów w latach późniejszych określić można mianem wyjątkowo ożywionych.

Bielska gmina protestancka uważana była za najsilniejszą na całym Śląsku Cieszyńskim. Gdy w 1582 roku nowym właścicielem bielskiego państwa stanowego został Adam Schaffgotsch, który nie popierał protestantów w sposób tak otwarty i gorliwy jak Karol Promnitz, bielscy luteranie wymogli wystawienie w 1587 roku przywileju gwarantującego, że w mieście będą odbywać się wyłącznie luterańskie nabożeństwa. Wobec zdecydowanego oporu mieszczan, biskupi krakowscy ograniczyli działania kontrreformacyjne głównie do sąsiadujących z Bielskiem wiejskich parafii, widząc szansę głównie w pozyskaniu ludności polskiej. Działania te, choć na wschód od Białej przyniosły pewne rezultaty i kościołowi udało się odzyskać władzę nad obsadą księży w kościołach, doprowadziły jednak do pewnej konsolidacji mieszczan i ludności wiejskiej. Odbywające się przez cały niemal XVII wiek nielegalne nabożeństwa protestanckie, w większości prowadzone przez pastorów z Bielska, doprowadziły do jeszcze ściślejszego zawiązania więzów i dalszego wyodrębnienia ponadgranicznego bielskiej enklawy, która od tej pory oparta była nie tylko na wspólnocie języka i pochodzenia, ale również na wspólnocie religijnej.

Do miasta przybywało również wielu uciekinierów szukających azylu przed prześladowaniami religijnymi. Sporą grupę stanowili niemieccy luteranie z Polski, którzy prześladowani byli i rugowani przez nieprzychylnych protestantom właścicieli ziemskich. Aby zapewnić uciekinierom możliwość pobytu i rozwoju, jeszcze pod koniec XVII wieku na przeciwległym brzegu rzeki Białej, a więc w granicach Rzeczpospolitej, założono osadę tkacką o nazwie Biała. Z zaledwie 13 domów osada szybko się rozrosła, stając się czymś w rodzaju dzielnicy tkackiej, zaopatrującej bielskich kupców w surowce i gotowe wyroby. Już w 1723 roku uzyskała ona prawa miejskie, lecz zachowała swój wytwórczy charakter, będąc czymś w rodzaju kopii macierzystego miasta, niemieckim przysiółkiem w granicach Rzeczpospolitej. Bielsko zaś stało się jednym z ważniejszych miast na Śląsku, czego dowodem było podniesienie rangi bielskiego państwa stanowego i utworzenie księstwa.

Wiedeń – Manchester – Berlin

W 1772 roku doszło do I rozbioru Polski, w którego efekcie ziemie powiatów śląskich, czyli dawnych księstw oświęcimskiego i zatorskiego, wraz z resztą ziem tzw. Galicji, włączono do Monarchii Habsburgów. Bielsko i Biała przestały wówczas być miastami granicznymi, a rzeka Biała miała od tego czasu jedynie charakter granicy wewnętrznej. Wydarzenie to, choć zaskakujące, stało się ogromnym impulsem do rozwoju tego regionu.

Brak granicy celnej pozwolił na bliższą współpracę obu miast, które coraz bardziej przypominało jeden organizm. W 1806 roku w obu miastach działało już osiem napędzanych maszynowo przędzalni, a także kilkanaście mniejszych manufaktur i zakładów przemysłu włókniarskiego. Miasta stały się symbolem rewolucji przemysłowej na ziemiach śląskich będących pod władzą Habsburgów i swoistą odpowiedzią na industrializację pruskiego górnośląskiego okręgu przemysłowego. Ten niepowtarzalny dwumiejski organizm imponował nie tylko poziomem uprzemysłowienia i ilością zakładów, ale też dynamiką rozwoju. Jego obszar w ciągu zaledwie kilku lat uległ podwojeniu, na gruntach sąsiednich wsi powstawały kolejne osady zamieszkane przez zatrudnionych w fabrykach robotników, a nad Białą przybywali kolejni bogaci inwestorzy, zarówno z obszaru całego państwa habsburskiego, jak i spoza jego granic. Gdy w połowie XIX wieku do miasta dotarła kolej, będąca swoistym podkreśleniem wielkomiejskiego już charakteru Bielska i Białej, miasto w niczym nie przypominało już dawnych, nadgranicznych osad. Ze względu na bogatą architekturę i wielkomiejski klimat, nazywano Małym Wiedniem lub Śląskim Wiedniem, ze względu na rozwinięty przemysł zaś mówiono o Małym Manchesterze. Skojarzenia z Reymontowską Ziemią Obiecaną nasuwają się same.

Dynamiczny rozwój obu miast paradoksalnie sprawił jednak, że wraz z rozwojem zaczęły one tracić to, co jeszcze kilka dekad wcześniej było ich absolutnym wyróżnikiem, a mianowicie jednolity językowo i religijnie charakter. Wraz z nowymi miejscami pracy nad Białą zaczęły bowiem pojawiać się coraz to nowsze „ręce do pracy”. Im więcej ich potrzebowano, tym z dalsza przybywały. W 1890 odsetek mieszkańców Bielska z prawem pobytu, a więc tu urodzonych, spadł do zaledwie 31,6%. Miejscowi właściciele, tak jak w XVI wieku, ponownie postanowili bronić swej pozycji. Tym razem trzeba było wymyślić coś innego niż ograniczenia w zapisach cechowych statutów.

Zarówno przedsiębiorcy, jak i władze miejskie, starały się za wszelką cenę ograniczać osiedlanie się w granicach miasta przybywających z całej już niemal Galicji robotników. Ponadto starano się stworzyć pewnego rodzaju zachęty do zamieszkania i podjęcia pracy przez ludność niemiecką z obszaru dawnego księstwa cieszyńskiego czy też pozostałej przy Austrii części księstw opawskiego i karniowskiego. Sprowadzano także Żydów, którzy chętnie się asymilowali. W przypadku ludności polskojęzycznej prowadzono zaś różnego rodzaju akcje germanizacyjne, praktycznie niespotykane nigdzie indziej, zwłaszcza w cieszącej się autonomią Galicji. Z tego powodu miasto otrzymało jeszcze jeden przydomek i zamiast zwać je małym Wiedniem czy małym Manchesterem, ze względu na wszechobecną germanofilię i podkreślanie niemieckości na każdym kroku nazywano je małym Berlinem. Dzięki tym restrykcyjnym działaniom udało się utrzymać przewagę języka niemieckiego – deklaracje językowe w spisach z lat 1880 do 1910 nadal wskazywały, że prawie 80% ludności Bielska posługuje się językiem niemieckim. Można jednak przypuszczać, że ze względu na faworyzowanie tego języka część osób bała się przyznać do posługiwania się językiem innym niż niemiecki. Czy było to faktycznie 80% czy może 70%, faktem jednak pozostaje, że z roku na rok „czysto” niemiecki charakter miasta ulegał zmianie.

Nieco inaczej sprawa wyglądała w Białej, nazywanej wówczas „Białą Krakowską”. Miasto to było zdecydowanie młodsze, a przez to i mniej okrzepnięcie, co powodowało, że niemiecka tradycja i kultura nie były tu aż tak silne, jak po drugiej stronie rzeki. Inna sprawa, że jako część Galicji, Biała podlegała innym przepisom niż leżące w granicach Śląska Austriackiego Bielsko. Z tego powodu odsetek Polaków był w Białej dużo wyższy, a pod koniec XIX wieku jedynie 1/3 mieszkańców deklarowała język niemiecki jako ojczysty. Dodatkowo, do miasta coraz częściej zaczęli przybywać górale, potomkowie wołoskich pasterzy zamieszkujący wyższe partie Beskidu Żywieckiego, którzy przybywając tu za chlebem mocno wzbogacali bialską mieszankę etniczną. Mieszankę, w której Niemcy po raz pierwszy od powstania miasta stanowili mniejszość.

Dynamicznie zmniejszający się udział ludności niemieckiej w Białej przy stale rosnącej łącznej liczbie ludności sprawiał, że również tutaj władze starały się o umocnienie pozycji ludności niemieckiej. Dwukrotnie, w 1879 i 1916, wystosowano petycje w sprawie przyłączenia Białej i sąsiednich wsi do Śląska, ponawiane w okresie I wojny światowej. Władze centralne jednak nie zdecydowały się na ten krok.

Duma i uprzedzenie

Na początku XX wieku podział pomiędzy Niemcami a Polakami zaczął być nie tylko kwestią ilościową, ale też polityczną. Polskie organizacje patriotyczne, działające niemal bez skrępowania w Galicji, coraz częściej pojawiały się również na Śląsku – zarówno austriackim, jak i pruskim. Czy to były towarzystwa krajoznawcze, teatralne, czy gimnastyczne (słynne „Sokoły”), wszystkie jednak w swej działalności „przemycały” wyraźne idee narodowowyzwoleńcze, które – zwłaszcza tam, gdzie Polacy stanowili szykanowaną mniejszość – trafiały na nader podatny grunt. Nie były to organizacje nacjonalistyczne, lecz krzewiony przez nie patriotyzm w połączeniu z dyskryminacją Polaków często w nacjonalizm ewoluował. A tam, gdzie spotykają się dwa nacjonalizmy, czasami nie potrzeba nawet ognia, by beczka prochu wybuchła.

W czerwcu 1914 bielski oddział „Sokoła” obchodził dziesięciolecie istnienia, a polscy działacze (nie tylko gimnastycy, ale przedstawiciele wielu innych polskich organizacji z całego Śląska Cieszyńskiego, Galicji, a nawet niemieckiego Górnego Śląska) planowali huczne obchody. Działania te w oczywisty sposób były kontrą wobec nacjonalistycznych postaw decydującej o losach miasta niemieckiej większości. I w równie oczywisty sposób prowadziły one do niechybnej konfrontacji.

28 czerwca do Bielska zaczął przyjeżdżać delegacje polskich organizacji zaproszonych na uroczystości organizowane przez „Sokołów”. Już na dworcu zostały one zablokowane zarówno przez miejscową policję, jak i grupy niemieckiej młodzieży. By nie doprowadzić do bitwy na dworcu, pociągi skierowano na dworce w Białej. Decyzja ta, choć uspokoiła sytuację, doprowadziłą do tego, że po jednej stronie rzeki zgromadzili się agresywnie nastawieni Niemcy, starający się nie wpuścić do miasta Polaków, zaś po drugiej stronie doszło do koncentracji Polaków, niezdrowo podnieconych wydarzeniami w Bielsku i tym bardziej zdecydowanymi do zaakcentowania swojej obecności w Bielsku. Sytuacja patowa, a rozgrzane głowy po obu stronach z niecierpliwością oczekiwały na to, co się wydarzy.

Gdy czterech polskich delegatów przekroczyło most na Białej, zostali – mimo policyjnego kordonu – zaatakowani przez miejscowych. W tej chwili wielu gimnastyków i innej maści działaczy ruszyło na drugi brzeg, doprowadzając do masowej bijatyki, zakończonej ponad setką rannych po obu stronach. Jednym z uczestników tej bijatyki był młodziutki, ledwie jedenastoletni Walter Kuhn. Nie wiadomo, czy wydarzenia te ukształtowały jego zainteresowania badawcze, czy też były one podyktowane szerzej rozumianą tożsamością „Niemca wschodniego”. Sama jego obecność jest jednak pewnym symbolem nie tyle czasów, co wyborów, przed którymi miejscowi Niemcy stanęli w 1914 roku, a następnie jeszcze wielokrotnie w latach następnych. Raz obudzony konflikt pomiędzy sąsiadami jest bowiem niczym podziemny pożar pokładów węgla, tli się przez kilkanaście dekad, by raz na jakiś czas wybuchać niespodziewanie.

Wydarzenia te, choć przywoływane dziś mogą budzić u czytelników pewne rozbawienie, były traktowane wówczas śmiertelnie poważnie, a bitwa nad rzeką Białą miała siłę huraganu, który w jednej chwili zniszczył wielowiekowy układ sił pomiędzy bielsko-bialskimi Niemcami a Polakami. Dotychczasowe współistnienie, choć niesprawiedliwe i oparte na dominacji jednych nad drugimi, zastąpiła ostra polaryzacja i obustronna chęć przeważenia szali na swoją korzyść. Kto wie, czy gdyby nie wybuch I wojny światowej, czy nie doszłoby do kolejnych podobnych incydentów. Czteroletni okres krwawej wojny był jednak czymś w rodzaju wymuszonego rozejmu.

Konflikt pomiędzy zamieszkującymi te tereny Niemcami i Polakami wybuchł ze zdwojoną siłą wraz z końcem Wielkiej Wojny. Pokonana militarnie, ale przede wszystkim rozbita decyzjami zwycięzców Austria przestała panować nad obszarami Śląska i Galicji, a podejmowane próby tworzenia tymczasowych władz administracyjnych zostały zniweczone przez nagły konflikt polsko-czechosłowacki, w trakcie którego obie strony rościły prawa do ziem Śląska Cieszyńskiego. Miejscowi Niemcy stanęli przed niełatwym wyborem. W 1920 roku rada miasta Bielsko postanowiła złożyć ślubowanie wierności Rzeczypospolitej, w zamian za poszanowanie autonomii i uznanie języka i praw ludności niemieckiej.

Ustabilizowanie się nowej, polsko-czeskiej granicy na Olzie sprawiło, że cały obszar dawnych ziem bielskich zamieszkiwanych przez Niemców znalazł się w granicach II Rzeczypospolitej. Niemcy nadal stanowili większość, ale zdawać musieli sobie sprawę z faktu, że już wkrótce może sytuacja ta może ulec zmianie i nowe władze również zaczną prowadzić protekcjonistyczną politykę, inny będzie tylko obiekt represji.

Podejmowana przez polskie władze polityka polonizacji przyniosła pierwotnie skutek odwrotny od zamierzonego, a silne związki mieszkańców z językiem niemieckim i utożsamianie się z niemiecką kulturą rosły. Co prawda w okolicznych wsiach stosunki narodowościowe powoli przeważały na korzyść Polaków, zwłaszcza na skutek nowej fali kolonizacji i przemieszczania się Górali (w tym także osiedlanych tu Górali podhalańskich), tak jednak w samym mieście żywioł niemiecki dbał o swój stan posiadania. Dla przykładu, polskie nazewnictwo ulic wprowadzono tam dopiero w roku 1929 po długim procesie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Nic więc dziwnego, że głoszące ideę wielkich i silnych Niemiec ruchy nazistowskie cieszyły się dużą popularnością, a kiedy w 1939 roku napięcie pomiędzy Polką a Niemcami sięgało zenitu, bielscy Niemcy czuli w konflikcie swoją szansę. Tak jak w 1914, tak i w 1939 roku nacjonalizmy i chęć rewanżu przesłoniły wszystko dookoła. Nic dziwnego, że Wehrmacht witany był w Bielski kwiatami.

Klęska III Rzeszy i ponowne zajęcie tych obszarów przez Polskę zwiastowały rychły koniec niemieckiej wspólnoty okolic Bielska i Białej. Miejscowi Polacy nie mieli zamiaru zapomnieć o wyraźnie antypolskim charakterze tutejszej ludności niemieckojęzycznej, a chaos spowodowany przejściem frontu wyraźnie wskazywał, że tym razem, inaczej niż po I wojnie światowej, decyzje będą arbitralne, a cięcia drastyczne. Nie było czasu na hołdy, na pertraktacje. Ledwo wystarczyło czasu na spakowanie walizek.

Część niemieckojęzycznych mieszkańców Bielska i Białej opuściło swe domy jeszcze zimą 1944. Byli to głównie aktywni politycznie zwolennicy nazistów i członkowie NSDAP, którzy wiedzieli, jaki czekać ich będzie los po przejęciu miasta przez sowieckie, a następnie i polskie władze.

Ci którzy pozostali, często pozostawieni byli bez wyboru. Dużą część niemieckich mieszkańców w pierwszych dniach po tak zwanym wyzwoleniu uznano za zdrajców i z całą wymierzoną wobec zdrajców pasją zaczęto traktować. Wielu mieszkańców, w tym kobiety i dzieci, skierowano do byłego nazistowskiego obozu w Oświęcimiu, gdzie zmuszani do pracy przy odbudowie miasta i zakładów chemicznych spędzili czasem i po kilka lat. Wiele rodzin zostało wówczas rozdzielonych i gdy w 48, 49 i 50 roku wracali do Bielska, zastali miasto całkowicie inne, a przede wszystkim już bez swych krewnych, przyjaciół, sąsiadów. Ci bowiem przez cały rok 1945 i 1946 stopniowo byli wywożeni na Zachód. Większość z nich skierowano do częściowo wyludnionych niemieckich miast w alianckich strefach okupacyjnych, w tym do Hanoweru czy Oldenburga. W ich miejsce pojawiali się zarówno przesiedleńcy z tzw. Kresów Wschodnich, jak i mieszkańcy Beskidów i Bieszczad, którzy uciekając przed operującymi na tym terenie grupami ukraińskimi jeszcze pod koniec wojny tułali się wędrując od wsi do wsi Beskidu Żywieckiego, byle uciec najdalej na zachód.

Niewielka część niemieckich mieszkańców pozostała w mieście, zwłaszcza zaś w Białej, która jako miejscowość dawnego województwa krakowskiego nie podlegała tak masowym wywózkom jak obszar Śląska. Zasymilowani z konieczności do dziś stanowią oni pewną część tego niegdyś wyjątkowego pod względem etnicznym regionu na śląsko-małopolskim pograniczu.

Niemcy w Bielsku-Białej

Historia wielu miejscowości na Górnym Śląsku, zarówno małych wiosek, jak i prężnie rozwijających się miast, często rozpoczyna się mniej więcej w tym samym czasie, a więc pomiędzy połową XIII a połową XIV wieku. Był to okres w dziejach regionu niezwykle ważny. Z pubktu historii politycznej, były to czasy największego rozbicia dzielnicowego, tworzenia się wielu malutkich księstw, których obszar bywał mniejszy niż obszar współczesnych powiatów. Ich władcy, choć wszyscy legitymowali się świetną przeszłością królewskiego domu Piastów, w większości posiadali jednak bardzo ograniczone możliwości sprawowania władzy i z tego powodu w większości stawali się zależni – czy to od królów czeskich, czy polskich, czy po prostu nieco silniejszych, lecz również podległych już komuś sąsiadów. Paradoksalnie jednak, to właśnie w tym okresie politycznego zamieszania przypadł szczytowy moment w rozwoju kolonizacji. Można nie bez przesady stwierdzić, że co czwarta istniejąca na Górnym Śląsku miejscowość powstała lub została relokowana właśnie w omawianym okresie, a ilość powstających wówczas wsi, osad i kolonii była większa nawet niż w najbardziej dynamicznych czasach rozwoju przemysłu i powstawania nowych kolonii robotniczych.

Wiele z powstałych wówczas miejscowości zamieszkiwana była przez osoby przybywające z zachodu. W większości byli to „Niemcy”, a dokładnie mieszkańcy licznych księstw i państewek, często przeludnionych, ale nie tylko – wśród kolonistów byli również mieszkańcy z obszarów obecnego Beneluxu czy nawet wschodniej Francji. Oprócz nich pojawiali się także mieszkańcy Czech i Dolnego Śląska, w większości też niemieckojęzyczny – w tej grupie bowiem przeważali potomkowie kolonistów z najwcześniej założonych osad, którzy wędrując dalej na wschód szukali nowego miejsca dla siebie. Ze względu na pochodzenie kolonistów, zjawisko to określa się w polskiej historiografii mianem „kolonizacji niemieckiej” lub „zachodniej”. W literaturze niemieckiej zaś najczęściej używanym zwrotem jest „Ostsiedlung”.

Różne były dzieje wsi zakładanych przez kolonistów, jak i potomków tychże kolonistów. Czasami po kilku wiekach kontaktów z sąsiadami ulegały one swoistej slawizacji, zatracając zarówno język, jak i zwyczaje. Wiele jednak wsi zachowało swą odrębność, najczęściej dzięki zachowaniu pewnej izolacji od sąsiadów (jak w przypadku opisanego wcześniej Schoenwald/Bojkowa), a czasami korzystając z faktu, że w niedalekiej odległości istniały podobne wsie, umożliwiające wspólne podtrzymywanie języka i tradycji. Zjawisko to określa się mianem wysp językowych, co jest kalką językową z niemieckiego i stosowanego w tamtejszej literaturze określenia „Sprachinsel”.

Jednym z najwybitniejszych, a na pewno najbardziej oddanych zagadnienio „Ostsiedlung” i „Sprachinseln” badaczy był Walter Kuhn. Spod jego pióra wyszła ponad setka artykułów, monografii i prac zwartych w większości poświęconych właśnie kształtowaniu się, dziejom i dziedzictwu niemieckich wysp językowych na Śląsku, ale także w innych obszarach wschodniej Europy. I choć część spostrzeżeń Kuhna bywała tematem długotrwałych polemik i krytycznych recenzji, to jednak obiektywnie trzeba przyznać, że dorobek tego badacza zasługuje na ogromny szacunek, a wiele jego opracowań stanowi do dnia dzisiejszego podstawową literaturę w odniesieniu do czasów kolonizacji i losów żyjących na Górnym Śląsku potomków przybyłych z zachodu kolonistów.

Dzięki badaniom Waltera Kuhna wiemy obecnie o wiele więcej na temat osadnictwa zachodniego na Górnym Śląsku i dalszych losów kolonistów. Jest to jednak tylko jeden z powodów, by we wstępie do tego tekstu wspomnieć tego wybitnego niemieckiego badacza. Drugim z powodów jest fakt, że sam Kuhn pochodził z obszaru, który określić możemy jako jedną z największych i najbardziej interesujących wysp ludności niemieckiej. I – paradoksalnie – jest to chyba najmniej znany spośród wszystkich tego typu obszarów na całym Górnym Śląsku.

Dzieje ludności niemieckiej żyjącej przez wiele wieków w Bielsku i okolicach to dzieje niełatwe, pełne nieznanych, często niezwykle dramatycznych, a obecnie niemal całkowicie zapomnianych momentów. W wielu opracowaniach historii Bielska wydanych w XX wieku wątek niemieckiego dziedzictwa miasta został niemal całkowicie pominięty. To trochę tak jak z życiorysem bielszczanina Waltera Kuhna, który przez pryzmat nie tylko zainteresowań badawczych, ale też kilku faktów ze swego życiorysu (referaty podkreślające wyższy poziom cywilizacyjny kolonistów od słowiańskich autochtonów, członkostwo w NSDAP) również uznawany bywa jeszcze dziś za badacza godnego jedynie przemilczenia. Nie na tym jednak polega opowiadanie o historii.

Mieszkańcy ziemi niczyjej

Obszar, jaki obecnie zajmuje miasto Bielsko-Biała, to niezwykle urokliwy zakątek Górnego Śląska. Głębokie doliny ciągnącę się pomiędzy mniejszymi i większymi wzniesieniami przedgórza beskidzkiego (często określanego ukutym dość niedawno określeniem Podbeskidzie), zasobne w wodę i nadające się do uprawy gleby, stanowiły może nie idealne, ale na pewno przyjemne miejsce do życia. Owszem, kapryśna górska pogoda, częstsze niż gdzie indziej wiosenne powodzie i wzbierające przy każdym większym deszczy rzeczki wymagały hartu ducha, a także sporej wiedzy na temat prowadzenia upraw i gospodarowania. Ziemia jednak potrafiła się odwdzięczyć.

We wczesnym średniowieczu, w czasach plemiennych i wkrótce po nich, obszar ten stanowił pustkę osadniczą. Jej istnienie wynikało nie tyle z braku chętnych do zamieszkania, lecz z roli, jaką ziemie te odgrywały.

Pomiędzy ziemiami zamieszkiwanymi przez poszczególne plemiona czy wczesnośredniowieczne państwa wytyczone były szerokie obszary gęsto zalesionych kniei, pełniące rolę naturalnych granic. Były trudne do przebycia i dobrze spełniały rolę naturalnej bariery. Aby ich forsowanie było jeszcze trudniejsze, dbano o ich gęstość, karczując część starych drzewostanów i tworząc gęste młodniki. Wszelkie osadnictwo na takim terenie było nielegalne.

Jedną z najlepiej poznanych rubieży granicznych, której niewielkie skrawki występują jeszcze dziś, była zielona granica oddzielająca plemiona śląskie (Opolan i Gołęszycan) od plemienia Wiślan. W całości porośnięta była gęstą puszczą ciągnącą się od okolic obecnych Tarnowskich gór przez lasy rybnickie, pszczyńskie, aż po rzekę Białą.

Wraz z upływem lat i postępującym scalaniem ziem polskich, rola leśnych limesów zatracała się. Szczególnie było to widoczne na Górnym Śląsku, po tym, jak książę raciborski Mieszko Laskonogi (zwany dawniej Plątonogim) przyłączył do swego księstwa obszar kasztelanii bytomskiej i oświęcimskiej, stanowiący zachodnie skrawki Małopolski. Władając od tej pory ziemiami po obu stronach dawnej granicy, trudna do przebycia i pozbawiona mieszkańców przestrzeń stała się przeszkodą dla dalszego rozwoju księstwa raciborskiego. Z inicjatywy księcia pod koniec XII wieku rozpoczął się proces zagospodarowywania leśnych nieużytków i tworzenia nowych wsi, który w czasie panowania Władysława opolskiego (wnuka Mieszka) przybrał rozmiary wręcz masowej kolonizacji, przesuwając się również na południe i obejmując swym zasięgiem ziemie pomiędzy Cieszynem i Oświęcimiem.

Na przełomie XIII i XIV stulecia akcja lokacyjna objęła niemal całe księstwo cieszyńskie. Szacuje się, że powstało wówczas około 70 nowych wsi. Wówczas też, w dolinach pod Szyndzielnią i Kozią Górą zaczęli pojawiać się pierwsi osadnicy, rozcinając gęste lasy i tworząc pośród nich pierwsze pola uprawne. W przeciwieństwie do niżej położonych, a przez to łatwiejszych do zagospodarowania terenów, kolonizacja przedgórza prowadzona była w większości przez rolników pochodzących z Frankonii, a więc krainy o podobnym, górzystym charakterze. W ciągu kilkunastu lat ich działalność doprowadziła do utworzenia szeregu rolniczych osad rozrzuconych w okolicach grodu w Starym Bielsku, będącym do tego czasu jedyną stałą osadą na tym terenie.

Źródła historyczne nie podają bezpośrednich dowodów wskazujących na to, skąd pochodzili mieszkańcy nowopowstających wsi. Podają natomiast sporo dowodów wskazujących na fakt, że nie byli to autochtoni. Najważniejszymi śladami są nazwy miejscowe, spośród których wiele zostało utworzonych od niemieckich imion właścicieli bądź zasadźców, jak chociażby Nickelstorff (Mikuszowice), Rudgeri villa (Rudzica), Cuncendorf (Kończyce) czy Bertoltovitz i Muthindorf (obecnie połączone razem jako Komorowice). Również występujące w dokumentach imiona miejscowych plebanów, takie jak Henricus w Starej Wsi, Willielmus w Pisarzowicach, Rudgerus w Dankowicach czy Theodoricus w Bestwinie wskazują na ich niemieckie pochodzenie.

Nie była to oczywiście reguła – zarówno tu, jak i na innych obszarach Śląska, nawet całkowicie niemieckie pod względem językowym osady miewały słowiańsko brzmiące nazwy, często będące nazwami zwyczajowymi danego obszaru (lasu, zagajnika, rzeczki) używanymi jeszcze przed kolonizacją. Najlepszym przykładem takie wyjątku potwierdzającego regułę jest tu założona przez kolonistów wieś Bielsko, która wkrótce potem uzyskała prawa miejskie i funkcjonowała odtąd pod wtórnie zniemczoną nazwą Bielitz.

Żyjąc „u siebie”

Społeczność osadników z Zachodu stała się bardzo ważnym składnikiem społeczeństwa istniejących na tych terenach księstw, cieszyńskiego i oświęcimskiego. Pomiędzy Wisłą i Sołą ludność niemieckojęzyczna stanowiła znaczny procent mieszkańców, a niektórzy badacze uważali wręcz, że liczbowo górowali nad ludnością słowiańską. Świadczyć o tym może chociażby fakt, że od 1331 roku w dokumentach pochodzących z kancelarii książąt cieszyńskich dotyczących miast i wsi, język łaciński zaczął być stopniowo zastępowany językiem niemieckim. Dochodziło wówczas również do zniemczenia części nazw miejscowych lub tworzenia dwóch, równolegle funkcjonujących nazw. Na przełomie XIV i XV wieku niemiecki był już językiem niemal powszechnie używanym wśród mieszczan obu księstw.

XV stulecie to okres, który można by uznać drugą fazą osadnictwa niemieckiego. Naukowcy po dziś dzień spierają się, co sprawiło, że gdy na całym Górnym Śląsku akcja kolonizacyjna niemal zamarła, to nad Białą i Łękawką pojawiły się licznie nowe grupy osadników. Być może było to spowodowane ucieczkami przed operującymi na Górnym Śląsku wojskami husyckimi czy też bandami raubritterów, które w tym okresie niemal przejęły władzę we wschodnich częściach ziemi oświęcimskiej. Faktem jednak pozostaje, że ludność niemieckojęzyczna zamieszkiwała teraz już niemal w każdej wsi w okolicy kilkunastu kilometrów od Bielska.

Obszar bielskiej wyspy językowej nie był określony żadnymi granicami, tworzył się samorzutnie. Dopiero w 1572 roku książę cieszyński Adam Wacław wydzielił Karlowi Promnitzowi bielskie państwo stanowe, którego obszar w większości pokrywał się z obszarem, w którym Niemcy stanowili znaczną część ludności. Część wsi co prawda nadal zamieszkiwana była też przez ludność polskojęzyczną, lecz to niemiecki stawał się językiem dominującym na obszarze wytworzonej w ten sposób enklawy.

Dominacja ta nie zawsze wynikała tylko i wyłącznie z liczebności, ale po części z zasobności. Okres końca XV i niemal całego XVI wieku to bowiem czasy prosperity Bielska, swoisty złoty wiek. Po inkorporacji księstw oświęcimskiego i zatorskiego do Korony, Bielsko stało się dość niespodziewanie miastem granicznym, co pozytywnie wpłynęło na czerpane przez mieszczan dochody. Rozwijały się karczmy i browary, kwitł handel, a w sposób szczególny rozwijać zaczęły się zakłady tkackie i sukiennicze, które wkrótce stały się swoistym symbolem miasta i całego regionu. Wszystko to wpływało na bogacenie się niemieckiego mieszczaństwa i znaczący wzrost jego znaczenia, kosztem coraz bardziej marginalizowanej mniejszości polskiej. Świadczą o tym chociażby zachowane fragmenty statutu tutejszego cechu sukienników, wedle których „Nikt, kto nie jest pochodzenia niemieckiego i nie mówi po niemiecku, nie może zostać mistrzem cechu”.

Wspomniany okres prosperity przypadł na burzliwe czasy reformacji i następujących po niej działań kontrreformacyjnych na Śląsku. A ponieważ na terenie całego księstwa cieszyńskiego myśli Marcina Lutra spotkały się z wielkim entuzjazmem i niemal powszechnym przyjęciem, niezależnie od języka czy statusu społecznego, prowadzone tu działania mające na celu zahamowanie ilości protestantów w latach późniejszych określić można mianem wyjątkowo ożywionych.

Bielska gmina protestancka uważana była za najsilniejszą na całym Śląsku Cieszyńskim. Gdy w 1582 roku nowym właścicielem bielskiego państwa stanowego został Adam Schaffgotsch, który nie popierał protestantów w sposób tak otwarty i gorliwy jak Karol Promnitz, bielscy luteranie wymogli wystawienie w 1587 roku przywileju gwarantującego, że w mieście będą odbywać się wyłącznie luterańskie nabożeństwa. Wobec zdecydowanego oporu mieszczan, biskupi krakowscy ograniczyli działania kontrreformacyjne głównie do sąsiadujących z Bielskiem wiejskich parafii, widząc szansę głównie w pozyskaniu ludności polskiej. Działania te, choć na wschód od Białej przyniosły pewne rezultaty i kościołowi udało się odzyskać władzę nad obsadą księży w kościołach, doprowadziły jednak do pewnej konsolidacji mieszczan i ludności wiejskiej. Odbywające się przez cały niemal XVII wiek nielegalne nabożeństwa protestanckie, w większości prowadzone przez pastorów z Bielska, doprowadziły do jeszcze ściślejszego zawiązania więzów i dalszego wyodrębnienia ponadgranicznego bielskiej enklawy, która od tej pory oparta była nie tylko na wspólnocie języka i pochodzenia, ale również na wspólnocie religijnej.

Do miasta przybywało również wielu uciekinierów szukających azylu przed prześladowaniami religijnymi. Sporą grupę stanowili niemieccy luteranie z Polski, którzy prześladowani byli i rugowani przez nieprzychylnych protestantom właścicieli ziemskich. Aby zapewnić uciekinierom możliwość pobytu i rozwoju, jeszcze pod koniec XVII wieku na przeciwległym brzegu rzeki Białej, a więc w granicach Rzeczpospolitej, założono osadę tkacką o nazwie Biała. Z zaledwie 13 domów osada szybko się rozrosła, stając się czymś w rodzaju dzielnicy tkackiej, zaopatrującej bielskich kupców w surowce i gotowe wyroby. Już w 1723 roku uzyskała ona prawa miejskie, lecz zachowała swój wytwórczy charakter, będąc czymś w rodzaju kopii macierzystego miasta, niemieckim przysiółkiem w granicach Rzeczpospolitej. Bielsko zaś stało się jednym z ważniejszych miast na Śląsku, czego dowodem było podniesienie rangi bielskiego państwa stanowego i utworzenie księstwa.

Wiedeń – Manchester – Berlin

W 1772 roku doszło do I rozbioru Polski, w którego efekcie ziemie powiatów śląskich, czyli dawnych księstw oświęcimskiego i zatorskiego, wraz z resztą ziem tzw. Galicji, włączono do Monarchii Habsburgów. Bielsko i Biała przestały wówczas być miastami granicznymi, a rzeka Biała miała od tego czasu jedynie charakter granicy wewnętrznej. Wydarzenie to, choć zaskakujące, stało się ogromnym impulsem do rozwoju tego regionu.

Brak granicy celnej pozwolił na bliższą współpracę obu miast, które coraz bardziej przypominało jeden organizm. W 1806 roku w obu miastach działało już osiem napędzanych maszynowo przędzalni, a także kilkanaście mniejszych manufaktur i zakładów przemysłu włókniarskiego. Miasta stały się symbolem rewolucji przemysłowej na ziemiach śląskich będących pod władzą Habsburgów i swoistą odpowiedzią na industrializację pruskiego górnośląskiego okręgu przemysłowego. Ten niepowtarzalny dwumiejski organizm imponował nie tylko poziomem uprzemysłowienia i ilością zakładów, ale też dynamiką rozwoju. Jego obszar w ciągu zaledwie kilku lat uległ podwojeniu, na gruntach sąsiednich wsi powstawały kolejne osady zamieszkane przez zatrudnionych w fabrykach robotników, a nad Białą przybywali kolejni bogaci inwestorzy, zarówno z obszaru całego państwa habsburskiego, jak i spoza jego granic. Gdy w połowie XIX wieku do miasta dotarła kolej, będąca swoistym podkreśleniem wielkomiejskiego już charakteru Bielska i Białej, miasto w niczym nie przypominało już dawnych, nadgranicznych osad. Ze względu na bogatą architekturę i wielkomiejski klimat, nazywano Małym Wiedniem lub Śląskim Wiedniem, ze względu na rozwinięty przemysł zaś mówiono o Małym Manchesterze. Skojarzenia z Reymontowską Ziemią Obiecaną nasuwają się same.

Dynamiczny rozwój obu miast paradoksalnie sprawił jednak, że wraz z rozwojem zaczęły one tracić to, co jeszcze kilka dekad wcześniej było ich absolutnym wyróżnikiem, a mianowicie jednolity językowo i religijnie charakter. Wraz z nowymi miejscami pracy nad Białą zaczęły bowiem pojawiać się coraz to nowsze „ręce do pracy”. Im więcej ich potrzebowano, tym z dalsza przybywały. W 1890 odsetek mieszkańców Bielska z prawem pobytu, a więc tu urodzonych, spadł do zaledwie 31,6%. Miejscowi właściciele, tak jak w XVI wieku, ponownie postanowili bronić swej pozycji. Tym razem trzeba było wymyślić coś innego niż ograniczenia w zapisach cechowych statutów.

Zarówno przedsiębiorcy, jak i władze miejskie, starały się za wszelką cenę ograniczać osiedlanie się w granicach miasta przybywających z całej już niemal Galicji robotników. Ponadto starano się stworzyć pewnego rodzaju zachęty do zamieszkania i podjęcia pracy przez ludność niemiecką z obszaru dawnego księstwa cieszyńskiego czy też pozostałej przy Austrii części księstw opawskiego i karniowskiego. Sprowadzano także Żydów, którzy chętnie się asymilowali. W przypadku ludności polskojęzycznej prowadzono zaś różnego rodzaju akcje germanizacyjne, praktycznie niespotykane nigdzie indziej, zwłaszcza w cieszącej się autonomią Galicji. Z tego powodu miasto otrzymało jeszcze jeden przydomek i zamiast zwać je małym Wiedniem czy małym Manchesterem, ze względu na wszechobecną germanofilię i podkreślanie niemieckości na każdym kroku nazywano je małym Berlinem. Dzięki tym restrykcyjnym działaniom udało się utrzymać przewagę języka niemieckiego – deklaracje językowe w spisach z lat 1880 do 1910 nadal wskazywały, że prawie 80% ludności Bielska posługuje się językiem niemieckim. Można jednak przypuszczać, że ze względu na faworyzowanie tego języka część osób bała się przyznać do posługiwania się językiem innym niż niemiecki. Czy było to faktycznie 80% czy może 70%, faktem jednak pozostaje, że z roku na rok „czysto” niemiecki charakter miasta ulegał zmianie.

Nieco inaczej sprawa wyglądała w Białej, nazywanej wówczas „Białą Krakowską”. Miasto to było zdecydowanie młodsze, a przez to i mniej okrzepnięcie, co powodowało, że niemiecka tradycja i kultura nie były tu aż tak silne, jak po drugiej stronie rzeki. Inna sprawa, że jako część Galicji, Biała podlegała innym przepisom niż leżące w granicach Śląska Austriackiego Bielsko. Z tego powodu odsetek Polaków był w Białej dużo wyższy, a pod koniec XIX wieku jedynie 1/3 mieszkańców deklarowała język niemiecki jako ojczysty. Dodatkowo, do miasta coraz częściej zaczęli przybywać górale, potomkowie wołoskich pasterzy zamieszkujący wyższe partie Beskidu Żywieckiego, którzy przybywając tu za chlebem mocno wzbogacali bialską mieszankę etniczną. Mieszankę, w której Niemcy po raz pierwszy od powstania miasta stanowili mniejszość.

Dynamicznie zmniejszający się udział ludności niemieckiej w Białej przy stale rosnącej łącznej liczbie ludności sprawiał, że również tutaj władze starały się o umocnienie pozycji ludności niemieckiej. Dwukrotnie, w 1879 i 1916, wystosowano petycje w sprawie przyłączenia Białej i sąsiednich wsi do Śląska, ponawiane w okresie I wojny światowej. Władze centralne jednak nie zdecydowały się na ten krok.

Duma i uprzedzenie

Na początku XX wieku podział pomiędzy Niemcami a Polakami zaczął być nie tylko kwestią ilościową, ale też polityczną. Polskie organizacje patriotyczne, działające niemal bez skrępowania w Galicji, coraz częściej pojawiały się również na Śląsku – zarówno austriackim, jak i pruskim. Czy to były towarzystwa krajoznawcze, teatralne, czy gimnastyczne (słynne „Sokoły”), wszystkie jednak w swej działalności „przemycały” wyraźne idee narodowowyzwoleńcze, które – zwłaszcza tam, gdzie Polacy stanowili szykanowaną mniejszość – trafiały na nader podatny grunt. Nie były to organizacje nacjonalistyczne, lecz krzewiony przez nie patriotyzm w połączeniu z dyskryminacją Polaków często w nacjonalizm ewoluował. A tam, gdzie spotykają się dwa nacjonalizmy, czasami nie potrzeba nawet ognia, by beczka prochu wybuchła.

W czerwcu 1914 bielski oddział „Sokoła” obchodził dziesięciolecie istnienia, a polscy działacze (nie tylko gimnastycy, ale przedstawiciele wielu innych polskich organizacji z całego Śląska Cieszyńskiego, Galicji, a nawet niemieckiego Górnego Śląska) planowali huczne obchody. Działania te w oczywisty sposób były kontrą wobec nacjonalistycznych postaw decydującej o losach miasta niemieckiej większości. I w równie oczywisty sposób prowadziły one do niechybnej konfrontacji.

28 czerwca do Bielska zaczął przyjeżdżać delegacje polskich organizacji zaproszonych na uroczystości organizowane przez „Sokołów”. Już na dworcu zostały one zablokowane zarówno przez miejscową policję, jak i grupy niemieckiej młodzieży. By nie doprowadzić do bitwy na dworcu, pociągi skierowano na dworce w Białej. Decyzja ta, choć uspokoiła sytuację, doprowadziłą do tego, że po jednej stronie rzeki zgromadzili się agresywnie nastawieni Niemcy, starający się nie wpuścić do miasta Polaków, zaś po drugiej stronie doszło do koncentracji Polaków, niezdrowo podnieconych wydarzeniami w Bielsku i tym bardziej zdecydowanymi do zaakcentowania swojej obecności w Bielsku. Sytuacja patowa, a rozgrzane głowy po obu stronach z niecierpliwością oczekiwały na to, co się wydarzy.

Gdy czterech polskich delegatów przekroczyło most na Białej, zostali – mimo policyjnego kordonu – zaatakowani przez miejscowych. W tej chwili wielu gimnastyków i innej maści działaczy ruszyło na drugi brzeg, doprowadzając do masowej bijatyki, zakończonej ponad setką rannych po obu stronach. Jednym z uczestników tej bijatyki był młodziutki, ledwie jedenastoletni Walter Kuhn. Nie wiadomo, czy wydarzenia te ukształtowały jego zainteresowania badawcze, czy też były one podyktowane szerzej rozumianą tożsamością „Niemca wschodniego”. Sama jego obecność jest jednak pewnym symbolem nie tyle czasów, co wyborów, przed którymi miejscowi Niemcy stanęli w 1914 roku, a następnie jeszcze wielokrotnie w latach następnych. Raz obudzony konflikt pomiędzy sąsiadami jest bowiem niczym podziemny pożar pokładów węgla, tli się przez kilkanaście dekad, by raz na jakiś czas wybuchać niespodziewanie.

Wydarzenia te, choć przywoływane dziś mogą budzić u czytelników pewne rozbawienie, były traktowane wówczas śmiertelnie poważnie, a bitwa nad rzeką Białą miała siłę huraganu, który w jednej chwili zniszczył wielowiekowy układ sił pomiędzy bielsko-bialskimi Niemcami a Polakami. Dotychczasowe współistnienie, choć niesprawiedliwe i oparte na dominacji jednych nad drugimi, zastąpiła ostra polaryzacja i obustronna chęć przeważenia szali na swoją korzyść. Kto wie, czy gdyby nie wybuch I wojny światowej, czy nie doszłoby do kolejnych podobnych incydentów. Czteroletni okres krwawej wojny był jednak czymś w rodzaju wymuszonego rozejmu.

Konflikt pomiędzy zamieszkującymi te tereny Niemcami i Polakami wybuchł ze zdwojoną siłą wraz z końcem Wielkiej Wojny. Pokonana militarnie, ale przede wszystkim rozbita decyzjami zwycięzców Austria przestała panować nad obszarami Śląska i Galicji, a podejmowane próby tworzenia tymczasowych władz administracyjnych zostały zniweczone przez nagły konflikt polsko-czechosłowacki, w trakcie którego obie strony rościły prawa do ziem Śląska Cieszyńskiego. Miejscowi Niemcy stanęli przed niełatwym wyborem. W 1920 roku rada miasta Bielsko postanowiła złożyć ślubowanie wierności Rzeczypospolitej, w zamian za poszanowanie autonomii i uznanie języka i praw ludności niemieckiej.

Ustabilizowanie się nowej, polsko-czeskiej granicy na Olzie sprawiło, że cały obszar dawnych ziem bielskich zamieszkiwanych przez Niemców znalazł się w granicach II Rzeczypospolitej. Niemcy nadal stanowili większość, ale zdawać musieli sobie sprawę z faktu, że już wkrótce może sytuacja ta może ulec zmianie i nowe władze również zaczną prowadzić protekcjonistyczną politykę, inny będzie tylko obiekt represji.

Podejmowana przez polskie władze polityka polonizacji przyniosła pierwotnie skutek odwrotny od zamierzonego, a silne związki mieszkańców z językiem niemieckim i utożsamianie się z niemiecką kulturą rosły. Co prawda w okolicznych wsiach stosunki narodowościowe powoli przeważały na korzyść Polaków, zwłaszcza na skutek nowej fali kolonizacji i przemieszczania się Górali (w tym także osiedlanych tu Górali podhalańskich), tak jednak w samym mieście żywioł niemiecki dbał o swój stan posiadania. Dla przykładu, polskie nazewnictwo ulic wprowadzono tam dopiero w roku 1929 po długim procesie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Nic więc dziwnego, że głoszące ideę wielkich i silnych Niemiec ruchy nazistowskie cieszyły się dużą popularnością, a kiedy w 1939 roku napięcie pomiędzy Polką a Niemcami sięgało zenitu, bielscy Niemcy czuli w konflikcie swoją szansę. Tak jak w 1914, tak i w 1939 roku nacjonalizmy i chęć rewanżu przesłoniły wszystko dookoła. Nic dziwnego, że Wehrmacht witany był w Bielski kwiatami.

Klęska III Rzeszy i ponowne zajęcie tych obszarów przez Polskę zwiastowały rychły koniec niemieckiej wspólnoty okolic Bielska i Białej. Miejscowi Polacy nie mieli zamiaru zapomnieć o wyraźnie antypolskim charakterze tutejszej ludności niemieckojęzycznej, a chaos spowodowany przejściem frontu wyraźnie wskazywał, że tym razem, inaczej niż po I wojnie światowej, decyzje będą arbitralne, a cięcia drastyczne. Nie było czasu na hołdy, na pertraktacje. Ledwo wystarczyło czasu na spakowanie walizek.

Część niemieckojęzycznych mieszkańców Bielska i Białej opuściło swe domy jeszcze zimą 1944. Byli to głównie aktywni politycznie zwolennicy nazistów i członkowie NSDAP, którzy wiedzieli, jaki czekać ich będzie los po przejęciu miasta przez sowieckie, a następnie i polskie władze.

Ci którzy pozostali, często pozostawieni byli bez wyboru. Dużą część niemieckich mieszkańców w pierwszych dniach po tak zwanym wyzwoleniu uznano za zdrajców i z całą wymierzoną wobec zdrajców pasją zaczęto traktować. Wielu mieszkańców, w tym kobiety i dzieci, skierowano do byłego nazistowskiego obozu w Oświęcimiu, gdzie zmuszani do pracy przy odbudowie miasta i zakładów chemicznych spędzili czasem i po kilka lat. Wiele rodzin zostało wówczas rozdzielonych i gdy w 48, 49 i 50 roku wracali do Bielska, zastali miasto całkowicie inne, a przede wszystkim już bez swych krewnych, przyjaciół, sąsiadów. Ci bowiem przez cały rok 1945 i 1946 stopniowo byli wywożeni na Zachód. Większość z nich skierowano do częściowo wyludnionych niemieckich miast w alianckich strefach okupacyjnych, w tym do Hanoweru czy Oldenburga. W ich miejsce pojawiali się zarówno przesiedleńcy z tzw. Kresów Wschodnich, jak i mieszkańcy Beskidów i Bieszczad, którzy uciekając przed operującymi na tym terenie grupami ukraińskimi jeszcze pod koniec wojny tułali się wędrując od wsi do wsi Beskidu Żywieckiego, byle uciec najdalej na zachód.

Niewielka część niemieckich mieszkańców pozostała w mieście, zwłaszcza zaś w Białej, która jako miejscowość dawnego województwa krakowskiego nie podlegała tak masowym wywózkom jak obszar Śląska. Zasymilowani z konieczności do dziś stanowią oni pewną część tego niegdyś wyjątkowego pod względem etnicznym regionu na śląsko-małopolskim pograniczu.

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Kalwini z Hołdunowa

W dniu 25 maja 1920 roku do niewielkiego Hołdunowa na ziemii pszczyńskiej przyjechali Ewangelicy z całego Górnego Śląska, by wraz z mieszkańcami wsi świętować uroczyście jubileusz 150-lecia istnienia miejscowej ewangelickiej parafii. Kazania wraz z gratulacjami dla parafian odczytali duchowni z Wrocławia i Katowic, zaś w trakcie głównego nabożeństwa w kościele i jego okolicy stawiło się, wedle zachowanych wspomnień, około tysiąca wiernych.

W trakcie jubileuszu wspominano zasłużonych za hołdunowskiej parafii, wybitnych pastorów, jak również trudne pierwsze lata funkcjonowania tej założonej przez imigrantów miejscowości. Wielokrotnie przywoływano wówczas wydarzenia sprzed 150 lat, kiedy około 300 kalwinów opuściło swą rodzinną wieś Kozy koło Bielska i przekroczyło granicę państwa pruskiego (a mówiąc dokładniej, zbiegło do Prus) by zamieszkać, pracować i modlić się z dala od szykan i zagrożeń powodowanych niechęcią sąsiadów – katolików. Dzieje te opisano również w wydanej z okazji jubileuszu monografii Hołdunowa, opracowanej przez ks. Treutlera, której nakład – 1000 sztuk – wyczerpał się bardzo szybko. Książka miała być nie tylko opisem dziejów wspólnoty hołdunowskich Kalwinów, ale też swoistą przypowieścią o tym, jak dobro zwycięża ze złem, a szacunek wygrywa z niechęcią i nietolerancją.

Zaledwie dwa miesiące od tych wydarzeń, 20 sierpnia 1920 roku, część zabudowań wsi została spalona w trakcie przejścia przez nią wojsk powstańczych walczących w trakcie II powstania śląskiego. Wydarzenie to, którego przebieg i motywy do dnia dzisiejszego nie zostały dobrze poznane i wyjaśnione, stanowi jeden z najważniejszych i najbardziej symbolicznych punktów w dziejach tej niewielkiej osady stworzonej i zamieszkanej przez uczniów i naśladowców Kalwina, przez kilka dekad stanowiącą jedną z niewielu w większości kalwińskich osad na całym Górnym Śląsku.

U podnóża Chrobaczej Łąki

Wieś Kozy to miejscowość dobrze znana nie tylko miłośnikom pieszych, beskidzkich wędrówek. Obecnie jest bowiem największą polską wsią, liczącą ponad 12 tysięcy mieszkańców, a więc kilkukrotnie więcej niż najmniejsze z polskich miast. Pomimo braku praw miejskich w Kozach funkcjonuje np. liceum ogólnokształcące, a gmina Kozy posiada jeden z najwyższych w kraju współczynników ilości osób prowadzących własną działalność gospodarczą do ogółu zatrudnionych. Ot, taka nietypowa, dynamicznie rozwijająca się wieś w sąsiedztwie Bielska-Białej.
Nad wsią, na szczycie Chrobaczej Łąki, w miejscu dawnej wieży triangulacyjnej dumnie wznosi się wysoki na 35 metrów stalowy krzyż, który stanowi jeden z symboli wsi a zarazem lokalnych atrakcji turystycznych. I właśnie w tej niezwykłej wsi, u podnóża zwieńczonej krzyżem Chrobaczej Łąski, rozpoczyna się historia śląskich kalwinów, którzy w XVIII wieku założyli największą kalwińską enklawę na całym Górnym Śląsku.

Kozy wraz z okolicznymi miejscowościami (m.in. Wilamowice, Hałcnów czy Lipnik) były wsią lokowaną na prawie niemieckim w czasie panowania książąt opolsko-raciborskich. Założono je przez przybyłych tu osadników obszaru Turyngii, Frankonii czy też obecnego pogranicza niemiecko-holenderskiego, których pojawienie się dało impuls do rozwoju tych malowniczych, ale do tej pory niezamieszkałych obszarów na przedgórzu beskidzkim. Ówczesna nazwa wsi – Sebersdorf – jest świadectwem niemieckiego pochodzenia przybyszy.

Szybko rejon ten stał się rozwiniętym i ważnym rolniczo obszarem utworzonego na początku XIV wieku księstwa oświęcimskiego, a część kolonistów wymieszała się z autochtonami, przyjmując słowiańskie nazwiska, mowę i obyczaje. Gdy w 1453 roku książę oświęcimski Jan IV sprzedał swe księstwo Kazimierzowi Jagiellończykowi, mieszkańców księstwa określano jako ślązaków, w większości mówiących po polski.

Koloniści byli ludźmi nie tylko pracowitymi, ale też religijnymi. Prawdopodobnie niedługo po założeniu wsi powstał także niewielki kościół, służący lokalnej społeczności, będący zarazem siedzibą parafii. Na temat jej początków wiadomo jednak bardzo mało.

Gdy w XVI wieku idee reformacji i odnowy liturgii błyskawicznie obejmowały całą niemal Europę, dotarły również i w te okolice, bardzo szybko zdobywając nie tylko popularność, ale i wiernych. Pierwsze informacje o ewangelikach na ziemi oświęcimskiej pochodzą z 1529 roku. Natomiast już z połowy XVI wieku pochodzą informacje mówiące o tym, że większość parafii w granicach księstwa znajdowała się już “w rękach” ewangelików, a sama ziemia oświęcimska, będąca od inkorporacji w 1564 roku formalnie częścią Rzeczpospolitej, stała się zrazu najbardziej ewangelicką spośród wszystkich ziem polskich.
Oczywiście nie znaczy to od razu, że ludność masowo i w krótkim czasie zmieniała wyznanie. Zapis taki wskazuje jednak, że nową wiarę przyjmowali bardzo chętnie przedstawiciele miejscowej elity i właściciele ziemscy, którzy korzystając z prawa patronatu przekazywali duchownym ewangelickim znajdujące się w swych dobrach parafie, przez co miejscowa ludność, postawiona przed faktem dokonanym i pozbawiona wyboru również przechodziła na ewangelicyzm.

Dokładnie tak rozpoczęła się historia ewangelików w Kozach. Właściciele wsi z rodu Ruseckich bardzo szybko przeszli na kalwinizm i wspierali przybywających tu współwyznawców, w tym także uciekinierów z dalszych stron. W 1601 roku na przykład duszpasterzem miejscowych kalwinistów był pochodzący z Czech Daniel Levinus, pełniący posługę pastora do 1647 roku.

Pomimo panującej w Rzeczpospolitej (względnej) tolerancji religijnej, liczna rzesza ewangelików na ziemi oświęcimskiej nie podobała się w wielu kręgach, szczególnie zaś wśród biskupów krakowskich i ich otoczenia. Jest to oczywiście zrozumiałe – przejęcie kościołów przez ewangelików oznaczało utratę nad nimi kontroli przez biskupów oraz utratę płynących z nich datków i dochodów. Nie czas i miejsce by zastanawiać się, która ze strat była dla hierarchów bardziej bolesna. Faktem pozostaje, że korzystając z wszystkich dostępnych sił i środków starali się oni o ponowne przejęcie kościołów i w przypadku wsi Kozy sztuka ta się udała – 1658 roku biskup Mikołaj Oborski ponownie poświęcił kościół i ustanowił w nim proboszcza. Miejscowi kalwini jednak pozostali, korzystając z przychylności Ruseckich. Schronienie znaleźli tu również uciekający przed kontrreformacją ewangelicy ze Śląska, Czech i Moraw.

Pomimo przychylności właścicieli wsi, sytuacja kalwinów w Kozach nie była łatwa. Coraz bardziej odcięci od swych współwyznawców (większość sąsiednich wsi powróciła do wyznania rzymskokatolickiego) i pozbawieni domu modlitwy, zmuszeni byli do odprawiania nabożeństw pod gołym niebem. Najbliższa parafia ewangelicka w Pszczynie, oddalona o około 25 kilometrów, gromadziła wiernych wyznania augsburskiego, zaś dla mieszkających w Kozach kalwinów najbliższy kościół wyznania reformowanego znajdował się w śląskim Brzegu, a więc ponad 3 dni jazdy wozem. Utrudniony był również dostęp do tłumaczeń Pisma Świętego i modlitewników, zaś największym problemem był brak cmentarzy – istniejącymi zarządzały parafie katolickie, które często bardzo długo przeciągały zgodę na pochówek (nawet jeśli planowany był poza murem cmentarza), co szczególnie latem było poczytywane jako złośliwość nastawiona na złamanie ducha.

Być może sposobem na złamanie ducha (i oporu przed powrotem na łono kościoła katolickiego) miało być wydarzenie, do jakiego doszło w 1660 roku, gdy Kozy, tak jak i inne wsie ewangelickie, stały się celem ataków i grabieży, często inicjowanych czy też bezpośrednio dowodzonych przez miejscowych księży. Wydarzenia z Kóz były szczególnie tragiczne, skończyły się bowiem nie tylko wielkimi stratami materialnymi, ale przyniosły też ofiary śmiertelne w postaci dwóch ewangelików, którzy w zemście za próbę ochrony swego dobytku zostali żywcem spaleni. I choć władze i sądy stanęły po stronie ewangelików (a więc po stronie prawa), żyli odtąd w ciągłym strachu.

Sytuacja ta uległa pogorszeniu, gdy Ruseccy postanowili sprzedać swe dobra w Kozach. Nowymi właścicielami wsi zostali katoliccy Jordanowie, którzy do swych poddanych wyznania kalwińskiego żadnego sentymentu już nie czuli i wspierali kontrreformacyjne zabiegi miejscowych proboszczy. Nic więc dziwnego, że spora część mieszkających w Kozach kalwinów zdecydowała się na ponowną zmianę wyznania. Ci, którzy pozostali przy swej wierze, choć liczebnie mniejszości jeszcze nie stanowili, to jednak na wiele sposobów traktowani byli w sposób możliwie jak najbardziej marginalny.

Nowy dom

 

Gdy w wyniku I wojny śląskiej z lat 1740-1742 błyskotliwy, choć nieco niespodziewany sukces militarny Prus doprowadził do zajęcia przez Fryderyka Wielkiego niemal całego Śląska, dla mieszkańców Kóz otworzyły się nowe możliwości. Nowa granica pomiędzy pruskim odtąd Górnym Śląskiem a powiatem śląskim Rzeczpospolitej biegła dosyć blisko położonej u podnóża Chrobaczej Łąki wioski. A ponieważ granica nie należała do najszczelniejszych, o bardzo szybko we wsi zaczęli pojawiać się pierwsi przybysze mówiący o panującej w Prusach tolerancji religijnej i nowych właścicielach dóbr pszczyńskich, którzy sami byli ewangelikami. Słowa te ponownie upadły na niezwykle podatny, podbeskidzki grunt.

Dodatkową zachętą do podjęcia decyzji o opuszczeniu granic Rzeczpospolitej był fakt, że we wspomnianej już Pszczynie od 1754 roku zaczął się pojawiać ks. Fricke, który jako kapelan służacych w pruskiej armii kalwinów odwiedzał pszczyński garnizon. Wieść ta doprowadziła do nawiązania wpierw luźnych kontaktów, które wyewoluowały w stały kontakt pomiędzy kolejnymi duszpasterzami wojskowymi, a mieszkańcami Kóz. Im częstsze były te kontakty, tym bardziej realna stawała się wizja wędrówki w poszukiwaniu nowego domu, oddalonego zaledwie o kilka kilometrów od miejsca, które coraz bardziej przestawało być domem dla pozbawionych opieki i chyba też coraz bardziej pozbawionych nadziei kalwinów.

W 1770 roku posługujący w pszczyńskim garnizonie ks. Johann Schleiermacher pomógł wiernym z Kóz w nawiązaniu kontaktu z pszczyńskim starostą, który pomóc miał w uzyskaniu pozwolenia na przeniesienie się na Górny Śląsk. Jako podstawę swych działań kozianie przyjęli rozporządzenia kolonizacyjne Fryderyka Wielkiego, które nie tylko zezwalały, ale nawet zachęcały do tworzenia nowych osad zamieszkałych przez ewangelików różnych wyznań. Pruska polityka kolonizacyjna, choć w pewien sposób nastawiona jedynie na wzrost możliwości gospodarczych i zwiększenie zaludnienia, dla szykanowanych ewangelików była niczym dar od losu. Z tak wyjątkowej okazji nie mogli nie skorzystać. Tym bardziej, że po nawiązaniu kontaktu z Friedrichem Erdmannem Anhalt-Koten, właścicielem państwa pszczyńskiego, okazało się, że i on jest zwolennikiem sprowadzenia do siebie kolonistów z Kóz – postanowił nawet przeznaczyć na ten cel jeden ze swych folwarków. Od tej chwili w wielu domach zamiast do prac polowych mieszkańcy zaczęli przystępować do gorączkowego pakowania najważniejszych rzeczy i dobytku.

W dokumencie z 24 maja 1770 roku, wydanym przez Pruską Kamerę Wojny i Domen (faktycznie zarządzającą sprawami wewnętrznymi Śląska) ustalono wszystkie najważniejsze zasady obowiązujące kolonistów oraz obejmujących ich swą opieką pruskich urzędników. Postarano się również o to, by chętni do zamieszkania na ziemi pszczyńskiej mogli opuścić dobra należące do Jordanów nie ponosząc z tego tytułu żadnych konsekwencji. Gwarantem bezpiecznego opuszczenia Kóz był liczący 70 żołnierzy batalion pszczyńskich huzarów, który (naruszając de facto granicę Rzeczpospolitej i łamiąc obowiązujące między krajami umowy) przybył w celu eskorty wszystkich chętnych do opuszczenia Kóz. W drogę powrotną w kierunku Pszczyny wraz z huzarami wyruszyło 303 osoby, a także kilka wozów i duża liczba żywego inwentarza.

Ucieczka, która przypominała bardziej tryumfalny pochód niż pospieszną ewakuację, była pierwszym krokiem do stworzenia nowego, lepszego domu.

Zgodnie z obietnicą księcia Friedricha Erdmanna, koloniści otrzymali do dyspozycji obszar folwarku Kiełpowy koło Lędzin, w granicach którego mieli dokonać parcelacji ziem i rozpocząć budowę domostw. Do tego czasu 67 rodzin posiadało jedynie tymczasowe schronienie w postaci budynku owczarni, dlatego czym prędzej przygotowano plan nowej osady, a po jego zatwierdzeniu w sierpniu 1770 roku rozpoczęto budowę pierwszych, które stanowić miały zalążek wsi nazwanej – na cześć pszczyńskiego dobrodzieja – Anhalt.

Plan budowy zakładał powstanie 32 dwurodzinnych domów rozmieszczonych po obu stronach głównej drogi. Konstrukcja domów była maksymalnie prosta, by można je było szybko i tanio wybudować. Były to drewniane, zrębowe chałupy, ze spadzistym, krytym strechą dachem. Każdy posiadał dwa wejścia i jeden wspólny komin stanowiący podporę dachu całej chaty. Pierwsze z nich gotowe były już w roku następnym. Ostatnie z koczujących w owczarni rodzin zamieszkały we własnych domach jednak dopiero w 1776 roku. Rok wcześniej przystąpiono zaś do budowy oddalonej o pół kilometra, liczącej zaledwie kilka domostw kolonii Neu Anhalt.

Pod koniec lat 80. XVIII wieku wytycznono obszar przeznaczony jako cmentarz, co w pewien symboliczny sposób zakończyło pierwszy etap budowy osady – poszukujący tolerancji i wolności religijnej uciekinierzy Kóz mogli spocząć w pokoju w swej nowej, wyśnionej ziemi.

Anhaltczycy i ich sąsiedzi

Wkrótce po przybyciu w granice państwa pszczyńskiego i rozpoczęciu prac nad budową kalwińskiej osady Anhalt, rozpoczęto przygotowania do utworzenia w niej domu modlitwy oraz powołania nowej parafii. Po uzyskaniu zgody właścicieli Pszczyny, jeszcze w 1770 roku powołano Reformierte Gemeinde Anhalt-Pless, czyli Reformowany Zbór Hołdunów-Pszczyna. Jej pierwszym kaznodzieją i proboszczem został wspomniany ks. Schleiermacher, łącząc swe obowiązki z funkcją kapelana wojskowego.

Pojawienie się w nazwie Pszczyny wynikało z faktu, że do zboru należeć mieli również książeta pszczyńscy i ich rodzina, również wyznania reformowanego, a także część ich służby i urzędników. Nieliczne zamieszkujące pszczynę rodziny ewangelickie, a także równie nieliczne kalwińskie rodziny mieszkające w Lędzinach, Wiśle, Mikołowie czy Tychach. Utworzenie Hołdunowa stało się więc swego rodzaju impulsem do utworzenia pierwszej na Górnym Śląsku parafii kalwińskiej. A umieszczenie jej siedziby właśnie w Anhalcie sprawiło, że koloniści niemal od razu nawiązali kontakty ze swymi współwyznawcami rozsianymi po terenie całego księstwa pszczyńskiego.

Oczywiście koniecznym elementem funkcjonowania parafii był budynek, który mógłby pełnić rolę domu modlitwy. Został on uwzględniony już w pierwotnym planie założenia osady i ukończony jako jeden z pierwszych na przełomie 1770 i 1771 roku. Był to obszerny budynek, który mieścił zarówno salę zborową i salę szkolną, jak i mieszkanie pastora oraz drugie, przeznaczone dla nauczyciela (będącego jednocześnie organistą). Wyposażony był bardzo skromnie, w dużej mierze dzięki oszczędnością ks. Schleiermachera, który w Brzegu zakupił organy i ławki. Niewielki i ciasny budyneczek nie wystarczał jednak na potrzeby ani zborowe, ani też szkolne. Dlatego w 1795 szkołę przeniesiono do jednego z budynków w Nowym Anhalcie. Natomiast w 1804 roku udało się ukończyć nowy, murowany budynek plebanii, który stał się najokazalszym obiektem w całej wsi. Od tego czasu cały budynek zborowy mógł być przeznaczony już na potrzeby nabożeństw, bez konieczności upychania w nim małych mieszkanek. Na kościół z prawdziwego zdarzenia przyszło jednak jeszcze poczekać.

Po krótkim czasie na nabożeństwa do Anhaltu regularnie zaczęli uczęszczać kalwini z terenu całego południowo-wschodniego Górnego Śląska, w tym również okolic Królewskiej Huty czy Gliwic, gdzie w związku z rozwojem przemysłu górniczego i metalurgicznego coraz częściej zamieszkiwały pochodzące z terenu Niemiec kalwińskie rodziny. Na przełomie XVIII i XIX stulecia w tym samym celu zaczęli przybywać wierni spoza Śląska, a dokładnie z zagranicy. Ze względu na bliskość nowej parafii w Anhalcie pojawiali się spragnieni Słowa Bożego Kalwini z obszaru dawnej Rzeczpospolitej, obecnie już podzielonej pomiędzy zaborców – Austrię i Rosję. W księgach zborowych zapisano informacje i mieszkańcach Będzina, Klimontowa czy Mstowa. Dla pamiętających jeszcze czasy szykan religijnych mieszkańców Anhaltu granice państwowe nie miały większego znaczenia, przez co obszar kalwińskiego zboru pszczyńsko-anhalckiego obejmował terytorium trzech państw. Tak wyglądała protestancka idea religii łączącej państwa i narody w porozbiorowej praktyce.

Anhalt łączył wielu ludzi, na wielu płaszczyznach. Nie tylko religijnie, ale też praktycznie. Uciekinierzy z Kóz, dawni mieszkańcy Rzeczpospolitej, w większości byli dwujęzyczni, mówili po polsku, jak i po niemiecku. Dzięki temu byli w stanie porozumieć się zarówno z mówiącymi po śląsku miejscowymi, jak i z przybywającymi na nabożeństwa wiernymi mówiącymi po niemiecku i “czysto” po polsku. Na ziemi książąt pszczyńskich wszyscy oni znajdowali nie tylko miejsce do modlitwy, ale też tolerancję, której braków tak często i od tak dawna doświadczali. Nic więc dziwnego, że wielu postanowiło spróbować szczęścia i za przykładem założycieli osady również spróbować ucieczki i rozpoczęcia nowego życia na łagodnych, górnośląskich pagórkach pomiędzy Mysłowicami, Lędzinami i Imielinem.

Prawdopodobnie w tym właśnie czasie do powszechnego użytku wśród mieszkańców i ich najbliższych sąsiadów weszła polska nazwa wsi – Hołdunów. Jej geneza nie jest do końca jasna, a niektóre próby wyjaśnienia wprowadzają więcej pytań niż odpowiedzi. Sama jednak nazwa z czasem zastąpiła nazwę niemiecką, która używana była głównie w rozumieniu formalno-administracyjnym.

Rozwój terytorialny i ludnościowy parafii anhalcko-pszczyńskiej trwał nieprzerwanie do 1825 roku, gdy powstanie domu modlitwy w Bytomiu (od 1835 będącego samodzielną parafią) doprowadziło do odłączenia lawinowo wręcz rosnącej liczby wiernych z obszaru okręgu przemysłowego. Stale jednak rosła liczba wiernych w samej wsi, wobec czego plany budowy większego i zdecydowanie okazalszego kościoła wracały wielokrotnie, będąc jednym z najważniejszych tematów. Pierwszy projekt kościoła powstał już w 1800 rok, lecz koniecznej do jego budowy sumy nie udało się zebrać w ciągu ponad 30 lat. Wszak w będącej ciągle w budowie osadzie zawsze zawsze pojawił się jakiś inny, ważny powód do wydania pieniędzy.

Życie w Hołdunowie

2 września 1794 roku zmarł ks. Johan Schleiermacher, pierwszy proboszcz tutejszej parafii i jeden z ojców-założycieli osady. Sam nie tylko mieszkał w osadzie, ale też na równi z sąsiadami uprawiał pole i pomagał w funkcjonowaniu wiejskiej infrastruktury. Choć społeczeństwo Anhaltu było – wedle wszelkich nauk protestanckich – równe i demokratyczne, to właśnie Schleiermacher był swoistym pierwszym wśród równych. I jako pierwszy został upamiętniony w postaci pokaźnego, kamiennego krzyża ustawionego w 1860 roku na nagrobku, mocno wyróżniającego się na tle pozostałych, skromnych mogił na miejscowym cmentarzu.

Kolejny z proboszczy, ks. Johann Samuel Richter był godnym następcą, który pragnął rozwoju wsi i jej rozbudowy. Był pomysłodawcą budowy cmentarnej kostnicy, inicjatorem stworzenia projektu budowy kościoła, zamówił i postawił dzwonnicę, a także przeprowadził pierwszy spis mieszkańców, dzięki czemu możemy dziś czerpać tak bogatą wiedzę na temat początków osady i jej pierwszych mieszkańców. W 1816 roku został rejencyjnym inspektorem ds. szkół i kościoła, co zmusiło go do opuszczenia Hołdunowa i zamieszkania w Opolu. Pozostawił po sobie jednak sporo projektów, które jego następcy realizowali niemal do końca XIX wieku.

Ważną zmianą dla wspólnoty wiernych był rok 1829, gdy sprawowanie obowiązków proboszcza rozpoczął pochodzący z Bolkowa na Dolnym Śląsku ks. Carl Beer. Był luteranem, który w Hołdunowie wprowadził unijną agendę kościelną. W sali nabożeństw pojawił się krucyfiks, pewnej zmianie uległ również porządek nabożeństw.

Dokładnie w tym samym czasie życie mieszkańców Anhaltu/Hołdunowa zweryfikować inna ważna zmiana, może nie tak łatwa do zauważenia jak ta wprowadzona przez ks. Beera, ale o daleko bardziej posuniętych konsekwencjach. W roku 1830 w dobrach pszczyńskich Anhaltów przebywała delegacja mierniczych z Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, która przeprowadziła wstępne badania tego rejonu pod kątem możliwości wydobycia węgla. Jej wyniki były bardziej niż obiecujące i wskazywały, że na całym pasie od Podlesia aż do rzeki Wisły w okolicach Bierunia występują obiecujące warunki geologiczne do występowania węgla. Rozpoczęto więc poszukiwania miejsc nadających się do budowy szybów wydobywczych. Jednym z takich właśnie miejsc okazały się tereny położone pomiędzy Hołdunowem a Lędzinami, gdzie w 1842 roku zarządca kopalni węgla kamiennego w Pszczynie, nadsztygar Brucker, natrafił na łatwo dostępny pokład węgla miąższości (grubości) 3 metrów. W rok później, we wskazanym przez niego miejscu, rozpoczęto eksploatację, przy której zatrudnili się przede wszystkim mieszkańcy Hołdunowa. Na cześć władcy państwa pszczyńskiego, Henryka Anhalt-Kothen, otrzymała ona nazwę “Heinrichsgluck” czyli Szczęście Henryka. Data uruchomienia kopalni również jest w pewien sposób symboliczna – w 1843 roku zmarł bowiem Johann Stefke, ostatni z żyjących mieszkańców urodzonych jeszcze w Kozach. Dalsze zmiany były nieuniknione.

Gdy w 1846 roku dobra pszczyńskie przejęte zostały przez ród Hochbergów, nowy książę Jan Henryk X niemal w pierwszych dniach swych rządów przystąpił do budowy nowych kopalń węgla, jak również unowocześniania już istniejących, w tym tej znajdującej się nieopodal kalwińskiej osady, w której wówczas pracowało już około 30 górników.

Rozwój górnictwa przyczynił się do rozwoju Hołdunowa, w którym w połowie XIX wieku zaczęto budować nowe domy, co w pewien sposób zaburzało dotychczasowy, regularny układ wsi. A ponieważ w domach tych zamieszkali przybyli do pracy na kopalni górnicy, nie koniecznie kalwini, oznaczało to zmianę ważniejszą niż urbanistyczna. Przybysze zamieszkali też w kilku opuszczonych domach, których właściciele – potomkowie kozian – przenieśli się do Bierunia Nowego, gdzie ziemię zakupiło kilku hołdunowskich gospodarzy. Coraz rzadziej w powszechnym użytku słyszano we wsi język niemiecki, a od lat 70. język polski zaczął pojawiać się także w trakcie nabożeństw w domu zborowym. Natomiast w 1885 roku parafianie z Hołdunowa po raz pierwszy przystąpili do komunii, co było wynikiem coraz żywszej unii kościoła protestanckiego.

Najbardziej widoczną zmianą było jednak rozpoczęcie wyczekiwanej przez prawie sto lat budowy kościoła w Hołdunowie. Choć zbieranie funduszy trwało dokładnie wiek (pierwsza zbiórka miała miejsce w 1800 roku), to już sama budowa przebiegła nad wyraz sprawnie i już w 1902 roku okazały, neogotycki kościół z wysoką wieżą stał się ozdobą hołdunowskiego krajobrazu.

Krajobraz sielskiej osady zmienił się po raz kolejny kilka lat później, gdy w bliskiej okolicy najstarszych chałup przeprowadzono prowadzącą do kopalni linię kolejową. Pomysł ten od początku budził wiele kontrowersji – linia oddzielała bowiem gospodarzy od ich pól, kursujące pociągi nie dawały spać i były zagrożeniem dla dzieci. Ostatecznie po kilku latach sporów z dyrekcją kopalń książąt pszczyńskich bieg linii przeniesiono, lecz dopiero wtedy, gdy iskra z komina parowozu doprowadziła do pożaru i spalenia dwóch hołdunowskich chat, pamiętających jeszcze czasy pierwszych kolonistów. Wydarzenie to stało się również ważnym głosem w dyskusji mającej na celu doprowadzenie do wyburzenia wszystkich starych, drewnianych chat i zastąpienia ich ceglanymi domami. Zanim jednak podjęto jakiekolwiek wiążące decyzje w tej sprawie, uwaga mieszkańców skupiła się na uroczystościach 150-lecia parafii i samej osady, jakie miały mieć miejsce w 1920 roku. Wielkie zmiany polityczne i okołoplebiscytowe wybory, jakimi żył cały Górny Śląsk, w Hołdunowie toczyły się w cieniu przygotowań do wielkiego, wspomnianego na samym początku jubileuszu.

To nie był zwykły dzień w Hołdunowie

20 sierpnia 1920 roku to dzień niezwykle obfitujący w wydarzenia, które wpisały się do podręczników historii. Tego dnia zakończyło się nieudane sowieckie oblężenie Lwowa, armia polska rozpoczęła na północ od Bugu manewr okrążania wojsk sowieckich, a na Górnym Śląsku rozpoczęły się działania zbrojne związane z wybuchem w nocy z 19 na 20 sierpnia II powstania śląskiego. Działania, które w sposób niewyobrażalny dotknęły mieszkańców protestanckiej osady w Hołdunowie.

Wraz z wybuchem II powstania oddział dowodzony przez ppor. Stanisława Krzyżowskiego rozpoczęły akcję zajmowania powiatu pszczyńskiego. Odważna, ale dobrze przygotowana akcja powstańców Krzyżowskiego, doświadczonego wojskowego i organizatora, okazała się ogromnym sukcesem – powstańcy zajęli obszar całego powiatu pszczyńskiego. Wydarzenia, do których doszło w Hołdunowie zmuszają jednak, by nieco z innej perspektywy oceniać te działania. Niestety, ilość niewiadomych, jak również wielość wykluczających się relacji nie pozwala na dokładne odtworzenie tych tragicznych chwil.

Jeśli chodzi o fakty, to są następujące: w wyniku działań powstańczych doszło w Hołdunowie do podpalenia 15 domostw, z czego siedem spłonęło doszczętnie. W dzień później do wsi przyjechał Wojciech Korfanty, który na ręce pastora złożył czek w wysokości 32 tysięcy marek mający posłużyć do odbudowy spalonych domów. I tyle, wiadomo tylko tyle. Reszta stanowi nie fakty, a hipotezy.

Relacje dotyczące wydarzeń w Hołdunowie zostały nie tylko wykorzystane, ale przy okazji mocno przekształcone przez przedplebiscytową propagandę. Wedle strony niemieckiej, w kalwińskiej osadzie doszło do bezprecedensowego ataku powstańców na nieuzbrojoną ludność. Spalenie wsi miało być – wedle tych relacji – albo aktem zemsty na mieszkańcach Hołdunowa będących członkami niemieckich organizacji, albo też atakiem podyktowanym tylko i wyłącznie względami religijno-narodowościowymi (opierając się na założeniu, że górnośląskich ewangelików utożsamiano zawsze z poparciem dla Niemiec).

Druga ze stron przedstawiała zgoła odmienne relacje, wedle których atak na Hołdunów miał być poprzedzony strzelaniną czy też zasadzką przygotowaną na powstańców (na wieży hołdunowskiego kościoła miał rzekomo znajdować się strzelec, który jako pierwszy otworzył ogień). Wielokrotnie podnoszono też argument, jakoby atak był akcją odwetową za działalność niemieckich bojówek, których wielu mieszkańców wsi miało być członkami.

Rozbieżność pomiędzy relacjami i stanowiskami trwa do dziś, a kontrowersje budzi nie mniejsze, niż w gorącym okresie przedplebiscytowym. Nie raz i nie dwa można było przeczytać bardzo agresywne polemiki i agresywne akty oskarżenia, często jednak oparte jedynie na domysłach. I zapewne wiele jeszcze czasu minie, zanim sprawę uda się zbadać w całości obiektywnie, nie stawiając się w roli adwokata jednej czy drugiej strony. Chcąc więc być maksymalnie obiektywnym i trzymać się głównego wywodu, jakim jest przedstawienie dziejów kalwińskiej enklawy w Hołdunowie, trzeba będzie zmienić nieco temat i trzymać się tylko faktów: w trakcie plebiscytu w Hołdunowie oddano 294 głosy za Niemcami i 76 za Polską. Ile z tych głosów było wynikiem tragiczych wydarzeń z 20 sierpnia, tego nie wiadomo.

Przekazane przez Korfantego odszkodowanie zostało przez poszkodowanych dobrze wykorzystane – już w 1921 roku wszystkie spalone domy zostały odbudowane, choć w całkiem innej formie. Nowe, ceglane domy zmieniły oblicze osady, w której coraz trudniej było dopatrzeć się śladów początków wsi. Dawny Anhalt odchodził w przeszłość, ustępując miejsce nowemu. Zbiegło się to w czasie z momentem ustalenia nowych granic państwowych i włączenia Hołdunowa wraz z całą ziemią pszczyńską w granice Polski. Mieszkańcy wsi, przez sąsiadów nadal żartobliwie nazywani kozianami lub koziarzami, w ten sposób ponownie stali się obywatelami Rzeczpospolitej, z której ledwie półtora wieku wcześniej uciekali.

Początek końca

 

Po wkroczeniu polskich wojsk na Śląsk i utworzeniu nowej administracji terytorialnej, z punktu widzenia prawa międzynarodowego rozpoczął się nowy etap w dziejach tej krainy. A z punktu widzenia mieszkańców Hołdunowa? Cóż, była to po prostu kolejna wielka zmiana, jaką mieli okazję obserwować. W życiu liczącej zaledwie 150 lat społeczności zmian tych było tak wiele, że trudno wskazać, która była tą najważniejszą.

W okresie międzywojennym Hołdunów i jego mieszkańcy traktowani byli nieco jako swoiste kuriozum. Była to bowiem jedna z zaledwie czterech gmin w województwie śląskim, zamieszkiwana w większości przez ewangelików – stanowiących ponad 70% ludności.

Czas ten to okres coraz bardziej widocznych zmian mentalności mieszkańców, szczególnie w okresie sanacji, kiedy na nowo rozbrzmiał rozdźwięk pomiędzy ewangelikami utożsamianymi z Niemcami, a katolikami utożsamianymi z Polakami. Słynąca z tolerancji i ekumenicznej otwartości społeczność Hołdunowa zaczęła się nieco zamykać, co było tym bardziej widoczne, im więcej było sposobności do kontaktu. W latach 30. rozpoczął się bowiem proces budowy domów w północnych częściach Lędzin, a więc dość blisko Hołdunowa.

Kolejne ważne wydarzenia w dziejach wsi to oczywiście wybuch II wojny światowej i włączenie tych ziem do obszaru III Rzeszy. Można by sądzić, że ze względu na sentyment do czasów państwa pruskiego i szeroko pojęte związki z niemieckością będą to czasy chwilowego odpoczynku od tężejącej z każdym kolejnym krokiem sanacyjnej niechęci polskich sąsiadów. Jednak nic bardziej mylnego. Nowe niemieckie władze podejrzliwie odnosiły się mieszkańców kalwińskiej enklawy, a i sami mieszkańcy, wychowani w duchu pobożności i tolerancji, nie mogli zrozumieć tego, co działo się w trudnych, wojennych latach. Przecież zaledwie kilka kilometrów dalej, za Wisłą, trwał jeden z największych festiwali cierpienia, jakie można sobie wyobrazić. Dla mieszkańców Hołdunowa najgorsze jednak miało dopiero nadejść – uważani nawet przez najbliższych sąsiadów za Niemców tutejsi kalwini obawiali się zbliżającej od zachodu radzieckiej armii “wyzwolicieli”, a wydarzenia ze stycznia 1945 roku pokazały, jak słuszne były to obawy.

Duża część mieszkańców opuściła swą rodzinną wieś na początku stycznia 1945 roku, by długą drogą, przez Czechy i Austrię, dotrzeć do praktycznie nieprzygotowanych i dramatycznie przeludnionych obozów tymczasowych. Ci, którzy nie zdecydowali się na tak odważny krok, w chwili wkroczenia Armii Czerwonej schronienia szukali głównie w okolicznych lasach lub pod płytkich szybach unieruchomionej kopalni. Gdy w lutym powrócili do swych domów, zastali je w większości splądrowane.

Hołdunowskich ewangelików traktowano – po raz kolejny już – jako Niemców, przez co zmuszeni zostali do opuszczenia wsi. Pod koniec lutego na kopalnianej bocznicy kolejowej podsawiono transporty, którymi ze wsi wywieziono nie tylko dużą część mieszkańców, ale też ostatniego Hołdunowskiego proboszcza, ks. Gustawa Uibla. W ten sposób faktycznie przestała istnieć najstarsza parafia kościoła reformowanego na Górnym Śląsku. Zresztą cały kościół Ewangelicko-Unijny przestał wówczas na Górnym Śląsku funkcjonować.

We wsi zaczęli się także osiedlać przybysze ze wschodu, którzy zamieszkali w opuszczonych przez rodowitych mieszkańców domach. Dochodziło również do scen, kiedy to przybysze wprowadzali się do domów jeszcze zamieszkanych, siłą usuwając dotychczasowych właścicieli. Prawo co prawda na praktyki takie nie zezwalało, ale funkcjonowanie prawa w tym okresie było fikcją. Sytuacja uspokoiła się dopiero wiosną, gdy władze polskie przejęły administrację na tym terenie z rąk sowietów.

1 lipca 1945 roku do wsi przybył ks. Leopold Raabe, pochodzący z Ostrowca Świętokrzyskiego kaznodzieja, który przed wojną mieszkał i posługiwał w Świętochłowicach. W kolejnych miesiącach zaczął pojawiać się regularnie, odprawiając dla pozostałych we wsi ewangelików nabożeństwa. W 1947 roku w tym samym celu do wsi przyjeżdżał ks. Gustaw Gersteinstein. Gdy jednak nabożeństwa zaczęły mieć charakter cykliczny i zorganizowany, władze postanowiły miejscowym ewangelikom zabrać wybudowany przez nich hołdunowski kościół, który przekazany został miejscowym katolikom wraz z budynkiem plebanii. Stanowiącym obecnie już tylko mniejszość mieszkańcom wyznania ewangelickiego pozostawiono jedynie niewielki budynek z salką katechetczną, stanowiącą od tej pory podstawę funkcjonowania odtworzonej w 1949 roku parafii. Tak, jakby nagle czas cofnął się o 150 lat. Znów rozpoczął się okres długich starań o kościół, a właściwie o jego odzyskanie. Było to możliwe dopiero w połowie lat 50. XX wieku, gdy ze wzgledu na szkody górnicze władze zakazały odprawiania mszy w przejętym przez katolików kościele i wielkodusznie oddały go pierwotnym właścicielom w stanie nadającym się praktycznie tylko do rozbiórki. Załatwianie praw majątkowych i budowlanych mających na celu odbudowę świątyni trwały jednak kolejnych kilkanaście lat.

W tym czasie coraz bardziej wykruszała się liczba ewangelików. Część z nich porzucała swą wiarę, część zawierała małżeństwa mieszane i oddalała się od kościoła, a największa część szukała możliwości, by zdobyć paszport i wyjechać do Niemiec. Gdy po wielu latach starań, 8 października 1983 roku odbyła się uroczystość poświęcenia nowego ewangelickiego kościoła w Hołdunowie, miejscowość ta już niemal w niczym nie przypominała dawnej kalwińskiej enklawy. Kolejne zmiany administracyjne i ostateczne włączenie Hołdunowa i Lędzin w skład miasta Tychy w 1975 roku były już tylko kolejnymi etapami na drodze zanikania ostatnich świadectw dawnych czasów. Pozostały one już tylko w pamięci i sercach żyjących w Hołdunowie do dziś ewangelików.

Adam Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Frankończycy w Szywałdzie/Bojkowie

W kalejdoskopie górnośląskich nacji, wyznań i języków, przez dziesięć stuleci kształtującym dzieje tej krainy i losy jej mieszkańców, zmiana zawsze była czymś naturalnym. Na pograniczu państw i styku porządków prawnych zmiany bowiem zawsze zachodzą naturalnie, są konsekwencją geopolitycznego położenia. Wszak po co emigrować za morze, skoro lepszą pracę i płacę można mieć zaraz za miedzą? Po co też wędrować za chlebem w nieznane, skoro lepszy chleb pieką zaledwie kilka wiosek dalej, tylko trochę inaczej mówią na mąkę? I w ogóle trochę inaczej mówią, ale można ich zrozumieć, różnica nie aż tak wielka. Po co więc szukać szczęścia gdzieś w świecie, skoro można go poszukać u sąsiadów?

Migracje ukształtowały ten region, a zmieniające się warunki polityczne tworzyły nowe możliwości lub zamykały dawne granice, co kilka dekad na nowo kształtując kierunki migracji i wyrównując bilans pomiędzy tymi, co na Górny Śląsk przybyli, a tymi, co postanowili go opuścić.

Jak to jednak z kalejdoskopem bywa, by zaobserwować najpiękniejsze mozaiki, trzeba całą konstrukcją poruszyć. Raz na jakiś czas wszystko więc poruszało się, przewracało, odwracało do góry nogami. Każdorazowo jednak nie była to destrukcja, lecz nowa konstrukcja, nowy układ. Ludzie nowi zatracali się w masie tych, co byli tu „od zawsze”, wraz z nimi rozpoczynali nowy etap lub też przytłaczali ich swą ilością i innością. Jak w kalejdoskopie.

Okresów silnych wstrząsów w tym śląskim kalejdoskopie było kilka i każdy ze wstrząsów przyniósł niedające się zignorować zmiany. Takim wydarzeniem z pewnością było wkroczenie Armii Czerwonej, które przyniosło przesunięcie granicy polsko-niemieckiej daleko poza Górny Śląsk. Takim wydarzeniem były też polsko-niemieckie zawirowania i walka o podział tej krainy, będące jedną z głębszych rys na kruchym jak kryształ obrazie powersalskiej Europy. Wcześniej zaś wydarzeniami takimi były toczone na niewyobrażalną wcześniej skalę wojny: trzydziestoletnia oraz następujące po sobie wojny śląskie.

To jasne, że to właśnie wydarzenia zbrojne miały największą moc zmiany w śląskim kalejdoskopie. Wielu mieszkańców, którzy w obawie przed wojną opuściło swe domy, po jej zakończeniu albo już nigdy nie wracało, albo wracało za późno i zastawało domy już zamieszkane przez kogo innego. Zwycięzca bierze wszystko. Historia każdej, dosłownie każdej wsi i osady zna takie przypadki.

Analizując dzieje Śląska i jego rozwój oraz kolejne zmiany widać jak na dłoni, że pokój potrafi kształtować rzeczywistość w sposób wcale nie mniejszy, niż wojna. Owszem, może są to zmiany nie tak nagłe i nie tak skondensowane, ale równie duże. Okresy pokoju od wieków średnich sprzyjały zmianom, a ich konsekwencje bywały trwalsze niż następstwa wojen – ludzie mieli wówczas czas, by w pełni wrosnąć w ziemię, która tak szczodrze ich karmiła. A kiedy już zapuścili głębokie korzenie, stawali się częścią tej ziemi i nawet najtrudniejsze wojny byli w stanie przetrwać. Bo byli u siebie.

Historia Górnego Śląska to wciąż historia wielu lokalnych społeczności, żyjących na tym terenie. To historia współistnienia nie tylko różnych grup ludzi, ale też różnych wyznań, języków, obyczajów i tradycji, funkcjonujących obok siebie i wpływających na siebie wzajemnie. Równie fascynująca jest historia o ich scalaniu jak i opowieść o dzielących je różnicach. Historii tej krainy nie pozna bowiem ten, kto nie pozna dziejów poszczególnych wsi i zamieszkujących je często dość hermetycznych grup mieszkańców.

* * *

Średniowieczne dzieje Górnego Śląska to historycznie okres niezwykły, choć wciąż jeszcze nienajlepiej poznany. Nadal nie znamy części najważniejszych faktów związanych z panującymi nad tymi ziemiami Piastowskich władców, zaś w przypadku życia codziennego „szarych” mieszkańców Górnego Śląska w XII-XV wieku nie wiemy praktycznie nic. Nawet tak elementarne kwestie jak język średniowiecznych mieszkańców pozostają wciąż aktualnym (bo nie rozpoznanym dostatecznie) tematem dociekań badaczy.

Zadania badaczom nie ułatwia fakt, że zachowane dość skromnie źródła pisemne praktycznie w żaden sposób nie oświetlały szczegółów z życia ówczesnych mieszkańców Górnego Śląska. Te, które powstawały, albo dotyczyły elit, albo odnosiły się jedynie do spraw własnościowo-majątkowych.

Nie bez znaczenia jest także drugi z powodów, jakim było potężne przemieszanie ludności zamieszkującej w średniowieczu ten skrawek świata. Bywało bowiem, że mieszkańcy dwóch sąsiednich miejscowości mawiali językiem całkowicie dla siebie niezrozumiałym, nosili bardzo niepodobne do siebie stroje i dodatkowo kultywowali nieznane nikomu innemu zwyczaje. Zupełnie, jakby mieszkańcy sąsiednich wsi pochodzili z dwóch odległych państw. Cóż, właściwie tak właśnie było.

Genezą takiego, trudniego do zrozumienia z dzisiejszej perspektwy stanu rzeczy było zjawisko, określane jako „kolonizacja niemiecka” lub szerzej „kolonizacja zachodnia”. Druga z tych nazw wydaje się trafniejsza biorąc pod uwagę, że przybywający na Górny Śląsk koloniści pochodzili także spoza obszaru Niemiec, na przykład z Flandrii czy Walonii.

Kolonizacja nie była zjawiskiem tylko społecznym i należy ją oceniać w szerszym spectrum zmian, jakie przyniosła. Podręcznikowymi przykładami są słynna trójpolówka czy uregulowany kształt wsi z podziałem na łany i centralnie wytycznony plac – nawsie. Pojawienie się kolonistów przyniosło na te ziemie jednak cały szereg innych, nieco rzadziej przywoływanych zjawisk, jak chociażby upowszechnienie ozdobnych haftów, rozwój browarnictwa czy zwyczaj wydzielania izb sypialnych. Przykładów można by mnożyć.

Pojawienie się w krótkim czasie dużej liczby osób etnicznie i językowo odmiennych, w dodatku tworzących społeczeństwa nieco hermetyczne, musiało oczywiście prowadzić do mniejszych czy większych konfliktów z miejscowymi. Wraz z kolejnymi pokoleniami antagonizmy te słabły, a społeczności kolonistów i autochtonów ulegały wymieszaniu (nie tylko w rozumieniu genetycznym), tworząc wspólną kulturę. Czasem proces ten przebiegał szybciej, czasem wolniej, każdorazowo jednak – prawem wielokrotnie wspomnianego we wstępie kalejdoskopu – postępował, zmieniając obraz niektórych wsi nie do poznania.

Na początku XX wieku nastąpił nagły wzrost zainteresowania jego dawnymi dziejami, szczególnie okresem kolonizacji niemieckiej oraz czasami plemiennymi. Zainteresowanie to nie przypadkowo złożyło się z narastającą odmiennością zdań co do tego, kto stanowił dominującą grupę mieszkańców dawnego Śląska – Polacy czy Niemcy? Przywołanie niemieckich kolonistów i ich wpływu na dzieje tej krainy było w tym kontekście silnym i trudnym do odparcia argumentem.

Największym problemem był jednak fakt, że w krajobrazie przemysłowego Górnego Śląska z początku XX wieku niełatwo było odnaleźć wsie, w których można by szukać jeszcze widocznego ducha dawnych kolonistów, obserwować ich zwyczaje i podziwiać dzieło. Owszem, na terenie południowych powiatów można było znaleźć jeszcze sporo wsi o niemal niezmienionym łanowym układzie okolnic lub ulicówek, lecz ich mieszkańcy coraz częściej ubierali się po miejsku, do pracy używali skomplikowanych maszyn, a duża części ich potomków w rodzinnym domu spędzała tylko dni wolne od pracy.

Nic więc dziwnego, że do rangi symbolu urosła wówczas niewielka wieś Schonwald, oddalona zaledwie kilka kilometrów na południe od wielkomiejskich Gliwic. Jej mieszkańcy, którzy zachowali nie tylko dawną mowę, ale też wiele sięgających średniowiecza obyczajów, byli dla niemieckich propagandystów i historyków niezbitym dowodem na to, że duch niemiecki na Górnym Śląsku jest żywy i to on w głównym stopniu ukształtował tę ziemię.

Historia Schonwaldu to jeden z najwyraźniejszych obrazów funkcjonowania na Górnym Śląsku samotnej wsi-wyspy, odmiennej od wszystkich i wszystkiego dookoła. Historia zainteresowania mieszkańcami Schonwaldu to zaś opowieść o przewrotnym traktowaniu historii i dowód na to, że pomiędzy zainteresowaniem i zachwytem jest całkiem spora, nie tylko semantyczna, przepaść.

Przybysze z daleka

Początki Schonwaldu sięgają czasów najaktywniejszych działań kolonizacyjnych na Górnym Śląsku, a więc połowy XIII wieku. Panujący wówczas książę opolsko-raciborski Władysław stawiany jest jako wzór dobrego gospodarza, który na prawie niemieckim założył kilka miast i wielką liczbę wsi. I jak każdy wzór, zyskał naśladowców. Politykę osadniczą prowadzili nie tylko możni z otoczenia księcia, ale też wspierane przez niego klasztory. Jednym z najbardziej zaangażowanych w to dzieło był zaś klasztor cystersów w Rudach.

Na ziemiach przekazanych cystersom już w połowie XIII wieku pojawili się pierwsi osadnicy, a zakładane przez nich wsie po latach będą przez historyków i archeologów nazywane “gliwickim skupiskiem osadniczym”. Na południowy zachód od Gliwic, na obszarze lasu nazwanego w dokumencie nazwą lasem Boycou, dokumentem z  6 marca 1269 roku wydzielono obszar stu łanów, z których połowę przeznaczono na lokację osady na prawie niemieckim.

Wizja gospodarowania pośrodku górnośląskich lasów zainteresowała lokatorów, którzy szybko przybyli, by wykarczować drzewa i rozpocząć uprawy. Tyle wiemy. Nie wiemy jednak, skąd osadnicy przybyli.

Teorii na ten temat jest kilka. Zakłada się, że mogli to być zarówno przybysze z daleka, jak i osadnicy, którzy kilka dekad wcześniej z powodzeniem zakładali wsie w górniczych rejonach Głuchołaz i Zlatych Hor (Zuckmantla). Ponieważ nie zachowały się żadne dokumenty mówiące o pochodzeniu pierwszych mieszkańców osady, historycy zmuszeni byli do snucia domysłów. Na szczęście mieszkańcy postanowili sami pomóc w rozwikłaniu tej zagadki – choć bezwiednie.

Jak już wspomniano, jeszcze w XX wieku mieszkańcy Schonwaldu posługiwali się mową odmienną i na Górnym Śląsku niespotykaną. Ich język domowy, szywałdzki dialekt, przypominał archaiczny i mocno przekształcony język średnio-wysoko-niemiecki, a pewna izolacja mieszkańców sprawiła, że od średniowiecza prawdopodobnie nie uległ zbyt wielu przekształceniom. Z tego powodu lingwiści mieli na temat pochodzenia mieszkańców Schonwaldu do powiedzenia więcej, niż historycy. W oparciu o te badania uznano, że mieszkańcy mają korzenie wschodniofrankoński.

Frankonia to jedna z historycznych krain w Niemczech, położona na pograniczu Bawarii, Turyngii i Badenii-Wirtenbergii.

Nazwa wsi, tłumaczona jako “piękny las”, została w takim brzmieniu po raz pierwszy zapisana dość późno, w 1679 roku. Wiele wskazuje na to, że była już używana od czasu założenia osady – w dokumencie z 1283 roku zapisana została w zlatynizowanej wersjii Scuenewalde. Sami mieszkańcy między sobą używali nazwy Schewaud, stosowanej jeszcze na początku XX wieku. Mówiący po śląsku mieszkańcy okolicznych wsi przejęli tą nazwę – stąd jeszcze dziś wśród mieszkańców Gliwic czy Knurowa można usłyszeć nazwę “Szywołd”.

Ci, którzy zamieszkali w pięknym lesie, mieli przed sobą wiele pracy. Ów las, od którego powstała nazwa osady, musiał zostać wykarczowany, by dać miejsce dla upraw. Proces ten mógł trwać nawet kilkanaście lat, nim cały obszar stu łanów zagospodarowano.
Osadnicy zbudowali też stawy rybne, wykorzystując do ich wypełnienia przepływające tu niewielkie potoczki. Wybudowano także karczmę, a także drewniany kościół, ufundowany ok 1260 roku przez księcia opolsko-raciborskiego Władysława. Kościół stanął w centralnym punkcie rozciągającej się wzdłuż głównego traktu wsi, a opiekę nad nim przejęli cystersi.

Na przełomie XIII i XIV wieku dookoła Schonwaldu powstawały kolejne osady, przybywali kolejni koloniści i rozpoczynali – podobnie jak ich sąsiedzi – żmudną i długą pracę, by przekazana im ziemia przestała rodzić kamienie i korzenie, a zaczęła wydawać plony. Wspomniane gliwickie skupisko osadnicze stało się jednym z najbardziej ludnych obszarów ówczesnego Górnego Śląska. Mieszkańcy Schonwaldu stronili jednak od kontaktów z sąsiadami.

Gospodarze, wozacy, ale przede wszystkim samotnicy

Pierwsze wieki funkcjonowania wsi są słabo oświetlone kagankiem źródłowej wiedzy i o życiu mieszkańców nie wiadomo zbyt wiele.

Wiadomo natomiast, że wieś dość szybko się rozrosła i osiągnęła dość imponujące rozmiary, zwłaszcza jak na czasy, o których mowa. W 1534 roku na jej terenie znajdowało się 49 zagród. Zdaniem Jacka Schmidta, Schonwald mógł liczyć nawet około 4 kilometrów długości. Znajdujący się w centralnym punkcie kościół dzielił wieś na dwie części, zachodnią, zwaną Górną, i wschodnią, zwaną Dolną lub Przyszowicką. W 1719 roku wieś liczyła około 700 mieszkańców.

Najważniejszym obiektem był oczywiście kościół. Niewielki, drewniany kościółek z połowy XIII wieku, przetrwał krótko, zniszczony najprawdopodobniej przez husytów, którzy pustosząc ziemię gliwicką na pewno “odwiedzili” też Schonwald. W jego miejsce, na początku XVI wieku, wybudowano nowy, tym razem już murowany, gotycki kościół. Fakt ten dobitnie stanowi o dość dobrej sytuacji ekonomicznej wsi i jej mieszkańców – murowane kościoły w tamtych czasach budowano bowiem jedynie w miastach lub siedzibach możnych rodów.

W 1732 roku, staraniem prałata Strachwitza, powiększono wiejski kościół, zaś w latach 1755-57 rudzki opat Augustyn murowaną dzwonnicę. W 1749 roku na przeciwko kościoła stanął również murowany budynek przeznaczony początkowo na pomieszczenie wizytacyjne dla opatów z Rud, lecz wkrótce zaadaptowany na plebanię (dotychczasowa, pełniąca jednocześnie funkcję szkoły, była w opłakanym stanie). Pamiętająca czasy pierwszych lat pruskiego panowania na Śląsku plebania jest obecnie najstarszym budynkiem w miejscowości i jednym z niewielu obiektów świadczących o jej dawnym znaczeniu.

Miejscowość i jej mieszkańcy byli przez wieki świadkami kilku tragicznych wydarzeń związanych z przejściem wrogich wojsk, które w większości plądrowały tę jedną z większych i bogatszych wsi. Prócz husytów, z takimi zamiarami przybyły wojska koalicji ewangelickiej, które w okresie wojny 30-letniej długotrwale oblegały Gliwice, przy okazji plądrując cały region. Spalono wówczas większą część Górnego Schonwaldu. Pamiątką po tamtych wydarzeniach jest używana jeszcze dziś nazwa “szwedzka górka” dla jednego z wzniesień, a najbardziej widocznym śladem jest zmieniony układ wsi – po spaleniu zachodniej części nowe domostwa budowano bliżej Przyszowic. Wieś splądrowana została także przez przechodzące przez Górny Śląsk wojska rosyjskie w 1625 roku.

Wieś wciąż należała do rudzkiego klasztoru cystersów, a mieszkańcy Schonwaldu na rzecz cystersów wykonywali swe wynikające z praw i pańszczyźnianych powinności obowiązki. Stan taki funkcjonował aż do kasaty zakonu w 1810 roku, przeprowadzonej przez poszukujące wszelkich możliwych środków finansowych państwo pruskie, pokonane wcześniej przez Napoleona.

Trzeba jednak przyznać, że wraz z biegiem lat wpływ kolejnych opatów cysterskich na życie mieszkańców Schonwaldu ulegał zmniejszeniu, a coraz większą “opiekę” nad mieszkańcami sprawowało miasto Gliwice. To w Gliwicach mieszkańcy Schonwaldu sprzedawali plony, kupowali niezbędne wyroby rzemieślnicze i produkty spożywcze. Część zachowanych dokumentów, w tym urbarze, wielokrotnie wspominała o zatargach pomiędzy klasztorem w Rudach a władzami miejskimi Gliwic.

Urbarze są zresztą wspaniałym źródłem rekonstruującym dzieje wsi i ich mieszkańców. To głównie dzięki nim czerpiemy wiedzę na temat zajęcia, które Schonwałdzian wyróżniało na tle wszystkich sąsiednich wsi. Prócz pracy na roli wielu gospodarzy służyło bowiem jako wozacy.

Genezy “transportowej” historii wsi szukać można właśnie na kartach wspomnianych urbarzy, w których spisano, że zobowiązani byli do przewozu materiałów na rzecz rudzkiego klasztoru. Z okolic Bytomia i Tarnowskich Gór transportowali rudę do cysterskiej kuźnicy w Stodołach, z kamieniołomu w Mokrem transportowali wykorzystywany w procesie wytopu żelaza kamień wapienny, wozili również odławiane w wiejskich stawach ryby. Zimą do transportów wykorzystywano sanie, zaś gdy śniegi ustępowały, na okolicznych traktach królowały powożone przez tutejszych gospodarzy furmanki.

Z czasem, prócz obowiązkowych transportów na rzecz właścicieli wsi, wozacy z Schonwaldu rozpoczęli również transporty – używając współczesnej nomenklatury – komercyjne. Furmanki z Schonwaldu woziły przede wszystkim rudę dla licznych pod Rybnikiem kuźnic, a także piwo z browarów w Toszku czy Wrocławiu. Przewóz piwa sprowadził na furmanów wściekłość browarników gliwickich, którzy do tej pory niemal monopolistycznie zaopatrywali okoliczne gospody, pomimo raczej kiepskiej jakości trunków. Ponadto furmani wozili także sól, wino, węgiel drzewny, a pod koniec XVIII wieku także węgiel kamienny. Ze względu na swój osobliwy strój i język pojawienie się furmanów z Schonwaldu traktowane było jako osobliwa ciekawostka, dzięki czemu informacje o nich pojawiały się w wielu miejscowościach na Śląsku, a nawet w Krakowie czy Wielkopolsce. W 1854 roku sołtys Schonwaldu, Johann Puscher, dostarczył towary handlowe z Gliwic do portu w Trieście, co stanowić może najlepszy przykład możliwości transportowych tutejszych furmanów. Wydarzenie to przypadło jednak na okres, kiedy coraz większą część towarów przewożono koleją, co zwiastowało rychły kres furmańskiej tradycji w Bojkowie, tym bardziej, że Gliwice stały się ważnym węzłem kolejowym. Pod koniec XIX wieku kolej – w wydaniu wąskotorowym – dotarła zresztą i do samego Schonwaldu, za sprawą budowy linii z Gliwic do Raciborza. Kolej pozbawiła zleceń ostatnich furmanów, co było sporą zmianą dla mieszkańców wsi, którzy – no cóż, za zmianami nie przepadali.

Potomkowie frankońskich kolonistów nie należeli do osób otwartych i raczej stronili od obcych. Oczywiście dzieje wsi zapewne znały wyjątkowe jednostki, ale dzieje miast i wsi częściej wspierają się statystyką niż biografistyką. A statystyka w przypadku Schonwaldu była jasna – większość mieszkańców żeniła się między sobą, tworząc wielkie, powiązane ze sobą gospodarskie rody.

To właśnie ta cecha sprawiła, że niemal siedem wieków po lokacji wsi zachowało się tak wiele widocznych śladów po pierwszych pokoleniach kolonistów. Gospodarujące w Schonwaldzie rody zachowały nie tylko dawną mowę i strój, ale też wiele innych wyróżniających je tradycji i zwyczajów. Jedną z nich były charakterystyczne, kolorowe hafty, stosowane zarówno w męskim, jak i żeńskim stroju ludowym. Innym niespotykanym w sąsiednich wsiach elementem były charakterystyczne tylko dla Schonwaldu bramy wjazdowe prowadzące na podwórza. Podwójne bramy, składające się z szerokiego skrzydła dla wozów i furtki dla ludzi, przybierały bardzo różne formy – od zwykłych kwadratowych wrót, aż posiadające półokrągłe portale bramy z ażurowymi zdobieniami.

Średniowiecza sięgały także spitzmiana, czyli przydomki wielu rodzin. Ze względu na wielokrotne powinowactwo część różnic pomiędzy rodzinami uległa zatarciu i bardzo dużo osób nosiło takie same imiona i nazwiska – konieczne więc było wymyślenie charakterystycznych przezwisk, dla odróżnienia poszczególnych osób, a z czasem całych gałęzi rodów. Zabieg ten, charakterystyczny raczej dla mieszkańców miejscowości górskich, odciętych od świata, był jednym z wyróżników Schonwaldu. Same zaś spitzmiana bardzo często pochodziły z dawnych i znanych tylko tutaj egzotycznie brzmiących słów. Egzotycznie tym bardziej, że większość mieszkańców Schonwaldu nosiła słowiańsko brzmiące nazwiska – najpopularniejszymi były Chlopczyk, Jelitko, Malec, Malorz, Placzka, Rak czy Szafarz. Wynika to z faktu, że samo pojęcie nazwiska powszechnie używane było dopiero w czasach nowożytnych, gdy ludność ta już dłuższy czas funkcjonowała na Śląsku. Same zaś nazwiska były prawdopodobnie spolszczonymi spitzmianami stosowanymi przez rdzennych Schonwaldzian. Części jednak nie spolszczono, przez co wśród nazwisk mieszkańców wsi spotkać można było też niespotykane nigdzie indziej rodziny Haurków, Hanczyrków, Pucdów czy Toników.

Oczywiście z każdym kolejnym pokoleniem wychowującym się na Górnym Śląsku, mieszkańcy Schonwaldu przyjmowali nieco więcej zwyczajów lokalnych, a ich archaiczna mowa uzupełniana była zapożyczeniami śląskimi czy też wyrazami współczesnej, niemieckiej mowy (zwłaszcza po owarciu we wsi szkoły podstawowej i wprowadzeniu obowiązku szkolnego pod koniec XVIII wieku). Nigdy jednak nie doszło do rozmycia się Schonwałdzian wśród otaczających ich sąsiadów, a ich brak otwartości na obcych stał się podstawą przetrwania ich niezwykłej, frankońskiej enklawy. Pod koniec XIX wieku mowa, jaką posługiwali się mieszkańcy Schonwaldu nie była zrozumiała ani dla mówiących po niemiecku, ani dla mówiących po polsku.

Zamknięcie się na sąsiadów musiało jednak skutkować tym, czego pierwsi osadnicy przewidzieć nie mogli, a czego naste pokolenia nie mogły już ignorować. Bazujące na wąskiej bazie genów społeczeństwo Schonwaldu, w którym większość małżeństw zawierano pomiędzy dość blisko spokrewnionymi ze sobą rodzinami, charakteryzowało się dużą ilością osób posiadających różnego rodzaju niepełnosprawności, szczególnie intelektualne. Była to cena, jaką płacono za zachowanie swego stylu życia i utrzymanie izolacji. Aby zapobiec temu problemowi zaczęto akcję przenoszenia młodych małżeństw z Schonwaldu do innych miejscowości powiatu, szczególnie – Tworogu Małego k. Sośnicowic, Wilkowic, Chwoszcza, Kalinowic, Rzeczyc, Sierot, Ameryki k. Sierot, Rachowic, Pyskowic, Wielowsi, Świętoszowic i Pilchowic.

Skansen czy rezerwat?

Tradycyjne i wciąż zamknięte na obcych społeczeństwo Schonwaldu nie było jednak w stanie ignorować wszystkich zmian niesionych przez wiatr historii. Rozwój górnictwa w bliskiej okolicy wsi, w Zabrzu i Gliwicach sprawił, że część mieszkańców pod koniec XIX wieku wybrało zatrudnienie w przemyśle, porzucając dotychczasowe zajęcia, coraz częstsze też były przenosiny do Gliwic. Było to jednak pojedyncze osoby, co nie przekładało się na zmiany w obrębie wiejskiego społeczeństwa.

Zmieniał się także krajobraz wsi. Charakterystyczne przez siedem wieków drewniane, zrębowe chałupy kryte słomą coraz częściej zastępowano domami budowanymi z cegły. Jeszcze w 1872 roku na około 290 chałup, tylko 30 było murowanych, 40 posiadało murowane ściany, lecz posiadało drewniane stropy i krytych było strzechą, zaś pozostałe były w całości wykonane z drewna. Towarzyszące chałupom zabudowania gospodarcze budowane były tylko z drewna, nie było stodół i stajni murowanych.

Przebudowano również tutejszy kościół, który nie mógł pomieścić wszystkich wiernych liczącej pod koniec XIX wieku już ponad 3000 osób Schonwaldzkiej parafii. Pomimo problemów finansowych budowa nowego, neogotyckiego kościoła utrzymanego na planie dawnej świątyni zakończyła się już po 6 latach, w 1904 roku (od 1901 roku w nowym kościele odbywały się już nabożeństwa). Pobożność i przywiązanie do kościoła była bowiem kolejną charakterystyczną cechą wyróżniającą Schonwald – do dziś zdziwienie może budzić ilość zachowanych w dawnym Schönwaldzie krzyży oraz kapliczek (obecnie 33 krzyże i pięć kapliczek). O szczególnym przywiązaniu do kościoła świadczyć może również liczba 30 mieszkańców, którzy do XIX wieku przyjęli święcenia kapłańskie.

Zmianie ulegał także kształt wsi. Ta klasyczna niegdyś rzędówka z czasem otrzymywała coraz bardziej nieregularny kształt, co związane było z tworzeniem gospodarstw na ziemiach kupowanych od sąsiednich wsi, Przyszowic i Knurowa. Wytyczono wówczas nowe drogi, dla których mieszkańcy wymyślili nazwy – a ponieważ nazwy te wymyślili w swojej mowie, władze administracyjne musiały wprowadzić własne nazwy ulic, bo istniejące były dla nich niezrozumiałe, a często też nie do wypowiedzenia.

Zmieniały się również rozmiary i kształty należących do gospodarzy pól. Podczas gdy jeszcze pod koniec XVIII wieku gołym okiem widoczny był sięgający czasów lokacji podział ziemi na łany, tak po kasacie klasztoru cystersów i przekazaniu ziemi na własność gospodarzom wykształcił się niespotykany nigdzie zwyczaj dzielenia roli. Po śmierci gospodarza jego pole było dzielone pomiędzy wszystkich gospodarzy “po długości”, a więc dawne łany dzielono na długie, lecz bardzo wąskie pasy, dodatkowo wytyczając miedzę lub drogę pomiędzy każdym z nich. Z tego powodu niektórzy gospodarowali na karykaturalnie wąskich działkach, liczących czasem zaledwie po metr szerokości. Nic dziwnego, że jednym z popularniejszych spitzmian dla gospodarzy było określenie Goletz. Z dziwnym zwyczajem dziedziczenia ziemi prowadzącym do zubożenia gospodarzy próbowały walczyć lokalne władze, lecz bezskutecznie. Wówczas, jako element wyróżniający mieszkańców Schonwaldu, prócz mowy i ubioru, coraz częściej wskazywano upór. Cóż, cecha ta bardzo często idzie w parze z brakiem otwartości na świat.

Okres I wojny światowej przyniósł wiele zmian, a mieszkańcy Schonwaldu, którzy wrócili z frontów wielkiej wojny, wracali zazwyczaj odmienieni. Przy całym swym okrucieństwie i skali militarnego szaleństwa, I wojna światowa mocno wpływała na rekrutów z takich właśnie wsi jak Schonwald, którzy z dala od domu, wtopieni pomiędzy żołnierskie masy z wszystkich zakątków kraju, bardzo często wracali ze zmienionym poglądem narodowościowym, czując się bardziej Niemcami niż do tej pory. Nic więc dziwnego, że gdy doszło do plebiscytu na Górnym Śląsku, 2219 mieszkańców głosowało za pozostaniem w granicach Niemiec, a tylko 35 za przyłączeniem do Polski. Nowa granica polsko-niemiecka sprawiła, że Schonwald stał się wsią graniczną.

W czasach Republiki Weimarskiej coraz więcej mieszkańców Schonwaldu decydowało się na zmianę dotychczasowego trybu życia, rezygnując z tradycyjnych zajęć na rzecz zatrudnienia w przemyśle czy też poszukując wybranek spośród panien mieszkających poza wsią. Widocznym znakiem tych zmian była m.in. popularność założonego jeszcze pod koniec XIX wieku Towarzystwa Gimnastycznego (Mannar Turnverein Schonwald). Nadal jednak “nowocześni” Schonwaldzianie stanowili wyraźną mniejszość spośród mieszkańców liczącej już ponad 4000 mieszkańców wsi.

Wyjątkowy charakter osady i jej mieszkańców sprzyjał podejmowaniu od końca XIX wieku etnograficznych, historycznych i językowych. Kolejni badacze coraz liczniej odwiedzali Schonwald, a informacje o niezwykłych zwyczajach, archaicznej mowie czy wyjątkowo zdobnych haftach publikowano nie tylko na łamach periodyków naukowych, ale też coraz częściej w popularnych czasopismach. Potomkowie frankońskich kolonistów stawali się znani nie tylko na Śląsku, ale i poza jego granicami, a fotografie kobiet w ciemnych, wyszywanych kolorowym haftem strojach i ciemnych chustach lub kolorowych, wełnianych wieńcach na głowach były łatwo identyfikowane i poprawnie utożsamiane z szywołdziorzami.

Zainteresowanie unikatową kulturą odosobnionej wsi, funkcjonującej przez lata zaledwie kilka kilometrów od Gliwic przyniosło pokaźną bazę opracowań, dzięki którym możemy poznać jej społeczność, zwyczaje i obyczaje. Prócz naukowych, trudno dostępnych rozpraw poświęconych językowi mieszkańców Schonwaldu powstało także wiele publikacji etnograficznych, w tym artykułów opisujących stroje, obrzędy (szczególnie weselne) i zwyczaje, w tym pracę na roli i w gospodarstwie. Wiele z tych czynności nie zmieniło się zasadniczo od czasów kolonizacji niemieckiej, co dla miłośników historii Śląska stanowiło nie lada gratkę. W 1935 roku jedno z wesel zostało uwiecznione na taśmach filmowych przez ekipę dokumentalistów.

Swoistą “modę” na Schonwald przejęły także śląskie placówki muzealne, które rozpoczęły kolekcjonowanie przedmiotów związanych z osadą. Do 1945 roku Górnośląskie Muzeum Krajowe w Bytomiu posiadało w zbiorach komplet strojów i ozdób ludowych oraz reprezentatywną kolekcję sprzętów gospodarskich i rzemiosła ludowego, jak również pokaźną dokumentację zwyczajów mieszkańców Schönwaldu (obecnie w Muzeum Muzeum Górnośląskim zachowała się jedynie część dokumentacji fotograficznej obyczajów ludowych).

Takie zainteresowanie wpłynęło także na życie samych Schonwaldzian, którzy poniekąd wykorzystali je dla własnych celów. Od 1920 roku we wsi działała Schönwalder Stickstube – izba hafciarska której członkinie wykonały 17 tysięcy prac przeznaczonych na sprzedaż. Największą pracą hafciarska szywałdzianek była wykonana w 1944 roku kurtyna teatru miejskiego w Gliwicach, zniszczona przez Armię Czerwoną jeszcze przed spaleniem tego budynku. We wsi funkcjonowały też gospody, w których zamieszkać mogli wszelkiej maści badacze i miłośnicy “ludowości”. Tym bardziej, że ludowość była coraz bardziej w cenie, szczególnie, jeśli mogła być wykorzystana w działalności propagandowej.

Odwieczną niemieckość Schonwaldu podnoszono i stawiano za wzór już podczas działań związanych z plebiscytem. Podkreślano, że pomimo siedmiu wieków spędzonych pomiędzy ludnością słowiańską mieszkańcy tej wsi zachowali swoje niemieckie obyczaje, niemiecką mowę i wszystko, co można było podciągnąć pod dziedzictwo niemieckiej kultury agrarnej na Śląsku. Dopiero jednak czasy potężnej maszyny propagandowej Hitlera wycisnęły wszystkie możliwe korzyści z ukazywania Schonwaldu jako wzorcowej niemieckiej, która wytrzymała napór sąsiednich Słowian i nigdy nie uległa i nigdy nie ulegnie odniemczeniu, świadcząc o wyższości niemieckiej kultury i niemieckiego ducha.

Wystarczyło kilka miesięcy

Podkreślana przez propagandystów jeszcze w 1944 roku wyższość kultury niemieciej była jednak niczym wobec zbliżającego się upadku III Rzeszy, a ofensywny walec Armii Czerwonej za nic miał kulturowo-etnograficzne wyspy, o których istnieniu nawet gdyby wiedział, to i tak rozniósłby w puch tak samo, jak w przypadku wysp polskich, czeskich czy flamandzkich. Rok 1945 zakończył funkcjonowanie większości z nich, a Schonwald, leżący szybkiego marszu wojsk radzieckich dokonujących okrążenia okręgu przemysłowego, miał się o tym wyjątkowo dobitnie przekonać.

Rozkaz do ewakuacji wsi nadszedł w ostatnim momencie i został przyjęty z wielką wątpliwością i niedowierzaniem. Większość mieszkańców opuszczała swe domy w panice, a  dwudziestostopniowy, styczniowy mróz, potęgował chaos. 

Większość mieszkańców Schonwaldu przeładowanymi zaprzęgami konnymi wycofywała się w kierunku Austrii, gdzie wyznaczono punkty ewakuacji. Część mieszkańców postanowiła jednak pozostać we wsi, by nie tyle bronić, co po prostu doglądać swego dobytku – dziedzictwa kilkudziesięciu pokoleń. 24 stycznia wieś opuścili ostatni niemieccy żołnierze, kolejnego dnia przez wieś przeszli pierwsi sowieccy. Faktyczne zajęcie wsi nastąpiło z 26 na 27 stycznia.

Schonwald był pierwszą miejscowością spośród leżących po niemieckiej stronie dawnej granicy, jakie na swej drodze zdobyły oddziały sowieckie. I choć już wcześniej, na terenie polskiego Górnego Śląska dopuszczały się one grabieży i bezcelowych zniszczeń, to jednak dopiero po przekroczeniu granicy sprzed 1939 roku u wkroczenia na teren III Rzeszy dowództwo zezwoliło na niczym nieskrępowane działania i zemstę za zbrodnie niemieckie na wschodzie. Rozstrzelanych zostało 120 pozostałych w swych domach mieszkańców, w tym 26 kobiet i dzieci. Ci, którzy uniknęli egzekucji, byli świadkami podpaleń i gwałtów, a także rabunków.

Stu dwudziestu mieszkańców zginęło z rak żołnierzy. Ci, którzy przeżyli byli świadkami i ofiarami podpaleń, gwałtów, szykan. Spłonęła część wsi. Po przejęciu administracji przez władze polskie w miejscowości pozostawało jeszcze około tysiąca mieszkańców. Wieś została zasiedlona przez przesiedleńców z centralnej Polski i z Kresów. Z liczącej w 1944 roku 5000 mieszkańców wiosną roku następnego we wsi przebywało niecałe tysiąc osób.

Gehenna nie zakończyła się wraz z oddaniem władzy we wsi administracji polskiej. Co prawda morderstwa i gwałty się skończyły, ale dla mówiących w niezrozumiałym dla polskich (najczęściej kresowych) urzędników języku pierwsze miesiące w granicach Polski oznaczały wiele problemów. Ludność Schonwaldu, przemianowanego na Szywałd, uznana została za rdzennie niemiecką, a przez to pozbawioną praw obywatelskich. 5 lipca 1945 aresztowano grupę mieszkańców wraz z proboszczem Edgarem Wolfem. Przetrzymywano go w gliwickim więzieniu, po czym przewieziono do obozu „Zgoda” w Świętochłowicach, gdzie po dwóch tygodniach zmarł na skutek ciężkiego pobicia. W tym owianym absolutnie złą sławą obozie ulokowano zresztą sporą liczbę mieszkańców Schonwaldu, zaś w ich domach lokowano pierwsze transporty przybywających z kresów Polaków. W zaledwie kilka miesięcy 1945 roku zakończył się żywot prastarej frankońskiej wsi funkcjonującej pośród górnośląskich lasów od połowy XIII wieku.

Niezwykle ciężki los spotkał nie tylko tych, którzy pozostali, ale też tych, którzy wieś opuścili. W dniu kapitulacji Niemiec 80% schönwaldzian znajdowała się w Austrii, skąd przetransportowano ich w bydlęcych wagonach do zachodnich części Niemiec. Wielu z nich, którzy do Austrii nie dotarli, trafiło do radzieckiego obozu dla uchodźców zlokalizowanego niepopodal czeskiej Pragi, gdzie – podobnie jak w “Zgodzie”, w wyniku  wyjątkowo trudnych warunków wielu zmarło. Ci, którzy przeżyli, otrzymali późnym latem pozwolenie na powrót na Śląsk.

Po powrocie do Szywałdu, wielu mieszkańców zastało w swych domach nowych gospodarzy, w dodatku wrogo nastawionych. Wrogo nastawione były też lokalne władze, które prowadząc akcję odniemczania pozbywały się wszelkich śladów pisanych odtąd z małej litery “niemców”. Rdzenni szywałdzianie byli zaś śladem nadzwyczaj widocznym, mocno uderzającym w lansowane przez propagandę nowe, czysto polskie oblicze Śląska.

16 października 1945 roku przeprowadzono szybkie i niespodziewane wysiedlenie rdzennych mieszkańców wsi. Zostali zgromadzeni pobliżu kościoła, a następnie wywiezieni w bydlęcych wagonach w głąb Niemiec. Ze względu na szybkość akcji i brak wcześniejszych informacji, większość z nich w podróż wyruszyło bez nawet najbardziej osobistych przedmiotów czy pamiątek. Kolejne transporty organizowano do 1947 roku. Natomiast w 1946 roku zmieniono nazwę wsi, która odtąd – jako Bojków – stać się miała niemal całkowicie zamieszkana przez Polaków z kresów. Spośród dawnych mieszkańców pozostało jedynie garstka, głównie z mieszanych małżeństw. Nie mieli oni jednak możliwości kultywowania języka, tradycji i kultury. Pozostali Schonwaldzianie rozsiani zostali po wszystkich strefach okupacyjnych Niemiec oraz Austrii. Ze względu na wiele różnic, także oni zmuszeni byli do asymilacji w nowych warunkach. I szybko zapisali się w historii Niemiec. Urodzeni w przedwojennym Schonwaldzie Georg Miske i Helmut Klopsch zostali olimpijczykami – pierwszy z nich w 1956 w Melbourne i w 1960 roku w Rzymie reprezentował swój nowy/stary kraj w podnoszeniu ciężarów (zdobył kolejno 6 i 13 miejsce), zaś drugi podczas Zimowych Igrzysk w Innsbrucku wystartował w biathlonowym biegu na 20 kilomerów.

Pierwszą osobą, która zaczęła łączyć rozporoszonych schönwaldzian był Peter Bielke, który po zwolnieniu z obozu zaczął poszukiwania swojej rodziny. Na początku lat 50-tych zaczął wydawać w Göppingen pismo „Schönwalder Heimatbrief”, gdzie publikowano spis adresów oraz ogłoszenia o zaginionych. W tym okresie powstała również idea regularnych dawnych mieszkańców, które z czasem stały się imprezami o zasięgu ogólnokrajowym. Jednym z ich inicjatorów był Peter Wietschorke.

Część najstarszych mieszkańców w latach 80. XX wieku zaczęła przyjeżdżać do swej rodzinnej miejscowości, będącej od 1975 roku dzielnicą wielkomiejskich Gliwic – choć akurat wiejski charakter Bojkowa nie uległ zmianie. W kolejnych latach wycieczki takie zaczęły być coraz częstsze. Szukanie śladów swej młodości i swego dziedzictwa jest jednak już bardzo trudne, a tak częste niegdyś charakterystyczne stroje czy furmanki znaleźć można już tylko w zbiorach muzealnych i na dawnych fotografiach czy pocztówkach. Jedynie kapliczki i krzyże milcząco stoją tak jak stały, na Schonwaldzkich miedzach, choć też już nie wszystkie.

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Zdjęcia: Paweł Pomykalski ©

Żydzi z Wielowsi

Rankiem 10 listopada 1938 roku do Langendorfu od strony Gliwic wjechała Grunne Minna – tak określano na Górnym Śląsku wojskowe ciężarówki z zamkniętą paką przystosowaną do transportu więźniów. Widok ten zapewne nie był rzadki dla mieszkańców, wszak kilkanaście kilometrów dalej znajdował się zakład karny w Strzelcach, jeden z większych w regionie, a i do sąsiedniego Toszka tego typu pojazdy przywoziły czasem co bardziej „trudnych” pacjentów szpitala dla nerwowo chorych. Tym razem jednak przejazd więźniarki budził większe niż zawsze poruszenie, a gdy samochód zatrzymał się w centrum wsi, a z jego paki wybiegli esesmani, wszystko stało się jasne.

Grupa młodych mężczyzn szybko wyskoczyła z samochodu i rozbiegła się po okolicznych domach. Po pewnym czasie zaczęli wracać do samochodu, za każdym razem prowadząc ze sobą jednego lub kilku mieszkańców wsi. Żydów. Wkrótce potem odjechali.

Gdy Grunne Minna ponownie wjechała do wsi po południu tego samego dnia, większość mieszkańców dokładnie już wiedziała, co się dzieje, do Wielowsi zapewne dotarły też informacje na temat wydarzeń z innych górnośląskich miast, relacje informujące o zniszczonych żydowskich sklepach i płonących synagogach. Co więcej, miejscowy oddział ochotniczych strażaków był już w pogotowiu, wraz z motopompą i wężami strażackimi rozciągniętymi w kierunku langendorfskiej synagogi.

Poranna akcja esesmanów doprowadziła do „aresztowania” wszystkich mężczyzn wyznania mojżeszowego – z wyjątkiem Abrahama Izbitzkiego, którego jako jedynego nie udało się zastać i odszukać. Kolejny Teraz więc esesmani mogli się już skupić na dokończeniu założonego scenariusza, a więc przystąpili do niszczenia witryn sklepów i zakładów należących do Żydów, a także okien w należących do nich domach. Ponieważ zadanie to poszło im nader sprawnie i po niecałej godzinie potłuczone szkło wraz z wyrzuconymi przez rozbite okno towarami z domu handlowego Freimanna zaścieliło sporą powierzchnię dróg i chodników, nabuzowani esesmani udali się do synagogi, gdzie czekali na nich także miejscowi członkowie SA. W przypadku synagogi jednak scenariusz nie został zrealizowany w pełni, gdy przed dowódcą grupy stawił się miejscowy sklepikarz, Franz Bialek, wraz z dokumentem świadczącym, że jest on właścicielem parceli, jak i samego budynku. Zagroził też, że w przypadku podpalenia będzie się, jako obywatel niemiecki, domagał odszkodowania. Odstąpiono więc od prób podpalenia, zadowalając się jedynie wejściem do świątyni i zdewastowaniem sporej części wyposażenia, po czym odjechali. Strażacy odetchnęli z ulgą, choć słowo ulga nie jest zapewne w tym kontekście słowem stosownym i odpowiednim.

Opisywane wydarzenia, które w historii nie tylko Wielowsi i nie tylko Śląska, ale całych Niemiec zapamiętane zostały jako noc kryształowa (Kristallnacht) stanowią niezwykle ważny, a zarazem niezwykle gorzki etap w dziejach zamieszkujących te tereny ludności żydowskiej. W przypadku tej konkretnej wsi, wydarzenia miały jednak szczególny wymiar i szczególną siłę. Wielowieś była bowiem jedyną na Górnym Śląsku miejscowością, w której ludność wyznania mojżeszowego stanowiła w pewnym momencie niemal jedną czwartą ogółu mieszkańców.

Nieznani, nierozumiani, niepotrzebni

Żydzi na Górnym Śląsku byli prawie od zawsze (oczywiście, jeśli będziemy w ten sposób określać czasy w dziejach tej krainy, dla której zachowały się dokumenty pisane). Pierwsi przedstawiciele narodu mojżeszowego dotarli na Śląsk we wczesnej fazie kolonizacji niemieckiej, stając się może niezbyt licznym, ale ważnym elementem kształtującego się wówczas wieloetnicznego mieszczaństwa. Pomimo wielu obostrzeń, takich jak zakaz noszenia tradycyjnych strojów, używania języka czy posiadania nieruchomości poza obrębem murów miejskich, żydowscy kupcy, rzemieślnicy i medycy na całym Śląsku nie tylko zapuścili korzenie, ale niektórzy z nich zbliżyli się także do dworów książęcych, dzięki czemu historia zapamiętała ich z imienia i zawodu.

Coraz liczniejsze, zasymilowane i niemal zawsze bardzo dobrze radzące sobie ekonomicznie grupy żydowskich mieszkańców od zawsze budziły może nie niechęć, ale na pewno zazdrość społeczności, stanowiących w miastach większość. Z tego powodu pewnym było, że prędzej czy później ich trudna, choć stabilna sytuacja prawna, ulegnie pogorszeniu. Tak długo jednak, jak ich silna ekonomicznie pozycja sprzyjała poszczególnym śląskim książętom, tak długo liczyć mogli na swego rodzaju ochronę.

Pierwsze uchwytne źródłowo prześladowania i prób usuwania mieszczan żydowskich miały miejsce w II połowie XV wieku, natomiast w 1582 roku patent cesarza Rudolf II Habsburg nakazał wszystkim rodzinom żydowskim opuszczenie granic Śląska, jak również zabronił osadnictwa żydowskiego w przyszłości. Do końca stulecia licząca kilka tysięcy społeczność niemal całkowicie zniknęła, w większości wybierając emigrację do Rzeczpospolitej.

Rzeczpospolita Obojga Narodów, która stała się domem dla wielu, nie tylko śląskich Żydów, to w dziejach Europy wyjątkowy przykład dobrego współistnienia. Żydzi bardzo szybko stali się ważną częścią krajobrazu nie tylko miast, ale też wielu mniejszych wsi, gdzie prowadzili gospody, zarządzali folwarkami, a czasem też po prostu pracowali fizycznie. Ich stale rosnąca liczebność, która w niektórych miejscowościach zrównywała się z liczbą ludności miejscowej sprawiła, że nie byli oni tylko anonimowymi elementami „ubarwiającymi” społeczeństwo, lecz jego niezwykle ważną częścią – aż do tragicznych wydarzeń z czasów II wojny światowej.

Dom na skale

Pomimo cesarskiego zakazu, po upływie kilku kolejnych dekad, pierwsze rodziny żydowskie zaczęły wracać na Górny Śląsk. Nie wiemy, z jakim powitaniem się spotykali, ale skoro część z nich pozostała, to być może nie byli źle widziani. Wielu po prostu powróciło z Polski w okresie zawieruchy związanej z wojnami kozackimi i potopem szwedzkim. Pod koniec XVII wieku nieliczne gminy żydowskie odtworzyły się w miastach położonych bliżej polskiej granicy (w Bielsku, Bytomiu, Mikołowie i Pszczynie), z czasem też przenosząc się do innych miast. Był to zresztą czas, kiedy wymęczony długotrwałymi wojnami skarb cesarski zaczynał świecić pustkami, dzięki czemu wprowadzono nowe regulacje i pozwolono Żydom na osiedlanie się w granicach cesarstwa habsburskiego, pod warunkiem wykupienia kosztownych glejtów.

Żyjący głównie z handlu i usług Żydzi starali się osiedlać w miejscowościach leżących na szlakach handlowych, gdzie szansa na utrzymanie się i zarobek była największa. Z tego powodu leżące na ważnym szlaku handlowym z Wrocławia do Krakowa miasteczka, takie jak Toszek i Pyskowice, przyciągały powracających na Śląsk. Niestety, w obydwu miejscowościach było oni niemile widziani. W takich okolicznościach pierwsza żydowska rodzina przybyła do położonej kilka kilometrów od obu miasteczek wsi Langendorf, którą miejscowa ludność, w większości śląskojęzyczna, określała mianem Wielowicz lub Wielowisz.

Wedle zachowanych przekazów, pierwszym z wielowiejskich Żydów był Jonathan Bloch. Nie był zwykłym kupcem, lecz rabinem, synem rabina Jacoba Koppela Blocha. Urodził się i wychowywał w Krakowie, lecz kształcił w Pradze, z której powrócił do Krakowa najprawdopodobniej po wycofaniu się wojsk szwedzkich. Ze względu na coraz częstsze pogróżki i ataki na Żydów, do których zaczęło dochodzić w Rzeczpospolitej, wyemigrował na Śląsk. W 1664 roku zamieszkał w Wielowsi, tworząc podstawy do założenia gminy żydowskiej.

Jonathan Bloch był człowiekiem znanym i szanowanym wśród rozrzuconej w Czechach i Polsce diaspory żydowskiej, nic więc dziwnego, że jego śladem postanowili pójść kolejni i wkrótce w niewielkiej Wielowsi zamieszkali kolejni Żydzi. W 1687 roku miało ich być już 28, przy łącznej liczbie mieszkańców nie przekraczającej prawdopodobnie 300 – 400 osób. Ówczesny właściciel wsi, Adam von Schutzendorff, przekazał pierwszym osadnikom grunty we wsi, przy głównej drodze prowadzącej do Toszka, nieopodal łanów plebańskich, na których stał miejscowy kościół parafialny. Do końca XVII wieku wybudowało się na niej osiem rodzin żydowskich. Wówczas także wzniesiono drewniany dom modlitwy, choć dokładna data tego wydarzenia nie jest znana.

Nie do końca znane są powody, dla których von Schutzendorffowie zdecydowali się objąć Żydów opieką i zezwolić na trwałe osadnictwo. Paweł Pachciarek, autor zarysu historii wielowiejskich Żydów zasugerował, że właściciele wsi stanowili szlachtę czeską, która pod panowaniem Habsburgów nie była faworyzowana i być może dzięki temy łaskawym okiem spoglądała na żydowskich emigrantów, a zwłaszcza przez pewien czas z czeską Pragą rabina. Teza ta wydaje się nieco przekoloryzowana, wszak XVII-wieczna, w większości niemieckojęzyczna Praga była miastem nieco izolującym się od reszty Czech i ewentualne sentymenty von Schutzendorffów raczej nie wchodziły w gre (tym bardziej, że w świetle nowszych badań bardziej prawdopodobne jest ich pochodzenie dolnośląskie, z obszaru księstwa legnickiego). Wobec powyższego wydaje się więc, że jedynym czynnikiem, jaki wpłynął na pozwolenie osiedlenia się w Wielowsi rodzinom żydowskim były po prostu względy finansowe. Czynsze płacone przez osadników żydowskich były bowiem wyższe niż jakiekolwiek inne dochody, na jakie liczyć mógł w tych rejonach właściciel wsi. A ponieważ spokój, własny kąt i dach nad głową zawsze miały określoną cenę, obie strony czerpały z tego układu korzyści i wzajemnie się wspierały.

Spośród pierwszych rodzin żydowskich, które osiedliły się w Wielowsi, niemal każda była wielodzietna, dzięki czemu już zaledwie po kilku latach społeczność zaczęła się powiększać. Zachowane dokumenty wspominają o rodzinach Loebelów, Marcusów i Israelów, a także wspomnianych już Blochów i spokrewnionych z nimi blisko Graetzów (rabin Jonathan Bloch poślubił Berachę, córkę Salomona Graetza, która do wsi przybyła wraz z całą swoją rodziną). W 1720 roku społeczność ta liczyła już 50 osób. Ledwie trzydzieści lat później było to już 29 rodzin, aa więc ponad 100 osób.

Langendorfscy Żydzi zaczęli być w tym czasie coraz bardziej znani na Śląsku. Dzięki posiadaniu własnej nieruchomości w granicach Śląska, mogli skorzystać z prawa do prowadzenia handlu, stąd można ich było spotkać zarówno w Gliwicach, jak i stołecznym Wrocławiu (interesy prowadzili tam Salomon Israel, Salomon Marcus oraz Josef i Marcus Löbelowie). Wkrótce ich nazwiska zaczęły pojawiać się także w innych miastach.

Jako, że większość żydowskich mieszkańców Wielowsi po kilku latach była już ze sobą bliżej lub dalej spokrewniona, młodzi mieszkańcy poszukiwać musieli swych „drugich połówek” poza wsią, dzięki czemu ściągali do niej coraz to nowsi mieszkańcy. Widać to było w nazwiskach, które wedle ówczesnego zwyczaju wskazywały na miejsce pochodzenia lub urodzenia. I tak społeczność wzbogaciła się o rodziny Hamburgerów, Beuthenerów czy Czichowerów/Czichorowskich. Niektóre nazwiska, jak Pniower czy Tworoger, wskazują także na mieszkańców nieodległych wsi. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że stanowiły coś w rodzaju nazwisk dodatkowych (szpitzmian) nadawanych gałęziom miejscowych rodzin celem ich odróżnienia od pozostałych członków rodu.

Wraz z rosnącą liczbą mieszkańców, zmieniał się również wygląd wsi. Budowane czy rozbudowywane domy żydowskich mieszkańców, od połowy XVIII wieku w większości murowane, różniły się od skromnych (by nie powiedzieć, że biednej), drewnianych gospodarstw miejscowych rolników. Różnica ta nie wynikała jednak tylko z budulca i wielkości, ale przede wszystkim z układu. Nowe domy budowano tak, jak w górnośląskich miastach i miasteczkach, wejściami umieszczonymi centralnie od frontu wytyczono też niewielki placyk, który wybrukowano. Wiejskie domostwa katolickich mieszkańców Wielowsi zaczęły wówczas przypominać przedmieścia.

Ważnym elementem tego nowego układu był cmentarz, założony jeszcze w XVII wieku, który był nie tylko miejscem spoczynku zmarłych członków żydowskiej społeczności, ale też swoistą wizytówką i ciekawostką. Było bowiem jedyny górnośląski kirkut położony na wsi.

Do zaspokojenia wszystkich potrzeb i podkreślenia statusu tutejszej gminy żydowskiej, brakowało już tylko synagogi. W sto lat po pojawieniu się rabina Blocha przystąpiono więc do zbiórki funduszy na budowę synagogi. Włączyli się w nią zarówno pojedynczy żydowscy mieszkańcy okolicznych miejscowości (Tworóg, Tarnowskie Góry, Gliwice), jak również dawni mieszkańcy, przebywający na emigracji.

Rozpoczęta w 1763 roku zbiórka, której celem było wybudowanie synagogi i jej otwarcie w 100-lecie przybycia do Wielowi pierwszych Żydów, dość znacznie się przeciągnęła – budynek był gotowy dopiero w 1771 roku. Odprawianym nabożeństwom przewodniczył Salomon Reichnitz, pełniący funkcję rabina aż do swej śmierci w 1815 roku.

Nic nie trwa wiecznie

Rok 1740 to data przełomowa dla całego Śląska, w tym dla wielu lokalnych społeczności. Wiele razy była już o tym mowa na stronach niniejszej książki, wszak wkroczenie na Śląsk wojsk pruskich stało się momentem przełomowym dla wielu miejscowości czy przysiółków zamieszkiwanych przez mniejszości, zwłaszcza religijne. Czasy fryderycjańskie to okres rozwoju przemysłowego, wzmożonej kolonizacji i szans na rozwój i … powrót do polityki dyskryminacji mieszkańców pochodzenia żydowskiego. Edykty królewskie z 1776 i 1781 roku nakazały Żydom opuszczenie wszystkich miast na Dolnym Śląsku, gdzie stanowili (ponownie) coraz bardziej poważną konkurencję dla miejscowych kupców. Zezwolone było osadnictwo na Górnym Śląsku (na wschód od Odry), ale tylko za zgodą władz administracyjnych i tylko tam, gdzie przebywała już mniejszość żydowska. Wprowadzono ponadto cały szereg mniejszych ograniczeń i regulacji, które mocno ograniczyły możliwość funkcjonowania Żydów w społeczeństwie, m.in. brak zgody na tworzenie nowych cmentarzy.

Ograniczenia te doprowadziły do kolejnej fazy emigracji, głównie na zachód Europy (tradycyjny kierunek, jakim były ziemie polskie, ze względu na trwający po I rozbiorze kryzys uznawano za bardzo ryzykowny). Na ten drastyczny krok zdecydowało się wówczas także wielu z mieszkańców Wielowsi, zwłaszcza zamożniejszych. Dla niektórych była to jednak dobra decyzja, tak jak np. dla Salomona Blocha, który założył firmę budowlaną w Londynie, jak również jego brata Jakuba i kuzynów, Bernarda i Michaela Gratzów, którzy przez Anglię dotarli do Ameryki Północnej. W całkowicie nowych warunkach młodzi przedsiębiorcy założyli firmy handlowe i po zaledwie kilku latach posiadali szerokie kontakty handlowe. Ich pobyt w „nowym świecie” (pod przybranym nazwiskiem Henry) zbiegł się z dynamicznymi wydarzeniami wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a dwaj górnośląscy żydzi mieli dzięki temu działać u boku wielu zasłużonych bojowników o niepodległość USA. Córka Michaela Gratza, Rebecca, była w XIX wieku inicjatorką wielu charytatywnych organizacji, założyła też pierwszą hebrajską szkołę niedzielną w USA. Co ciekawe, stała się również pierwowzorem literackiej postaci Rebeki stworzonej przez Sir Waltera Scotta na kartach jego słynnej powieści „Ivanhoe”.

Nie wszyscy mieli jednak odwagę, by zaryzykować oszczędności całego życia i wyjechać w nieznane. Wielu z wiecznych tułaczy, tak często uciekających ze swych rodzinnych stron, postanowiło nowego domu poszukać w niewielkiej wsi Langendorf licząc na pomoc miejscowej społeczności. W ten sposób pruskie ustawodawstwo, które miało przyczynić się do zmniejszenia liczby Żydów w miastach, wpłynęło na nagły wzrost liczby ludności w tej niezwykłej wsi.

Koniec XVIII wieku to czas, kiedy żydowska społeczność Wielowsi zanotowała największy wzrost. W 1781 roku mieszkało tu 138 Żydów przy łącznej liczbie mieszkańców wynoszącej 791 osób. Możliwe, że na przełomie wieków stanowili oni już jedną czwartą ludności Langendorfu.

Rozwój społeczności żydowskiej wpływał korzystnie również na pozostałą część wsi, która nie dość, że utrzymywała ze swymi sąsiadami pozytywne kontakty i prowadziła handel, to przede wszystkim korzystała z prowadzonych przez nich sklepów. Wielowieś z początku XIX wieku była jedną z nielicznych górnośląskich wsi posiadających własną aptekę czy sklep kolonialny.

Klęska pruska w starciu z Napoleonem i konieczność reform państwa sprawiła, że zarówno Hohenzolernowie, jak i właściciele śląskich księstw i państw stanowych przestali w Żydach upatrywać zagrożenia ekonomicznego, lecz szansę. Słynna żydowska przedsiębiorczość mogła się bardzo przydać, by pomóc się podźwignąć nadszarpniętej przez działania zbrojne i milionowe kontrybucje wojenne gospodarce. Z tego powodu w 1812 roku król wystawił edykt emancypacyjny, który nie tylko zniósł obejmujące Żydów ograniczenia, ale też nadał im pełnię praw obywatelskich. Dokument ten stał się podstawą do błyskawicznego rozwoju uciskanej przez kilka wieków społeczności, która teraz bez żadnych ograniczeń mogła rozpocząć funkcjonowanie na równi z wszystkimi innymi obywatelami.

Dla wszystkich, w tym także mieszkających w Wielowsi przedsiębiorczych i ambitnych rodzin żydowskich. był to początek trwającej półtora wieku prosperity. Paradoksalnie jednak, edykt emancypacyjny stanowił początek końca żydowskiej enklawie, jaką przez ponad 150 lat stała się ta niezwykła górnośląska wieś.

Zniesienie ograniczeń w zamieszkiwaniu, zezwolenie na podejmowanie kształcenia uniwersyteckiego czy zakładanie żydowskich towarzystw i spółek handlowych rozpoczęło odpływ ludzi z Wielowsi do większych śląskich miast czy dynamicznie rozwijających się osad przemysłowych, takich jak Zabrze czy Królewska Huta, gdzie można było liczyć nie tylko na klientów bogatszych, ale przede wszystkim na ich niemal nieporównywalnie większą – w odniesieniu do Wielowsi – ilością. Nic więc dziwnego, że po 1812 roku sporo część żydowskiej wsi na Górnym Śląsku zaczęła się wyprowadzać. W 1817 roku liczba żydów w Wielowsi po raz ostatni przekroczyła 200, w kolejnych latach sukcesywnie malała.

Szukając informacji na temat wielowiejskich Żydów łatwo natknąć się na wiele inspirujących biogramów osób, którzy w XIX wieku rozkręcili dochodowe biznesy, zdobywali tytuły naukowe czy przejawiali spore zdolności plastyczne. Można tu wymienić między innymi dr. Jonasa Graetzera, wieloletniego lekarza naczelnego w słynnym wrocławskim szpitalu żydowskim i tajnego radcę sanitarnego, jego krewnego Alfreda Graetzera, utalentowanego grafika, absolwenta berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych czy historyka dr. Philipa Blocha, jednego z pierwszych badaczy dziejów niemieckiej społeczności żydowskiej. Łączyło ich już jednak tylko pochodzenie, bowiem swe losy związany z największymi niemieckimi miastami. We wsi pozostali już tylko sklepikarze i rzemieślnicy, a część dawnych żydowskich domów została zakupiona przez miejscowych gospodarzy. W 1897 roku w Langendorfie było już tylko 97 Żydów, co stanowiło zaledwie 3,5% ludności wsi. Dawna enklawa górnośląskich Żydów odchodziła już w zapomnienie.

Nie takiego końca się spodziewali

Wiele osób wciąż dziwi się, że na starych zdjęciach z Górnego Śląska, nawet tych przedstawiających widoki synagog czy żydowskich sklepików, nigdy nie spotykamy tak charakterystycznych dla ziem polskich obrazów: odzianych w chusty kobiet, mężczyzn w chałatach i z długimi brodami. Górnośląscy Żydzi byli bowiem niemal całkowicie zasymilowani, dżentelnemi nosili nienagannie skrojone garnitury, modne wąsy i kapelusze, kobiety zaś ubierały się skromnie, lecz szykownie. Podobno bez problemu można je było pomylić z ewangeliczkami, które również gustowały w skromnych, ale skrojonych z najlepszej jakości materiałów. Żydzi angażowali się w życie samorządowe miast, działali w stowarzyszeniach, organizacjach charytatywnych czy towarzystwach gimnastycznych. Byli Niemcami wyznania mojżeszowego, gorliwymi patriotami i dobrze życzyli Kajzerowi, za którego wielu oddało swe życie w czasie I wojny światowej. Z langendorfskich Żydów na frontach Wielkiej Wojny polegli Jakob Freimann (1914) i Markus-Max Freimann (1916).

Kolejne lata i kolejne zawieruchy polityczne na Śląsku oczywiście Wielowsi nie ominęły, lecz na życie miejscowych Żydów większego wpływu nie miały – taki obraz bynajmniej wyłania się z zachowanych dokumentów i relacji świadków. Nadal część rodzin prowadziło swe interesy, lecz już na mniejszą skalę: miejscowa apteka należała do Moritzów, piekarnia i gospoda do Czichorowskich, dom handlowy prowadził Freimann, sklepy należały do Karlowsky;ego i Seidla, zaś Kallmanowie prowadzili sklep obuwniczy. Ich klientami byli głównie miejscowi katolicy z liczącej już ponad 2 tysiące osób miejscowości. Całkowicie zniknęło wiele najstarszych i jakże charakterystycznych dla Wielowsi nazwisk, w tym nazwiska pierwszych kolonistów, Blochów, Gratzów/Gratzerów i Eisnerów, którzy przez ponad dwa wieki stanowili elitę społeczności, która właśnie przechodziła do historii.

Powolne zanikanie żydowskiego Langendorfu było procesem nie tylko zauważalnym, ale też dostrzeganym. Przełom lat 20. i 30. to okres, kiedy wiele towarzystw historycznych zaczęło dokumentować dzieje miejscowości i pozyskiwać najcenniejsze ślady po tutejszych Żydach, które przekazywano na potrzeby muzealne. W ten sposób w zbiorach wrocławskich muzeów znalazły się elementy najstarszego wyposażenia synagogi m.in. wyszywany parochet z 1783 roku czy datowana na 1664 rok Chanukija, najcenniejsze świadectwo pierwszych żydów mieszkających we wsi. Przynajmniej w ten sposób pamięć o niezwykłej górnośląskiej wsi została zachowana.

W 1937 roku gmina żydowska Langendorf, nie będąc w stanie utrzymać Synagogi, postanowiła ją sprzedać wraz z parcelą. Nabywcą był ją Franz Biallek, właściciel sklepu kolonialnego, który zezwolił na jej dalsze używanie w celach kultu. Wydarzenie to było jednak symbolicznym końcem żydowskiej gminy Langendorf. W 1939 roku budynek przeszedł „aryzację”, a miejscowe władze dbały, by pamięć o nim jako miejscu modlitw całkowicie zanikła. W najstarszej synagodze na Śląsku urządzono więc magazyn.

Końcem, który wobec coraz większej popularności, jaką na Śląsku cieszyła się NSDAP, był i tak nieunikniony.

Opisane na wstępie wydarzenia towarzyszące zamętowi nocy kryształowej odbyły się w chwili, gdy ilość Żydów w Langendorfie nie różniła się od ilości ich współwyznawców w innych górnośląskich miejscowościach. Być może z tego powodu została ona potraktowana nieco „po macoszemu”, a wandale w mundurkach SA i SS przybyli z kilkunastogodzinnym opóźnieniem. Wydarzeń tych jednak nie należy trywializować.

Prócz „aresztowanych” w listopadzie 1938 roku mieszkańców Langendorfu, w tym samym roku lub na początku roku kolejnego ze wsi ubyło kilka kolejnych osób, czy to na skutek dalszych aresztowań pozostałych członków żydowskich rodzin (w tym kobiet), czy też na skutek organizowanych już wówczas masowo ucieczek z opętanych już na dobre antyżydowskim szałem Niemiec. Kierunki te bywały różne, byle jak najdalej. Kolejny raz więc wieczni tułacze zostali zmuszeni do emigracji. Ci, którzy zdążyli opuścić Śląsk przed latem 1939 roku, wygrali los na loterii. Ci którzy postanowili pozostać, tak jak kiedyś ich szykanowani przodkowie, tym razem jednak nie mogli liczyć na wyrozumiałość czy odwilż.

W chwili, gdy niemieckie wojska okupowały Polskę i rozpoczynały wojnę na Zachodzie, we wsi pozostało już zaledwie kilka osób z rodziny Izbitzky, Eisner i Gadiel. W 1942, wraz z pozostałymi Żydami z powiatu gliwickiego, zostali wywiezieni do obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Z całej społeczności uratował się najprawdopodobniej tylko Arthur Lange, który ukrywany przy pomocy śląskich sąsiadów (w tym Edith Stein, która odkupiła od niego dom) przeżył piekło Shoah.

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Zdjęcia: Paweł Pomykalski ©

Bracia czescy z Friedrichgrätzu

 Jadąc drogą krajową nr 46 z Częstochowy w kierunku Ozimka i Opola można bardzo łatwo zauważyć jak silne i widoczne są wciąż różnice pomiędzy Górnym Śląskiem a ziemiami sąsiednimi, wpierw polskimi, a następnie znajdującymi się pod przemożnym wpływem zaborczej administracji rosyjskiej. Granica pomiędzy tymi obszarami, choć w sensie geograficzno-administracyjnym już niemal całkowicie wymazana, to jednak wciąż żywa jest w świadomości mieszkańców, pojawia się zarówno w niegroźnych dowcipach i docinkach, jak również tych groźniejszych komentarzach z lekką lub też nieco bardziej nawet wyraźną nutą szowinizmu. Oczywiście czasy się zmieniają i ludzie również, coraz mniejszą wagę przywiązują do będącej reliktem przeszłości granicy pomiędzy Śląskiem (a później Prusami) i Małopolską (a później Królestwem Polskim – Kongresówką). Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż granicę tę widać w układzie przestrzennym wsi, architekturze wiejskich gospodarstw i charakterze obejść. Nie potrzeba ani wyjątkowo wprawnego oka, ani też zakończonych studiów z zakresu historii, by przez szyby samochodu jadącego krajową „czterdziestką szóstką” z łatwością dostrzec jak bardzo różnią się domki w Herbach od chociażby domków w Dobrodzieniu.

Jest jednak na tej samej trasie miejscowość, której charakter już na pierwszy rzut nie pasuje ani do uporządkowanych, śląskich domków, ani też do nieco eklektycznych zabudowań bliżej Częstochowy. Wjeżdżając bowiem do Grodźca, czy to od strony Ozimka, czy też od strony Dobrodzienia, po prostu widać, że jest to miejscowość z jakiejś jeszcze innej, trzeciej strony granicy.

Dwie historie i dwa początki

Leżący w odległości 6 km od Ozimka Grodziec liczy sobie obecnie nieco ponad półtora tysiąca mieszkańców. W większości są to potomkowie tzw. repatriantów, którzy trafili tu z Biłki Szlacheckiej koło Lwowa oraz kilku mniejszych, sąsiednich wiosek. Kresowiacy stworzyli w Grodźcu zwartą społeczność, nico zamkniętą na sąsiednie wsie, w dużej mierze zamieszkiwane przez autochtonów.

Pamięć o wschodnim pochodzeniu jest dziś widoczna w wielu miejscach na terenie wsi, a jej mieszkańcy ze sporą dumą podkreślają swe kresowe korzenie i związki z Biłką Szlachecką. W centralnym punkcie miejscowości od 2015 roku znajduje się pomnik poświęcony pamięci Przesiedleńców ze Wschodu, przedstawiający dwie symboliczne postacie oraz nazwę stacji kolejowej Barszczowice, z której w 1945 roku kilkaset rodzin wyruszyło w niebezpieczną i wyczerpującą podróż na ziemie zachodnie, głównie zaś Opolszczyznę. Obok zaś, na wielkiej marmurowej tablicy znalazły się imiona i nazwiska osób, które – jak głosi napis na tablicy – „zostali wypędzeni w 1945 r. z ziem rodzinnych”. Nie jest to zresztą jedyny tego typu obiekt we wsi – tablice pamiątkowe poświęcone Sybirakom czy też ofiarom zbrodni katyńskiej znajdują się również na ścianie kościoła parafialnego, a urzędujący proboszcz Zdzisław Banaś jest Krajowym Duszpasterzem Sybiraków. Z jego inicjatywy w miejscowości, w bliskim otoczeniu kościoła, powstałą również Kalwaria Sybiraków, zaś w samym kościele umieszczony został barokowy obraz Matki Boskiej Biłecko-Grodzieckiej, przywieziony w 1945 r.

Biłczanie, których los (przy znaczącym udziale czynników politycznych) skierował do położonej między podopolskimi lasami wsi, przez długi czas nie mogli się z takim stanem rzeczy pogodzić, co w pewien sposób mogło doprowadzić do tego, że ich społeczność stała się hermetyczna i dość wybiórczo podchodząca do takich kwestii jak korzenie, dziedzictwo czy wspólna historia. Stan ten opisała Karin Wolf-Kutyma, Ślązaczka mieszkająca na stałe we Frankfurcie nad Menem w swym emocjonalnym artykule pt. „Jednostronne dowody pamięci” będącym relacją z wizyty w Grodźcu około 2010 roku. I choć niektóre z przywołanych w nim stwierdzeń uznać można za trochę zbyt daleko idące, to jednak w jednym nie sposób się z Autorką nie zgodzić: „Przecież ta rozległa i bogata dziś wieś opolska […] nie powstała w próżni i wraz z momentem osiedlenia tzw. reemigrantów, słowem, dopiero po 1945 r.”.

Rację ma autorka, że Grodziec nie powstał wraz z dotarciem w te rejony pierwszych rodzin opuszczających wagony kolejowe po wyczerpującej podróży z Barszczowic. Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, że gdy jednak owe pierwsze rodziny do Grodźca dotarły, zastały wieś nie tyle opuszczoną (jak wiele innych miejscowości na całym Dolnym i niemal niemieckim Górnym Śląsku), co praktycznie wymarłą. Przedwojenni mieszkańcy Grodźca opuścili swe domostwa jeszcze przed przejściem tędy głównej linii frontu. W przeciwieństwie do wielu setek wsi i miasteczek, w Grodźcu wiosną 1945 roku nie został dosłownie nikt – żaden maruder, żaden przywiązany do rodzinnych kątów matuzalem, żadna samotna kobieta czekającego na powrót męża z wojny. Wieś opustoszała. Trochę więc nie ma się co dziwić biłczanom, którzy przybywając w te tereny nie zastali nikogo, kto mógłby pełnić rolę nie tylko strażnika pamięci, ale symbolicznego łącznika pomiędzy starym, a nowym. Dla nich wieś ta nie miała historii. Historię swej wsi przywieźli ze sobą pociągiem, w walizach, koszach i workach.

Właściwa historia Grodźca rozpoczęła się dwa wieki przed pojałtańską wędrówką ludów, choć również nie były to spokojne czasy. Po ogromnym sukcesie militarnym i politycznym, jakim dla Prus było niemal pełne zwycięstwo w ramach I wojny śląskiej z Austrią (1740-1742) Hohenzollernowie przejęli władzę nad praktycznie całym historycznym obszarem Śląska. Obszarem o dość bogatej historii, ale jeszcze bogatszej ziemi. Świadom tego faktu Fryderyk II Wielki zainicjował szeroko zakrojoną akcję kolonizacyjną, która miała na celu wykorzystać potencjał nowej prowincji, przez wiele lat pozbawionej nie tylko inwestycji, ale wręcz zainteresowania ze strony Habsburgów.

W ramach kolonizacji fryderycjańskiej, bo tak w historiografii nazywa się to zjawisko, w krótkim czasie założono na Śląsku ponad setkę osad, w których zamieszkiwali na ogół koloniści z trenów Niemiec. Osady te liczyły na ogół kilka, maksymalnie kilkanaście domów. Powstawały w miejscach słabo, lub też praktycznie niezamieszkałych, często w regionach silnie zalesionych, w pobliżu rzek lub strumyków. Charakterystycznym elementem była bardzo często parzysta liczba domostw i ich geometryczny układ. Układ, który do dziś dzień wyróżnia Grodziec na tle wielu sąsiednich miejscowości.

Można zaryzykować tezę, że od samego początku nie była to po prostu „jedna z wielu” wsi. W jej przypadku bowiem już w momencie założenia, a więc w 1752 roku, osada liczyła 50, a wedle niektórych relacji nawet około 100 zagród. Nie bez znaczenia była też nazwa nowopowstałej osady, brzmiąca oficjalnie Friedrichgrätz, co można przetłumaczyć jako Gród Fryderyka. Także przepływający przez wieś strumyk, uregulowany przez kolonistów i przerobiony na kształt kanału, zyskał nazwę Friedrichsgrätzerwasser. Duch pruskiego władcy, opiekuna kolonistów, trwał w nazwie miejscowości przez kolejne dwa wieki. W unikatowej relacji jednego z mieszkańców, nagranej w 1934 roku, postać tego władcy – określonego jako „dobrý král Fridrich“ – przedstawiana była jako osoba największego dobrodzieja braci czeskich.

Niezwykłość tej miejscowości nie polegała jednak wyłącznie na jej skali i wielkości, ale wynikała z tego, co w procesie kolonizacji było najważniejsze – a więc kolonistów. To głównie od ich umiejętności adaptacyjnych, ale również od umiejętności społecznych i motywacji zależało w głównej mierze powodzenie całej akcji. Przyszli mieszkańcy Grodu Fryderyka posiadali wszystkie te przymioty.

W poszukiwaniu raju (lub przynajmniej spokoju)

 

Kolonizacja Śląska dawała nadzieję na lepszy byt wielu grupom z całych Niemiec. Szczególnie jednak ufni i zarazem zmobilizowani do wyruszenia w drogę byli członkowie czeskich grup religijnych odwołujących się do husytyzmu, nazywani powszechnie braćmi czeskimi. Ich członkowie począwszy od XVI wieku wielokrotnie musieli opuszczać swe ziemie, czy to z powodu prześladowań religijnych, czy po prostu w poszukiwaniu lepszych miejsc do życia.

Na początku XVII stulecia Jednoty Brackie stały się nie tylko grupą religijną, ale też polityczną – to z inspiracji wielu możnych braci doszło w Pradze do buntu przeciw Habsburgom, co dało początek trwającemu dwa lata powstaniu czeskiemu. Niestety, po klęsce pod Białą Górą w 1620 roku z przeważającymi siłami wspierającej Habsburgów Ligi Katolickiej, rozpoczęły się prześladowania wszystkich wspólnot protestanckich i husyckich w Czechach i na Morawach. Przez kolejne dekady bracia czescy zakładali swe osady na Łużycach, ale też nieco dalej od swych rodzinnych stron, m.in. w Rzeczpospolitej (szczególnie w Wielkopolsce) czy w Brandenburgii, a nawet na Pomorzu. Wszędzie jednak traktowani byli z dużym dystansem, co wpłynęło na to, że i sami zaczęli się odgradzać i zamykać się w szczelne społeczności skupione wokół jednego terenu. Jedynym krajem, który dość życzliwie przyjmował czeskich emigrantów były rządzone przez protestanckich Hohenzollernów Prusy. Nic więc dziwnego, że kiedy pruska armia rozgromiła austriackie wojska i przejęła kontrolę nad Dolnym i Górnym Śląskiem, wielu wciąż ukrywających się na terenie Czech i Moraw członków Jednot zdecydowało się na emigrację wierząc, że ta nagła zmiana polityczna jest niemal symbolem nowych, lepszych czasów. Ufni swym przywódcom, a przede wszystkim ufni Bogu, kolejny raz przygotowali się do wędrówki.

Słowo Twoje jest pochodnią nogom moim i światłością ścieżką moim (Psalm 119, wers 105).

Jednym z organizatorów czeskiej kolonizacji na Górnym Śląsku był berliński kaznodzieją Jan Liberda. Z jego pomocą już w 1743 roku pierwsze rodziny braci czeskich osiedliły się w majątkach szlacheckich na Górnym Śląsku. Chętnych jednak stale przybywało. Nowe władze pruskie widziały w tym procesie potencjalne korzyści i postanowiły proces ten wykorzystać na swoją korzyść. Nowym koordynatorem procesu osiedlania braci czeskich został Václav Blanický, który od Fryderyka II otrzymał oficjalne zaproszenie skierowane dla wszystkich chętnych do założenia osad na Górnym Śląsku.

W 1752 roku Blanický wraz z leśniczym Johannem Georgiem Rehdanzem i mierniczym Moorem wyznaczyli miejsce pod budowę nowej osady. Był to leśny teren nieopodal wsi Krasiejów. Po jego wstępnym przygotowaniu z pomocą stacjonującego w Opolu wojska oraz rozplanowaniu, z uwzględnieniem centralnie położonego kościoła, plebanii, szkoły i aresztu, Blanický otrzymał datowany na 25 września 1752 roku dokument wydany przez król Prus Fryderyk II Wielki informujący o założeniu kolonii nazwanej od jego imienia Friedrichsgrätz. Sami koloniści, mówiący w zdecydowanej większości po czesku, określali ją mianem Friedrichův Hradec lub Bedřichův Hradec.

Jeszcze przed rozpoczęciem prac Blanický zakładał, że w miejscowości zamieszka około 60 kolonistów. Choć początki nie były łatwe, to jednak z czasem liczba chętnych okazała się większa niż planowano. Między innymi z tego powodu już w 1753 roku osada otrzymała przywilej posiadania karczmy. Rok później liczba mieszkańców wynosiła już 298 osób. Dzięki prowadzeniu skrupulatnych zapisków, duża część imion i nazwisk pierwszych mieszkańców wsi znana jest nam do dnia dzisiejszego.

Mimo ogromnego zapału kolonistów, ich zadanie nie było proste. Z zachowanych przekazów wiemy, że obszar przekazany im pod budowę i uprawę nie należał do najżyźniejszych, a część lasu zajęta była przez trudne do osuszenia bagno. Na domiar złego w 1756 roku wybuchła II wojna śląska, której początek nie był korzystny dla Prus (m.in. w 1757 roku wojska cesarskie zajęły Wrocław), co sprawiło, że część mieszkańców postanowiła uciec ze Śląska w obawie przed postępującym natarciem austriackim. Z tego powodu dopiero w latach 80. XVIII w. udało się zakończyć dzieło budowy kolonii składającej się ze 100 zagród. Wcześniej, bo w 1758 roku, zakończono budowę kościoła o konstrukcji drewnianej, krytego gontem. Pierwszym posługującym w nim kaznodzieją był Jan Ondřej Štetina. Od 1753 roku we wsi na stałe był zatrudniony nauczyciel, choć szkołę postawiono dopiero kilkanaście lat później.

Prorocy na pustyni

 

Wybudowana pośrodku krasiejowskich lasów osada czeskich eksulantów miała być tym, czym na pustyni bywa oaza. Skojarzenia takie niezwykle przemawiały do zaczytanych w Piśmie Świętym czeskich protestantów, decydujących się na trudną rolę pionierów na nieznanej im górnośląskiej ziemi. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że życie w oazie, choćby najżyźniejszej i najbogatszej w wodę, niesie ze sobą jednak pewne problemy. A najważniejszym z nich jest izolacja. Najbliższa miejscowość – Krasiejów – zamieszkiwana była głównie przez polskojęzycznych katolików. Ciężka praca i wytrwałość kolonistów sprawiły jednak, że już w 1754 roku w niewielkiej odległości na północ od Friedrichgrätzu założono niewielką kolonię Chobie, w zamieszkałą głównie przez polskojęzycznych ewangelików, którzy przez dłuższy czas żyli w pewnej symbiozie z czeskimi sąsiadami.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy pruskie władze górnicze postanowiły rozpocząć inwestycje w śląski przemysł. Jedną z pierwszych tego typu inwestycji była bowiem wyposażona w wielki piec huta Malapane nad rzeką Małą Panwią w Ozimku. Do jej obsługi oraz rozbudowy sprowadzano pracowników z głębi Niemiec, którzy zamieszkali w osadach Malapane i Jedlice. Ze względu na różnicę językową kontakty między hutnikami a mieszkańcami kolonii braci czeskich były bardzo ograniczone. Nieco inaczej było z założoną w 1776 roku osadą Münchhausen (obecnie Mnichus), która pierwotnie miała być obsadzony rodzinami niemieckich osadników, ale ze względu na brak chętnych osiedliło się tam kilka rodzin czeskich.

Wraz z upływem czasu  Friedrichgrätzu powoli rozbudowywano, a mieszkańców przybywało. Wedle danych z 1810 roku, w osadzie mieszkało wówczas 422 mężczyzn, 432 kobiety i 266 dzieci. W osadzie pojawili się także pierwsi ludzie spoza wąskiego kręgu braci czeskich, którymi było 8 niemieckich luteran i 10 katolików, zapewne Ślązaków. Byli to prawdopodobnie pracownicy zatrudnienie w pobliskich zakładach hutniczych. Jako mieszkańców odnotowano również 12 żydów, prawdopodobnie zarządzających tutejszymi karczmami, które jeszcze w połowie XIX stulecia stanowiły główne źródło dochodu dla miejscowego kościoła.

Tak duża liczba mieszkańców sprawiała, że we wsi zaczynało zwyczajnie brakować ziemi, a mieszkańcy musieli wyżywić swe rodziny z coraz to mniejszych poletek (dzielono je pomiędzy wszystkich spadkobierców po równo). Bieda, towarzysząca tutejszym pionierom od pierwszych miesięcy, wpływała na kiepski stan finansowy kościoła, którego kasa często świeciła pustkami, co z kolei sprawiało, że trudno było znaleźć chętnych do objęcia stanowiska nauczyciela i pastora. Jest to rzeczą znamienną, bowiem jeszcze w połowie XIX wieku we wsi dość powszechny był analfabetyzmu i większość właścicieli ziemi podpisywała się na dokumentach trzema krzyżykami. Jest to o tyle warte podkreślenia, że przecież już od czasów reformacji protestanci dbali o naukę pisania i czytania, co było konieczne dla samodzielnego studiowania Biblii.

Z tego powodu mieszkańcy rozpoczęli starania o uzyskanie pozwolenia na założenie nowej osady. W ten sposób w 1832 roku 60 kolonistów zakupiło ziemię, na której powstała wieś Petersgrätz (Petrův Hradec, obecnie Piotrówka k. Strzelec Opolskich). Ratunkiem dla niektórych było szukanie zatrudnienia w sąsiednich zakładach przemysłowych, jednak ze względu na różnice językowe nie było to łatwe. Mieszkańcy  Friedrichgrätzu bowiem nawet w drugim i trzecim pokoleniu wciąż mówili po czesku, choć do ich mowy powoli zaczynały zakradać się pojedyncze wyrażenia zarówno z języka niemieckiego, jak i mowy śląskiej.

Okres ten to również czas zmian religijnych, których genezą było nawiązanie przez mieszkańców Grodu Fryderyka kontaktów z zamieszkującymi na Górnym Śląsku przedstawicielami braci morawskich (herrnhutów). Jedną z osób zafascynowanych pietystyczną pobożnością herrnhutów był pastor Petr Šikora, który w 1832 roku zainicjował przystąpienie Friedrichgrätzkiego zboru do Ewangelickiego Kościoła Unijnego. Ostatecznie, dwadzieścia lat później wierni   zdecydowanie opowiedzieli się za wystąpieniem z unii i powrotem do kościoła reformowanego.

Były to jednak zmiany, które w pewien sposób zmieniły obliczę tutejszej społeczności i wpłynęły na jej – jak by to można dziś określić – rozhermetyzowanie. Wraz z mijającymi latami i odchodzącymi pokoleniami ostatnich mieszkańców pamiętających pierwsze, pionierskie lata życia w Friedrichgrätzu, powoli rozmywał się dawny etos życia w eksulanckiej osadzie. Po niemal stu latach od przybycia na Śląsk część osób nieco już zapominała o problemach i prześladowaniach, jakie dotyczyły braci czeskich w „ziemi ojców”. Życie wśród krasiejowskich lasów może nie było łatwe i wymagało wielu poświęceń, ale przynajmniej mogli spokojnie wyznawać swoją wiarę. A jak wiadomo z historii, sytuacja taka często wpływa na osłabienie pozycji kościoła, a nie jej wzmocnienie. Tak też powoli działo się w Friedrichgrätzu.

Inną zmianą, która powoli stawała się nieuchronna, było coraz częstsze używanie języka niemieckiego. Już od początku XIX wieku władze pruskie nalegały, by kazania w kościołach – niezależnie od konfesji – głoszone były po niemiecku. Nie wiemy, czy tutejsi pastorzy słuchali berlińskich władz, ale język ten i tak docierał pod strzechy ze względu na używanie go w szkołach, do których od połowy XIX wieku musiały uczęszczać ze względu na wprowadzony powszechny obowiązek szkolny. Po niemiecku mówili także brygadziści i inżynierowie w hucie Malapane, w której w tamtym czasie pracowało już wielu mieszkańców  Friedrichgrätzu.

Zdecydowanie najważniejsza zmiana przyszła do wsi jednak niespodziewanie. Żywioł bowiem zawsze przychodzi niespodziewanie. W roku 1894 i 1904 wieś nawiedziły dwa duże pożary, które doprowadziły do zniszczenia większej części pamiętającej jeszcze czasy pierwszych mieszkańców zabudowy wsi. Szczególnie dramatyczny był przebieg drugiego z kataklizmów, do którego doszło we wrześniu, a więc wkrótce po żniwach – szalejący pożar niszczył nie tylko domy, ale też zapasy na zimę.

Księga wyjścia, rozdział drugi

 

Po pożarze z 7 września 1904 roku część mieszkańców porzuciła swe rodzinne strony. Już pod koniec XIX wieku niektórzy najmowali się do prac sezonowych do Saksonii i Bawarii, więc łatwiej było im podjąć decyzję o opuszczeniu rodzinnych stron. W ten sposób utworzyły się niewielkie społeczności braci czeskich w Lipsku i Berlinie, a także w St. Louis w Stanach Zjednoczonych. Pewna część mieszkańców przeniosła się też do górnośląskich miast przemysłowych. np. do Katowic.

Ci, którzy pozostali, zaczęli odbudowywać swe domy, tym razem już z cegły. Nieco wcześniej, bo w 1890 roku, wybudowano nowy, murowany kościół. I choć pozostawiono dawny układ wsi, wciąż jeszcze łatwo zauważalny, to wraz ze znikaniem ostatnich drewnianych chałup symbolicznie znikały również ślady o trudnych początkach górnośląskich początków braci czeskich. Niemymi świadkami tamtych trudnych lat z połowy XVIII wieku zostały już tylko pojedyncze zagrody i pomniki na cmentarzu. Część wykutych na nich nazwisk to te, które wypisano w najstarszych miejscowych dokumentach. Mieszkańcy znów z mozołem ciągnęli swój pług czekając na lepsze czasy. Zamiast nich przyszły jednak mobilizacje i okopy wielkiej wojny w obronie Kajzera i honoru narodu niemieckiego.

Wielka europejska burza przyniosła jednak do niewielkiej społeczności braci czeskich z  Friedrichgrätzu nadzieję. Przy wsparciu zwycięskich mocarstw utworzono bowiem wolną od Habsburgów Czechosłowację, demokratyczne, a przede wszystkim świeckie, a wręcz mocno laickie państwo, otwarte na wszystkie grupy społeczne. Wizja powrotu do ojczyzny wolnej od prześladowań religijnych skusiła około 60 rodzin, którzy wyruszyli do Czechosłowacji.

Ci, którzy pozostali, musieli zmierzyć się z trudnym wyborem podyktowanym objęciem Górnego Śląska, a więc i  Friedrichgrätzu, obszarem plebiscytowym. Pochodzący z Czech i mówiący po czesku mieszkańcy musieli wybrać, czy wolą żyć w Niemczech, czy może w Polsce.  Za Niemcami oddano 1239 głosów przy tylko 13 głosach za Polską. Nic też dziwnego, że kiedy walki powstańcze przeniosły się w okolice Friedrichgrätzu, mieszkańcy samorzutnie utworzyli oddział Selbstschutzu. Żywa legenda dobrego króla Fryderyka, dobrodzieja braci czeskich odegrała swoją rolę, a pozostawienie wsi w granicach Niemiec (a konkretnie Republiki Weimarskiej) poczytywano jako wielkie szczęście.

Pierwsze lata w ramach nowego-starego państwa nie przyniosły mieszkańcom wielkich zmian. We wsi zbudowani pończoszarnię, zakończono remont budynku plebanii oraz wybudowano ochronkę dla dzieci, w której posługiwały diakonise. W 1932 roku Friedrichgrätz liczył sobie 1827 mieszkańców, z których większość pracowała na polu lub w oddalonych o kilka kilometrów zakładach w Malapane.

Potomkowie czeskich pionierów nienajlepiej radzili sobie w nowych warunkach, zwłaszcza w czasach hiperinflacji i kryzysu gospodarczego. Był to okres stagnacji wsi, zwłaszcza w czasach wielkiego kryzysu gospodarczego. A stagnacja budzi w lokalnym społeczeństwie albo apatię, albo opór. Nic więc dziwnego, że skrajne poglądy trafiały tu na podatny grunt. Część mieszkańców stała się zwolennikami komunizmu, wspierając KPD. Równie dużą popularnością cieszył się w miejscowości drugi ze skrajnych nurtów, a więc reprezentowany przez NSDAP nazizm, który od początku lat 30. zaczął odgrywać dominującą rolę i zdobył wielu gorliwych wyznawców, takich jak np. Gerhard Utikal, który „zasłynął” jako główny koordynator akcji grabieży francuskich dzieł sztuki po zajęciu tego kraju przez III Rzeszę.

Konflikty pomiędzy komunistami i nazistami podzieliły wieś, w której dyskusje nierzadko kończyły się użyciem pięści i sprzączek od pasa. Ofiarą rosnącego znaczenia nazistów i ich wpływu na życie społeczeństwa był m.in. pastor Erich Klaar, który za swoje kazanie krytykujące ideologię nazistowską trafił nawet na jeden dzień do aresztu. Ciekawym zapewne wątkiem byłoby sprawdzenie, czy pronazistowskie sympatie zmieniły się po konferencji monachijskiej z 1938 roku i rozbiorze Czechosłowacji. Niestety, wśród i tak nielicznych wspomnień, trudno szukać informacji na ten temat. Cały czas II wojny światowej jest zresztą okresem może i dobrze pamiętanym, ale nieczęsto wspominanym. Aż do początku 1945 roku.

Silni i na swój sposób uparci potomkowie braci czeskich przeżyli wiele konfliktów i wojen, ale ich enklawa pomiędzy krasiejowskimi lasami pozostawała (nie licząc kilkunastu dni w czasie III powstania śląskiego) z dala od frontów i ostrzałów artyleryjskich. Dlatego też zbliżająca się Armia Czerwona, a jeszcze bardziej zbliżająca się wieść o okrucieństwach Armii Czerwonej sprawiły, że wszyscy mieszkańcy opuścili swoje domy licząc, że powrócą z kontrofensywą Wehrmahtu. Zaczęli wracać dopiero, gdy pewnym było, że żadnej kontrofensywy już nie będzie.

Wracając do swej wsi po kilku miesiącach, zastali większość swych domów zamieszkałych już przez nowych lokatorów. Dla załamanych mieszkańców przybili ze wschodu Polacy byli okupantami, którzy pozbawili ich nie tyle dóbr, co wszystkiego, co posiadali – całej historii i dziedzictwa. Dla przybyłych tu kresowian miejscowi byli zaś niegodnymi jakiejkolwiek własności Niemcami – co prawda mówiącymi w dziwnie podobnym do polskiego języku, ale jednak Niemcami. Wrogami, odpowiedzialnymi za wszystkie krzywdy. Trudno sobie wyobrazić równie tragiczną sytuację.

Gdy już działania wojenne ustały, a gazety i rozgłośnie radiowe podały informację o zwycięstwie nad III Rzeszą, w Friedrichgrätzu – w międzyczasie przemianowanym na Grodziec – pozostały już tylko 44 rodziny potomków założycieli wsi. Odizolowani od reszty mieszkańców, traktowani z wrogością, a w dodatku pozbawieni jakichkolwiek środków do życia, postawieni zostali przed tragicznym wyborem – albo zostać i nie przeżyć zimy, albo opuścić ziemię ojców. Do wsi powrócił również pastor Klaar, którego sytuacja była równie tragiczna. Kościół był już wówczas przejęty przez Polaków, którzy latem 1945 roku doprowadzili do poświęcenia kościoła dla celów kultu katolickiego, już pod zmienionym wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. We wsi na stałe zamieszkał także ks. Wincenty Spyra.

 Nie widząc żadnej przyszłości w Polsce, ostatni potomkowie braci czeskich pod koniec 1945 roku złożyli wnioski o emigrację i wraz z pastorem Klaarem opuścili Grodziec, przeprowadzając się  do zachodniej Czechosłowacji. Zamieszkali w miejscowościach Nejdek i Chodów, gdzie czechosłowackie władze przydzieliły im domy pozostawione przez uciekających na zachód Niemców. Trochę w tym sprawiedliwości dziejowej, a trochę też chichotu historii.

Pierwsze lata i aklimatyzacja w nowych stronach też nie były łatwe dla mówiących archaiczną mową emigrantów ze Śląska, przez co duża część z nich emigrowała dalej, do Pragi lub do Niemiec Zachodnich w latach 60, natomiast ci, którzy pozostali, nieco rozmyli się wśród pozostałych mieszkańców, także pod względem religijnym. Elementem spajającym okazała się jednak pamięć o przeszłości, która stała się swoistym mitem założycielskim dla rodzącej się diaspory. Wielka w tym zasługa pastora Ericha Klaara, który do lat 70. XX wieku wysyłał regularnie listy z wiadomościami z życia podzielonej już Friedrichgrätzkiej wspólnoty. Na wezwanie „wujka pastora” (sam Klaar podpisywał się w listach jako „Onkel Pastor”) licznie odpowiedzieli rozsiani po całych Czechach potomkowie braci czeskich, którzy począwszy od lat 50. dość regularnie organizowali spotkania nazywane Grätzertreffen. Dzieło to, kontynuowane przez żonę pastora, ponownie scaliło dawną jednotę. W strony rodzinne powrócili jednak dopiero w roku 2002, kiedy byli mieszkańcy zjechali się do Grodźca z okazji 250-lecia miejscowości.  

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Zdjęcia: Paweł Pomykalski ©

Ewangelicy w Kotlarni

Kotlarnia to dziś nazwa, która niemal natychmiast daje skojarzenia z piaskiem. W 1966 roku nieopodal wsi Kotlarnia utworzono bowiem odkrywkową kopalnię piasku, która przez wiele lat zaopatrywała w ten surowiec górnośląskie kopalnie węgla. Większość kopalń węgla, dla których wożono piasek podsadzkowy z Kotlarni już nie istnieje. Sama zaś kopalnia piasku przetrwała, uruchomiła nowe żwirowiska, a przede wszystkim – w oparciu o infrastrukturę dawnych kolei piaskowych – stała się jednym z czołowych przewoźników kolejowych w zakresie transportu towarowego. Nazwa tego przedsiębiorca jest z tego powodu zdecydowanie bardziej znana niż nazwa miejscowości, od której pochodzi.

Piasek, obecnie znak rozpoznawczy wsi, w pewien sposób przykrył bogatą i ciekawą historię tej położonej pomiędzy sławięcickimi lasami miejscowości. Brzmi to może jak słaba metafora, ale chyba dobrze oddaje stan wiedzy o historii Kotlarni. Początki samej wsi jak i zamieszkującej ją dawniej społeczności są dziś zapomniane także przez sporą część mieszkańców, a szczególnie tych, dla których wszystko, co z Kotlarnią związane, rozpoczęło się dopiero od otwarcia kopalni piasku.

Hutnicze początki

Powstawanie nowych miejscowości na Górnym Śląsku było uzależnione od wielu czynników, ale jednym z najważniejszych było od zawsze występowanie surowców, na które w danym momencie trwał popyt. Proces ten w sposób szczególny dało się zauważyć pod koniec XVIII wieku, kiedy wraz z inicjowanym przez władze pruskie wzmożonym procesem inwestycyjnym tworzono kopalnie węgla i opalane koksem huty, a przy nich niemal automatycznie pojawiały się również nowe osady, zalążki późniejszych kolonii robotniczych i całych przemysłowych miast. Nie oznacza to jednak, że dopiero okres industrializacji przyniósł wysyp miejscowości ściśle związanych z zakadami przemysłowymi. Wiele z nich powstało bowiem kilka lub nawet kilkanaście dekad wcześniej, w czasie, który nazywany bywa początkami industrializacji lub też okresem protoindustrializacji na Śląsku. Ale równie dobrze można go nazwać górnośląską gorączką żelaza.

Hutnictwo żelaza na Górnym Śląsku rozwijało się od średniowiecza. Opierało się na bardzo łatwo dostępnej rudzie darniowej, występującej tu dość powszechnie. Otrzymywane z niej żelazo wytapiano w niewielkich zakładach przy wykorzystaniu dymarek, a następnie pieców kuźniczych. Ziemia górnośląska posiadała bardzo dobre warunki do lokowania tego typu zakładów, bowiem prócz rud darniowych, dla hutnictwa potrzebne były jeszcze dwa czynniki – woda do zasilania urządzeń kuźniczych oraz węgiel drzewny do opalania pieców. Szczęśliwie i jednego, i drugiego również było pod dostatkiem.

Z tego powodu już na początku XVIII wieku funkcjonowało kilkadziesiąt mniejszych i większych zakładów produkujących żelazo i elementy z niego w wykonywane. Tworzyły się one nad niewielkimi, ale łatwymi do spiętrzenia rzeczkami. Często funkcjonowały blisko siebie, przez co można mówić o tworzeniu się pierwszych okręgów hutniczych, takich jak te nad rzekami Rudą (okolice Rybnika i Rud Wielkich), Małą Panwią (Ozimek, Kolonowskie, Zawadzkie), Rawą (obszar obecnych Katowic i Chorzowa) czy Kłodnicą (tereny obecnego miasta Ruda Śląska). Było więc tylko kwestią czasu, kiedy właściciele ziemscy dostrzegą także potencjał innego z prawych dopływów Odry, Bierawki.

Początki przemysłu hutniczego nad Bierawką związane są z postacią Reichsgrafa Jakoba Heinricha Flemminga, który w 1702 roku został właścicielem dóbr Sławięcickich. W chwili zakupu górnośląskiego państewka Flemming był u szczytu kariery, a była to kariera nie byle jaka. Ten przedstawiciel zachodniopomorskiej szlachty losy swe związał z Saksonią i dworem Augusta Mocnego, w imieniu którego posłował do Rzeczpospolitej i Prus. Był jednym z posłów odpowiedzialnych za powodzenie elekcji Sasa na tron polski. A ponieważ elekcja ta zakończyła się koronowaniem Augusta, Flemming stał się jednym z najbardziej zaufanych doradców monarchy, stając w 1706 roku na czele saskiego Tajnego Gabinetu. Korzystając ze swej pozycji, a przede wszystkim z zarobionych na służbie saskiej pieniędzy, Flemming postanowił, by w swych dobrach na Śląsku założyć zakład hutniczy wraz z osadą dla zatrudnionych w nim pracowników.

Flemming jednak, jak już zostało wspomniane, by był zwykłym szlachcicm, jego horyzonty sięgały zdecydowanie dalej niż wielu mu współczesnym. Zamiast więc, wzorem lokalnych właścicieli ziemskich, wybudować kolejną kuźnię, saski minister zainwestował w zakład produkujący wytwory na Górnym Śląsku trudno dostępne, by nie powiedzieć, że prawie nieznane.

W 1709 roku, w lesie nad rzeką Bierawką, pomiędzy wsiami Goszyce i Ortowice, rozpoczęto przygotowania do inwestycji finansowanej przez Jakuba Flemminga. W wybranym miejscu wybudowano kuźnię mosiądzu i wytwórnię blachy mosiężnej. Ten ambitny cel był zapewne możliwy dzięki szerokim znajomościom właściciela, które pozwoliły mu na sprowadzanie z terenu Węgier dobrej jakości miedzi. Drugi z potrzebnych do wytopu mosiądzu metali, a więc cynk, sprowadzano z okolic Bytomia. Dzięki temu w zakładach Flemminga można było rozpocząć produkcję wysokiej jakości wyrobów, w tym elementów wykorzystywanych w browarach. Prócz mosiądzu, zakłady nad Bierawką produkowały również – co było na Górnym Śląsku absolutną nowością – lustra.

Ze względu na innowacyjność swej produkcji, Flemming nie mógł w swych zakładach zatrudniać miejscowych, którzy przecież o odlewaniu mosiądzu, a już tym bardziej o produkcji luster, nie mieli żadnego pojęcia. Z tego powodu zdecydował się na sprowadzenie i zatrudnienie specjalistów z zakresu metalurgii, których werbował w Saksonii, w starych osadach górniczych w Górach Rudawskich, ale także w Brandenburgii. Większość z nich stanowili ewangelicy. Aby zachęcić ich do dalekiej wędrówki i osiedlenia wśród górnośląskich lasów, Flemming każdemu z nich obiecał całkowite zwolnienie od podatków. Na chętnych oczekiwały także wybudowane w sąsiedztwie zakładów metalurgicznych niewielkie, dwurodzinne domki. Utworzyły one nowopowstałą osadę, która – od imienia właściciela i założyciela – nazwana został Jakobswalde. To właśnie kilka dwurodzinnych domków dla pracowników kuźni i ich rodzin dało początek obecnej wsi Kotlarnia.

Jakobswalde czyli Kotlarnia

Nie sposób zgadywać, jaki krajobraz zastali pierwsi osadnicy, którzy przebywając długą i męczącą drogę dotarli nad Bierawkę do założonej przez Flemminga osady. Źródła historyczne dotyczące Jakobswalde są bowiem nader skąpe, a dla pierwszych lat funkcjonowania miejscowości źródeł tych nie ma wcale. Sytuacja ta pozostawia dużo miejsca na domysły, które – choć podbudowane pewnymy przesłankami i zapisami z czasów późniejszych – trzeba jednak traktować z pewną dozą niepewności.

Wiele wskazuje, że wśród pierwszych mieszkańców, którzy osiedli w Jakobswalde, dominowali ewangelicy. Już w 1776 roku w Jakobswalde funkcjonowała ewangelicka szkoła, do której uczęszczały – jak zanotował kilkadziesiąt lat później Johann Georg Knie – dzieci tylko z obszaru wsi. Pod tą samą datą zanotowano również funkcjonowanie kościoła parafialnego, z pastorem bez uposażenia. Uczęszczali do niego mieszkańcy Jakobswalde i nieliczni ewangelicy z sąsiednich miejscowości, zapewne przedstawiciele dozoru w tamtejszych kuźnicach. Patronem kościoła, odpowiedzialnym za jego finansowe utrzymanie, był właściciel dóbr sławięcickich.

Społeczność ewangelików z Jakobswalde stanowiła dość zwartą i dobrze zżytą ze sobą grupę mieszkańców, co widoczne było jeszcze w połowie XIX, a nawet na początku XX wieku. Im bardziej się jednak miejscowość rozwijała, tym bardziej powiększała się grupa nowych mieszkańców, w większości pochodzących już z Górnego Śląska. I chociaż w hierarchii zawodowej (i być może społecznej) zajmowali oni nieco niższą pozycję, dopiero ucząc się nowego fachu u boku dawnych saskich osadników, to jednak bardzo szybko zaczynali zrównywać się liczbą, lub nawet przeważać nad nimi liczebnie. Powołując się na wspomnianego już J.G. Knie, w 1776 roku w miejscowości funkcjonowała szkoła dla dzieci katolickich, z nauczycielem i pomocnikiem nauczyciela.

Z pojawianiem się ludności miejscowej, mówiącej w większości po śląsku, wiązać się może powstanie drugiej nazwy miejscowości. Już bowiem na przełomie XVIII i XIX wieku coraz częściej hutniczą osadę nad Bierawką określano nazwą Kotlarnia, co w sposób oczywisty nawiązywało do jednego z głównych wyrobów huty, jakim były kotły mosiężne i zbiorniki do destylacji. Proces ten, choć niestety nie do końca poznany, jest jednak absolutnym ewenementem w odniesieniu do innych śląskich miejscowości tworzonych przez osadników przybyłych tu z innych krain. Jakobswalde – Kotlarnia jest tu przykładem dobrego współżycia osadników-ewangelików i autochtonów-katolików, które doprowadziło do pewnego rodzaju przemieszania ludności i zmiany charakteru dawnej osady saskich hutników. Niestety, jak już zostało wspomniane, brak źródeł zdecydowanie utrudnia poznanie tego arcyciekawego zjawiska.

Najważniejszym z wydarzeń związanych z początkami Jakobswalde była zmiana właściciela miejscowości. W 1714 roku dobra sławięcickie nabył hraba Adolf Magnus von Hoym, minister Augusta II Mocnego i – podobnie jak Flemming – jego bliski współpracownik i dworzanin. Hoym kontynuował rozbudowę zakładów nad Bierawką, dzięki czemu już w II połowie XVIII wieku w Jakobswalde, prócz blachy mosiężnej, wytwarzano również druty różnego sortymentu (drut mosiężny, jubilerski, czarny, zegarmistrzowski i okienny), a także łyżki blaszane i zbiorniki do destylacji alkoholi. Założył również niewielkie, można by powiedzieć „tradycyjne“ kuźnice żelaza w sąsiednich miejscowościach, Ortowicach i Goszycach, a także na północ od Jakobswalde, gdzie wraz z kuźnicą powstała osada Stara Kuźnica (Klein Althammer). W latach 70. XVIII wieku wybudowano również pierwsze wielkie piece, fryszerki oraz młyn do mielenia rud cynku.

Nowi właściciele dóbr (August Magnus zmarł w 1723 roku, dobrami sławięcickimi kierowali jego następcy) dbali o swe interesy kompleksowo, nie tylko inwestując w infrastrukturę, ale też w swoją pozycję na rynku. W 1751 roju Julius Gebhard von Hoym zakupił kuźnicę w Sausenbergu (Szumiradzie) tylko po to, by ją zamknąć i tym samym ograniczyć potencjalną konkurencję dla swych wyrobów. Pozycja polityczna i finansowa panów na Sławięcicach pozwoliły nawet na uzyskanie specjalnych zezwoleń na dalszy import miedzi, które okazały się konieczne po tym, gdy w 1740 roku Górny Śląsk został zajęty przez armię pruską, a nowe władze wprowadziły embargo na produkty pochodzące z obszaru państwa Habsburgów. Sytuacja ta sprawiła, że zakłady Hoymów stały się przez pewien czas monopolistą, a osada przeżywała okres rozkwitu. Produkty z Kotlarni docierały do Prus, a nawet dalej, nawet do Szwecji.

W 1782 przez małżeństwo Marii Amalii hrabianki von Hoym z księciem Fryderykiem Ludwikiem von Hohenlohe-Ingelfingen-Oehringen, cały fideikomis Sławięcice przeszły na własność rodu von Hohenlohe-Oeringen. Kolejni już właściciele Jakobswalde okazali się równie dobrymi zarządcami, jak ich poprzednicy i jeszcze pod koniec XVIII wieku zmodernizowali nie tylko zakłady produkcji mosiądzu i blacy mosiężnej, ale też w okolicznych miejscowościach wybudowali wielkie piece, fryszerki, a także pierwsząw regionię walcownię blach w Blechhammer (Blachowni).

Jakobswalde przez cały czas pozostawało nie tylko największą miejscowością, ale też swoistym centrum przemysłowym regionu. Aby rolę tę podkreślić, pod koniec XIX wieku przystąpiono do przebudowy wsi – w miejsce rozrzuconych nieco bezładnie drewnianych chałup powstać miała o nieco miejskim wręcz charakterze, z centralnie położonym placem hutniczym. Najważniejszym i najbardziej reprezentacyjnym budynkiem przy ów placu stał się parterowy budynek zarządu hut, w którym rezydowali dyrektorzy zakładów Hohenlohego i zatrudnieni w nich inżynierowie. Drugim ważnym obiektem przy placu hutniczym był drewniany ewangelicki kościół. Ułożenie takie, jakkolwiek praktyczne, można potraktować przede wszystkim jako symboliczne podkreślenie dwóch najważniejszych elementów składających się na historię Jakobswalde. Wieś ta nie powstałaby, gdyby nie powstała huta – huta zaś nie powstałaby, gdyby nie przyjechali do niej protestanccy specjaliści w zakresie metalurgii mosiądzu.

Panta rhei

Wiek XIX na Górnym Śląsku to okres zmian tak dynamicznych, że nawet przedstawiciele lokalnych władz czasami nie dowierzali tempu zmian i powiększania się przemysłowych miejscowości. Historia Królewskiej Huty/Chorzowa, Zabrza czy Katowic to przykłady najjaskrawsze, ale wiatr historii, wymieszany z gorącymi dymami fabrycznych kominów, docierał nawet do mniejszych miejscowości, takich jak Jakobswalde.

Licząca w 1815 roku tylko 776 mieszkańców osada nie wyglądała jak sąsiednie, podobne wielkościowo wsie. Wraz z wytyczeniem placu hutniczego, wytyczono również parcele pod nowe domki. W ten sposób w krajobrazie pojawiły się charakterystyczne, dwurodzinne, drewniane domki ze spadzistym dachem. Największe przeobrażenia czekały jednak reprezentacyjną część, a więc Hüttenplatz. Prócz wspomnianego już budynku dyrekcji zakładów hutniczych stanął tu także murowany budynek szkoły ewangelickiej oraz budynek poczty (jako ekspedycja pocztowa urzędu w Gliwicach). Najważniejszą jednak zmianą była budowa nowego, murowanego kościoła ewangelickiego w miejsce dość już mocno nadgryzionej zębem czasu starej, drewnianej świątyni.

Nowy kościów ewangelicki w Jakobswalde miał służyć nie tylko tutejszej społeczności lokalnej, ale przede wszystkim miał się stać wizytówką miejscowości. Projekt świątyni powierzono królewskiemu radcy budowlanemu Friedrichowi Leopoldowi Fritsche. O tym, z jaką powagą traktowano inwestycję świadczyć może fakt, że projektant otrzymał wolną rękę jeśli chodzi o styl i wygląd świątyni. I trzeba przyznać, że z przywileju tego skorzystał, bowiem projekt swój oparł na wglądzie kościoła St. Marie de Batignoles w … Paryżu. Fakt ten jeszcze dziś robi wrażenie nawet na bardziej doświadczonych historykach architektury na Śląsku, możemy więc sobie tylko wyobrazić, jakie wrażenie musiały paryskie inspiracje robić na ówczesnych mieszkańcach Jakobswalde. Być może to właśnie budowa tak niezwykłego jak na lokalne realia kościoła sprawiła, że jeden z młodych mieszkańców Jakobswalde, Ernst Friedrich Zwirner, syn mistrza hutniczego, postanowił związać swą przyszłość z architekturą i po zakończonej nauce w Brzegu i Wrocławiu ukończył również prestiżowe berlińskie uczelnie, by w 1833 roku przystąpić do rozbudowy kolońskiej katedry – jednej z wspanialszych budowli sakralnych całych Niemiec i jednego z najśmielszych dzieł budowlanych XIX wieku. W ten sposób fragment Paryża stał się symbolem Kotlarni, a fragment  Kotlarni do dziś jest symbolem ponad milionowej metropolii, jaką jest współczesne miasto Köln.

Kamień węgielny pod budowę niezwykłego kościoła w samym sercu Jakobswalde położono 30 marca 1815 roku, a już 20 miesięcy później dokonano jego uroczystego otwarcia. Wkrótce też zakończono budowę nieco skromniejszego, ale również stylowego budynku probostwa. Kościoł i probostwo stały się nie tylko wizytówką osady. Nic więc dziwnego, że podóżujący po Śląsku słynny grafik Ernest Knippel w trakcie pobytu w Jakobswalde właśnie tutejszy kościół ewangelicki umieścił centralnie na swym dziele, choć w większości swych prac skupiał się na zabudowaniach przemysłowych.

Obiekty sakralne w pewien sposób zaburzyły istniejącą do tej pory równowagę w zabudowie placu hutniczego pomiędzy skromne, drewniane sacrum i hutniczo-urzędnicze profanum. Równowaga ta przywrócona została co prawda kilka lat później, gdy w coraz ciaśniejszej zabudowie przy placu postawiono gospodę.

Tak wielkie zmiany w zabudowie i infrastrukturze miejscowości w sposób oczywisty wpływały również na jej mieszkańców. Przez niemal całą I połowę XIX stulecia do Jakobswalde napływały spore ilości chętnych do podjęcia pracy w tutejszych zakładach hutniczych. W przeciwieństwie do dawnych osadników, którzy przybywali tu z odległych regionów górniczych Saksoni i Brandenburgii, nowi mieszkańcy wywodzili się głównie z sąsiednich miejscowości i powiatów, powoli i po części nieświadomie zmieniając Jakobswalde w Kotlarnię. W 1845 roku znajdowało się u już 114 domów, z czego spora część była już murowana i otynkowana, a wieś liczyła 1052 mieszkańców, w tym – możba by powiedzież tylko – 253 ewangelików.

Swoistym początkiem końca dawnej hutniczej osady Jakobswalde były jednak nie  (po części nieuchronne) zmiany społeczno-demograficzne, ale przede wszystkim gospodarcze. Okazało się bowiem, że w realiach rozpędzonej niczym pospieszna lokomotywa rewolucji przemysłowej, zakłady produkcyjne położone na uboczach głównych centrów przemysłowych, a przede wszystkim oddalone od transportu kolejowego, skazane zostały na stagnację, a następnie upadek. Z tego powodu już na początku lat 40. XIX wieku wygaszono część wielkich pieców, a w 1848 roku zakończono funkcjonowanie wszystkich tutejszych zakładów przemysłowych. Pozbawieni zarobku mieszkańcy postawieni zostali przed trudnym wyborem, zostać, czy emigrować. Duża część rodzin wybrała drugą z opcji. Dla tych, którzy do Jakobswalde ściągnęli całkiem niedawno z sąsiednich ziem, powrót w rodzinne strony nie był operacją skomplikowaną. Inaczej wyglądało to w przypadku tych, dla których opuszczenie domów wiązało się z opuszczeniem Górnego Śląska. Dla potomków dawnych saskich osadników powrót w strony rodzinne był na tyle kosztowny i wymagający, że na krok taki zdecydowała tylko część rodzin. Zresztą, było to już czwarte lub czasem piąte pokolenie osadników, dla nich Jakobswalde było jedyną ziemią, jaką znali.

Czekając

Zamknięcie zakładów hutniczych w Jakobswalde nie było tylko symbolicznym zamknięciem pewnego rozdziału w dziejach wsi. Nowym symbolem wsi stały się zabite deskami drzwi i okna opuszczonych domostw, których mieszkańcy wyjechali. Niegdyś będące znakiem dbałości właścicieli zakładów przemysłowych o swych pracowników, pod koniec XIX wieku były już tylko i  wyłącznie znakiem pogłębiającej się agonii (bo już nawet nie stagnacji) wsi. Niszczejące domostwa trawił czas, przy niewielkiej pomocy tych, którzy we wsi pozostali – wszak tyle rzeczy w pozostawionych chałupach mogło się jeszcze przydać.

Większość tych, którzy postanowili w Jakobswalde pozostać, musiało szukać nowych sposobów na utrzymanie, najczęściej w dobrach lub przy pałacu w Sławięcicach oraz przy ciąganiu barek Kanałem Kłodnickim. Nieliczni próbowali się utrzymać z wytwórstwa bądź niewielkiej produkcji, jak na przykład rodzina Skowronków, która w jednym z dawnych domostw założyła wytwórnię lemoniady. Jednym z niewielu dobrze prosperujących obiektów była położona przy placu hutniczym gospoda Waidmannsruh.

W 1910 roku we wsi mieszkało już tylko 275 mieszkańców, z czego 89 posługiwało się językiem polskim, zaś 186 osób posługiwało się jezykiem niemieckim. Podział ten zapewne przekładał się również na klucz religijny – polskojęzyczni mieszkańcy byli w większości katolikami, zaś niemieckojęzyczni należeli do tutejszej parafii ewangelickiej. Przy tak niewielkiej liczbie wiernych nawet niezbyt duży (choć piękny) kościół przy placu hutniczym musiał w czasie nabożeństw świecić pustkami. Nawet tutejszy cmentarz ewangelicki coraz bardziej przypominał nekropolie w miejscowościach już wymarłych, nowych grobów było bowiem bardzo mało, a te starsze, często pozostawione bez opieki, zarastały gęstym mchem, niczym pozostałości po wikińskich osadach gdzieś na bezdrożach Skandynawii. A przecież minęło raptem tylko kilka dekad od czasów świetności, gdy liczba mieszkańców Jakobswalde zaczynała się zbliżać do dwóch tysięcy.

Wielka wojna, a następnie wielka powojena niepewność na Górnym Śląsku nie ominęły Kotlarni, z której spora część mężczyzn trafiła do okopów, by walczyć za Kajzera. Ci, którzy bezpiecznie i cało wrócili, po po zaledwie trzech latach może nie spokoju, ale względnej ciszy, znów nasłuchiwali wystrzałów. W czasie walk prowadzonych w III powstaniu śląskim, 6 maja 1921 roku półk dowodzony przez Pawła Cymsa rozpoczął szybki marsz na Koźle, posuwając się drogą z Sierakowic przez Kotlarnię, gdzie miejscowe grupy Selbschutzu stawiły zacięty, choć krótkotrwały opór. Nie wiadomo, czy wśród nich byli mieszkańcy wsi. Wiadomo jednak, że w poprzedzającym powstanie plebicycie, w trakcie głosowania w Jakobswalde do urn wrzucono 158 głosów z napisem „Deutschland“ przy tylko 52 karteczkach z napisem „Polska“. W kolejnym dniu działań powstańczych, do Kotlarni znów dotarły uzbrojone oddziały, tym razem jednak alianckie, składające się z Francuzów i Anglików. Ich pobyt we wsi zabezpieczyć miał wytyczoną opłotkami osady linię demarkacyjną. Wytyczona nieco później granica między Polską a Niemcami została wyrysowana już nieco dolej od miejscowości.

Gdy już strzały ucichły, a mieszkańcom Górnego Śląska przyszło wrócić do swych codziennych zajęć, a właściwie do ich braku. Pogłębiający się kryzys w Niemczech lat 20. pogłębiał tylko trudne położenie mieszkańców Jakobswade. Wieś ciągle straszyła pustymi domostwami, a z wielu budynków i obiektów technicznych huty nie pozostały już nawet fundamenty. Hutniczych śladów coraz trudniej było też szukać w powszechnej świadomości mieszkańców, a dymiące kominy i metaliczny, słodki zapach rozgrzanego mosiądzu pamiętali już tylko wiekowi mieszkańcy. Dla tych, którzy tu pozostali, od wielu lat żywicielką była nie huta, lecz ziemia.

Kolejna wojna sprawiła, że do Jakobswalde ponownie ze wschodu, drogą z Sierakowic, przybyły uzbrojone oddziały, tym razem sowieckie. Duża część mieszkańców bojąc się wkroczenia „Barbarien aus dem Osten“ postanowiła opuścić swe domostwa i najgorsze, zimowe dni przejścia frontu spędzić w miejscowościach położonych na drugim brzegu Odry lub, gdy ktoś miał mniej szczęścia, w okolicznych lasach. Duża część mieszkańców, zwłaszcza deklarujących przywiązanie do Niemiec, została ewakuowana wraz z przegrupowującym się wojskiem albo w okolice Wrocławia, albo do północnych Czech.

Wiele można snuć opowieści o tym, jak wojska sowieckie niszczyły, paliły i plądrowały górnośląskie wsie. W powojennej Kotlarni jednak tego typu mrożących krew w żyłach opowieści zbyt wiele nie opowiadano. Czerwonoarmiści bowiem bardzo szybko przenieśli się dalej, w stronę silnie bronionych niemieckich punktów oporu w okolicach Sławięcic i Blachowni. Zniszczeniu uległo jedynie kilka opuszczonych od dawna domostw, w których zimujący sołdaci rozpalali ogniska, czyniąc to często w mało kontrolowany sposób. Ci, którzy pozostali w swych domach, w większości przypadków nie zaznali od czerwonoarmistów krzywdy. Przynajmniej tutaj…

Ci, którzy wczesną wiosną powracali w swe rodzinne strony, przybywali już nie do Jakobswalde, ale do Kotlarni. Trwający niemal dwa wieki okres używania dwóch różnych nazw dla jednej i tej samej wsi, z dużą przewagą dla formy Jakobswalde w latach 30. XX wieku, zakończył się wraz z zakończeniem działań wojennych zwycięstwem formy polskiej, od tej pory obowiązującej. Jeśli chodzi o formę niemiecką, to została ona nie tyle zapomniana, co zakazana. Podobnie zresztą, jak inne niemieckie słowa, których używania zabraniano – szczególnie w szkole podstawowej. Starsi mieszkańcy do dziś jeszcze pamiętają krzyki i kary wymierzane przez jedną z nauczycielek.

Nowy świat

Jak na niewielką i wcale nie tak starą wieś, Kotlarnia przeszła w swych dziejach sporo zmian. W nowych realiach, z nowymi sąsiadami, a przede wszystkim w nowym i chyba nie najlepiej skrojonym ustroju politycznym, ewangelicy z Kotlarni nie czuli się jednak najlepiej. Nic więc dziwnego, że począwszy od lat 60. zaczęli wyjeżdżać na zachód pozostawiając, po raz kolejny w dziejach wsi, puste domy i niekoszone ogródki.

Cała wieś zresztą była wówczas pusta – a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Widać to było szczególnie przy niegdyś reprezentacyjnym placu hutniczym, który w szarych latach PRLu coraz bardziej zarastał chwastami i zaczynał przypominać wydeptaną polanę aniżeli dawną namiastkę rynku. Wrażenie to potęgowane było faktem, że większość dawnych, reprezentacyjnych budynków albo przestała istnieć (jak gospoda czy zarząd huty), lub też mocno podupadła. Dotyczyło to także kościoła, który od 1945 roku stał pusty, tracąc swój paryski szyk wraz z kolejnymi odpadającymi fragmentami elewacji. Sprawiał wrażenie, jakby to właśnie od niego miał się rozpocząć nigdy niezralizowany projekt odbudowy wsi. Kilka nowych, murowanych domów, rozsianych nieco bez ładu i składu tylko to wrażenie potęgowało.

Gdy w 1966 roku władze Zabrzańskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego zdecydowały, by w Kotlarni uruchomić kopalnię piasku podsadzkowego dla górnictwa, próżno było już szukać jakichkolwiek śladów po dawnym hutnictwie. W miejscu fundamentów dawnej huty władze ZZPW postanowiły postawić bloki, mieszkalne, które swą nijak niepasującą do pozostałej zabudowy formą wdarły się do Kotlarni bardzo głęboko, niemal docierając do granicy dawnego placu hutniczego.

Betonizacja Kotlarni miała jednak w sobie coś znajomego. Oto do pracy w kopalni piasku zaczęto bowiem werbować ludzi z różnych, często odległych stron. Obiecywano im godną płacę i czekający na nich własny kąt – może nie przytulny, drewniany, dwurodzinny domek, jak dwa wieki wcześniej, ale zawsze. Kotlarnia znów zaczęła się zaludniać osadnikami, wśród których coraz bardziej rozpływał się i tak mocno już rozwodniony żywioł saskich ewangelików.

W 1970 roku przystąpiono do remontu kościoła, który znów miał pełnić swe funkcję i gromadzić wiernych. I choć był on od tej pory kościołem rzymskokatolickim, to jednak przy remoncie współdziałali ramię w ramię wszyscy mieszkańcy wsi – potomkowie saskich metalurgów, śląskich hutników i tych, którzy dopiero co do Kotlarni dotarli i nie zdążyli jeszcze szczegółowo zostać sklasyfikowani.

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Zdjęcia: Paweł Pomykalski ©

Wspólnota braci morawskich z Pawłowiczek

Inność zawsze była w podziwiana, choć nigdy nie była pożądana. Motto, które spokojnie mogłoby towarzyszyć opowieści o każdej z opisywanych tu miejscowości i społeczności, zakotwiczyło się ostatecznie we wstępie do historii o osadzie Gnadenlefd, obecnie znanej jako Pawłowiczki. Oczywiście znów można by zacząć od pewnych poznawczo-reportażowych fraz z katalogu „top 10 najlepszych spostrzeżeń młodego reportażysty“: że na pierwszy rzut oka wygląda jak sąsiednie wsie i trzeba siędobrze przyjrzeć, by zobaczyć różnice, że stare domy pamiętają, lecz nie opowiadają historii, że najstarsi mieszkańcy wyglądają, jakby cząstka historii zamknęła się w ich sercach i wyryła na ich twarzach i tak dalej. Ale nie, tym razem musi paść stwierdzenie o inności. Bo społeczność, która stworzyła Gnadenfeld, nie różniła się jedynie od swych sąsiadów. Społeczność założycieli Gnadenfeldu różniła się od wszystkich, których w tych rejonach spotkać możemy i kiedykolwiek spotkać mogliśmy.

Kiedy w maju 1932 roku dziennikarze górnośląskiej, bardzo poczytnej i popularnej gazety „Oberschlesien im Bild“ przybyli do Gnadenfeldu, by opisać i udokumentować zdjęciami odbywający się tam jubileusz 150 lat od założenia gminy braciej (Brudergemeinde), również nie mogli powstrzymać się od używania słów pokroju einzige czy besondere. Owszem, była to już wówczas w sensie ścisłym jedyna taka społeczność na całym Górnym Śląsku. Ale w tym użyciu słów jedyny czy wyjątkowy grała o wiele głośniejsza melodia i kryło się o wiele głębsze znaczenie.

Wędrowcy Słowa Bożego

Wspominany w tej książce kilkukrotnie Fryderyk Wielki to postać, której nie sposób pominąć w dziejach wielu osad, które nazwać moglibyśmy (niesprawiedliwie, ale w pewien sposób obrazowo) „innowierczymi“. Polityka tego pruskiego władcy nastawiona była na maksymalne i pełne wykorzystanie potencjału swego państwa, a w szczególności nowo przyłączonych do niego ziem śląskich. Prócz rozwoju gospodarczego i militarnego, budowy nowoczesnej administracji i wzmocnienia potencjału obronnego, jednym z pomysłów na owo wykorzystanie potencjału była akcja osadnicza, polegająca na zachęcaniu do tworzenia nowych osad i zagospodarowywaniu słabo rozwiniętych osadniczo i gospodarczo obszarów Śląska. Zezwolenie na budowę osady mogli od władz pruskich uzyskiwać zarówno poszukujący nowych możliwości mieszkańcy Śląska, jak i przybysze z dalsza, w tym także z państw wrogo wobec prus nastawionych. Dodatkowo władze nie zważały na wiarę przybyszy, a wręcz można by powiedzieć, że sprzyjały wszelkiej maści protestantom, innowiercom czy religijnym outsiderom – wiedziano bowiem, że zezwolenie na pobyt w Prusach bez baczenia na ich konfesję czy wręcz wspieranie ich inności rokuje wierności nowych poddanych, którzy króla pruskiego traktować będą jak ojca dobrodzieja i bohatera, który udzielił schronienia. Jedną z takich właśnie grup byli bracia morawscy, znani również pod takimi nazwami jak Herrnhuci czy Herrnhuterzy.

Początki wspólnoty braci morawskich, wbrew dość jednoznacznej nazwie, związane są nie z Morawami, lecz Górnymi Łużycami, znajdującymi się od średniowiecza w granicach Saksonii. Tam, pomiędzy Nysą Łużycką i Górną Sprewą, w II połowie XVII wieku schronienia zaczęły szukać coraz liczniejsze rodziny protestanckich uciekinierów z Czech i Moraw, a także ich konfratrów emigrujących z teoretycznie tolerancyjnych, ale praktycznie nieprzychylnych im ziem Rzeczpospolitej. W krótkim czasie na niewielkim skrawku Łużyc obok siebie mieszkali potomkowie husytów, anabaptystów, braci czeskich i braci polskich.

W latach 1722-1727 coraz bliżej ze sobą powiązani łużyccy protestanci założyli wspólną osadę o nazwie Herrnhut, co tłumaczyć należy jako Straż Pańska lub Pańska Opieka. Opiekunem osady, a jednocześnie postacią najbardziej zaangażowaną w utworzenie specyficznej, herrnhuckiej szkoły liturgicznej był hrabia Nikolaus Ludwig von Zinzendorf, od 1737 roku pełniący posługę pierwszego biskupa braci morawskich.

Społeczność Herrnhut, będąca mieszanką doktryn, języków i narodowości, ewoluowała pod kierunkiem von Zinzendorfa w osobną wspólnotę, nawiązującą do doktryny braci czeskich. W 1749 roku zbór Herrnhut uznany został za niezależny od kościoła państwowego w Saksonii. Jednym z jego wyznaczników było wspólne przystępowanie do Sakramentu Ołtarza osób z różnych wyznań. Tym, co jednak w sposób najbardziej widoczny odróżniało braci morawskich od pozostałych społeczności ewangelickich, były podejmowane przez nich wędrówki, których cel i znaczenie można bez zbędnej przesady porównać do rzymskokatolickich misji ewangelizacyjnych. Już od końca lat 20. XVIII wieku z Łużyc wyruszali ewangelizatorzy herrnhuccy, którzy dotarli do Wielkopolski, a także na habsburski Śląsk. Na Górnym Śląsku ich pojawienie się zapoczątkowało powstaniu ewangelickich osad Rozumice i Ściborzyce, o których mowa jest w innym z rozdziałów. Ewangelizatorzy docierali też zdecydowanie dalej, w kierunku Inflantów, Rosji, a nawet kolonii brytyjskich w Nowym Świecie.

Społeczność Herrnhutów, ze względu na swą doktrynę, podejmowane akcje misyjne, ale także – nazwijmy to – internacjonalną genezę, od początku cieszyła się zaufaniem wielu protestanckich uczonych, ale też właścicieli ziemskich i szlachty, której przedstawiciele szybko stawali się patronami zboru, zapraszając na swe ziemie herrnhuckich ewangelizatorów czy wręcz osadników. Jednym z nich był Christian Seydlitz, blisko związany z pruskim rodem zasłużonej dla Fryderyka Wielkiego generalicji. Dla historii einzige und besondere Gnadendorf postać von Seydlitza jest dobrodziejem na równi z pruskim władcą.

Będzie dom dla każdego

W 1766 roku na prośbę Christiana von Seydlitza jego ojciec, Ernst von Seydlitz, zakupił od Jana Surmy dobra w południowej części dawnego księstwa kozielskiego na Górnym Śląsku, wraz z wsiami Pawłowiczki i Ucieszków. Ze względu na dość żyzną glebę (charakterystyczną dla całego Płaskowyżu Głubczyckiego, na którego krańcu leżą Pawłowiczki), a także sąsiedztwo rzeki Olchy, warunki dla rozwoju rolnictwa były tu doskonałe, co dobrze rokowało planowanemu stworzeniu osady dla pochodzących z Herrnhut braci morawskich, której wydzielenie planowano w sąsiedztwie istniejącej już wsi.

Pierwsi hernhuci przybyli jednak nie z Łużyc, lecz z niedalekiej okolicy. W dobrach von Seydlitza w 1767 roku osiedlili się przybysze z Rozumic i Ściborzyc, którzy – na skutek konfliktu z miejscowymi ewangelikami – nie widząc szans na budowę swego domu modlitwy w Rozumicach, poszukiwali nowych ziem i nowego opiekuna. W ten sposób, we włościach von Seydlitza, pojawili się pierwsi herrnhuci. Co ciekawe, zahowały się informacje o głowach rodzin, które wówczas przybyły – byli to bracia Mathias i Franz Vogel z Rozumic oraz Georg Kremsej i Onrej Wekowsky ze Ściborzyc. Dopiero kilka lat później dotarły tu pierwsze rodziny z Herrnhut, umożliwiając podjęcie dzieła budowy osady (w pierwszych latach bracia morawscy mieszkali w zabudowaniach nieistniejącego już starego dworu w Pawłowiczkach). Dopiero w 1777 właściciel na południe od wsi, przy pamiętającej jeszcze czasy średniowiecznych kupców drodze z Głubczyc do Koźla, wydzielił około 3-hektarowy obszar, na którym powstać miała przyszła osada. W 1779 roku król Pruski Fryderyk Wielki wydał zgodę na utworzenie osady przeznaczonej dla herrnhuckich kolonistów. Powstała ona w sąsiedztwie trzech istniejących już wsi – Pawłowiczek, Rzeczycy i Warmuntowic.

Budowa, w której uczestniczyło ponad 50 przybyłych na Górny Śląsk rodzin, przebiegała w sposób bardzo podobny do innych ewangelickich osad tworzonych w ramach tzw. Kolonizacji fryderycjańskiej. Na wydzielonym terenie rozpoczynano od określenia punktu centralnego, przeznaczonego na stworzenie reprezentacyjnego placu z przyległym do niego domem modlitwy i innymi obiektami użyteczności publicznej. Nieco inaczej wyglądało zaplanowanie wiejskich uliczek i domostw, które rozmieszczone były – nie jak w przypadku innych, ewangelickich wsi – wzdłuż głównej drogi, lecz rozplanowane były na planie krzyża. W miejscu przecięcia obu ramion, wyznaczony był wspomniany plac. Układ ten był kopią układu Herrnhut – osady-matki.

Pracami urbanistycznymi i budowlanymi kierował Paul Layritz, który miał również za zadanie konsultowanie wszystkich ustaleń ze zborem w Herrnhut. Nowa osada otrzymała nazwę Gnadelfeld, co można tłumaczyć jako „pole łaski bożej“. Wiadomo, że nazwa również była ustalana w Herrnhut i – można rzec z lekkim przekąsem – nie była zbyt oryginalna. W ramach kolonizacji herrnhuckiej na samym tylko Dolnym Śląsku powstały bowiem nieco wcześniej osady Gnadenberg (obecnie Godnów) czy Gnadenfrei (Piława Górna). Co ciekawe, pochodzący z obu tych wsi bracia uczestniczyli w procesie budowy gnadenfeldzkich zagród, a kilka rodzin przeniosło się tu na stałe właśnie ze wspomnianych, dolnośląskich wsi.

25 lipca 1780 roku koloniści wykupili od von Sydlitzów ziemię wraz z domami, co prawdopodobnie oznacza, że większość domostw było już wówczas wybudowanych, a miejscowi gospodarze gotowi byli do pierwszych żniw. Zwieńczeniem procesu budowy osady było jednak dopiero wybudowanie domu modlitwy, zwanego Bethaus lub Betsaal, a także cmentarza, którego nazwa – Gottesacker, czyli boże poletko – niczym najwyraźniejszy z symboli określała i charakteryzowała stosunek braci morawskich do życia doczesnego i ich roli na nadanej z Bożej Łaski ziemi. Ci, których ciała złożono na bożym poletku, nie umierali jednak. Po prostu odchodzili, zasypiali, wracali do domu Śmierć nie była ani końcem, ani początkiem, po prostu kolejnym kamieniem milowym mijanym w drodze do Pana, była zwycięstwem. Nikt więc zmarłych nie opłakiwał, nie użalał się nad ich odejściem, po prostu żegnał, życząc powodzenia. Tak, jakby śmierci nie było.

Z bożej łaski i szczodrobliwości

W Gnadenfeldzie wszyscy byli braćmi i siostrami. Oczywiście nie w sensie ścisłym, lecz w sensie wspólnoty, którą tworzyli. Nazewnictwo takie, które spotkać można było w osadach arian lub braci czeskich, zawsze jednak dotyczyło jedynie braci, a więc męskich członków wspólnoty. Tymczasem w Gnadenfeldzie wraz z nimi żyły siostry, równie ważne w społeczności lokalnej i równe mężczyznom – tak jak wszyscy są równi Bogu. Takie podejście, wraz z towarzyszącym mu katalogiem zwyczajów, od zawsze budziło zdziwienie wszystkich, niezależnie od pochodzenia czy wyznania. Było to jedyna tego rodzaju wieś, jedyna taka społeczność na Górnym Śląsku, absolutnie wyjątkowa.

Zgodnie z naukami von Zinzendorfa, bracia morawscy poświęcali swe życie Bogu i pracy, a ich oddanie, zarówno jednemu, jak i drugiemu, było zakorzenione wyjątkowo mocno, nawet jak na ewangelików. Herrnhuci z Gnadenfeldu byli uosobieniem kąśliwych nieraz, ale bardzo plastycznych przedstawień ideałów ewangelickich wielokrotnie opisywanych w prozie Jerzego Pilcha. W ich podejściu do nadrzędnych w świecie ewangelickim czynności, a więc modlitwy i pracy, była mieszanka konserwatyzmu, purytanizmu i całkowitego zaangażowania. Swoistym mottem było zaś, by promieniować swoją czynnością i pracą w służbie dla innych.

Najważniejszym miejscem w przestrzeni osady był oczywiście Betsaal, a słowo wypowiedziane w trakcie kazania było dla braci morawskich nie tylko nauką i kierunkowskazem, ale też przyjmowało czasami formę regulacji prawnej. Kolejni posługujący w Gnadenfeldzie pastorzy ściśle współpracowali bowiem z zarządem gminy, a ich autorytet był niepodważalny.

Sam dom modlitwy, choć pełnił tak kluczową rolę w życiu wsi, był urządzony bardzo skromnie, nawet jak na realia śląskich kościołów ewangelickich. Składał się z dużej, pomalowanej na biało sali, wyposażonej w dwa rzędy ławek oraz chór. Nie posiadał ołtarza, nie posiadał tak charakterystycznej dla kościołów ewangelickich ambony, brak w nim było witraży, obrazów czy innych ozdób, a jedynym wyróżniającym się elementem wyposażenia były zamontowane na bocznym balkonie chóru organy z barokowym, zdobionym prospektem. A i sama architektura budynku przywodzi raczej na myśl skromne zabudowania użyteczności publicznej niż świątynie. Jedynie umieszczona na dachu sygnaturka wskazywała z dalszej odległości, że budynek ten pełni dla lokalnej społeczności rolę kościoła. Warto zresztą wspomnieć, że korzystali z niego – prawem użyczenia na nabożeństwa – również ewangelicy innych konfesji napływający do Gnadenfeldu oraz rozsiani po miejscowościach powiatu kozielskiego i północnej części powiatu głubczyckiego.

Zdecydowanie większym i bardziej przykuwającym uwagę budynkiem, choć utrzymanym w podobnym stylu, z charakterystycznym czterospadowym dachem, było wybudowane w 1818 roku seminarium teologiczne. Siedziba tej uczelni o randze akademii została do Gnadendorfu przeniesiona z górnołużyckiego Niesky, co w pewien sposób podkreśliło znaczenie górnośląskiej społeczności herrnhuckiej i jej udanego dzieła na nowej ziemi. Kształceni w seminarium duchowni, rekrutujący się również z odległych od Śląska ziem, stawali się nie tylko kontynuatorami dzieła von Zinzendorfa, ale też w sposób znaczący rozwijali lokalną społeczność – wielu absolwentów na stałe zapisało się w dziejach osady i całego Górnego Śląska.

Prócz oddawania się modlitwie i rozważaniom na temat Pisma Świętego, wierni swoim zasadom mieszkańcy Gnadenfeldu wiele czasu poświęcali pracy, przykładając się do każdego, nawet najbardziej rutynowego działania. Pracowitość ta widoczna też była w charakterze osady, w której mieszkało wielu rzemieślników różnych dziedzin. Dzięki ich pracy wieś nie tylko bardzo szybko stała się w pewnym sensie samowystarczalna, ale też ważna dla całej okolicy. Herrnhuccy rzemieślnicy z Gnadenfeldu nie zamykali się bowiem na mieszkańców bliższych czy dalszych wsi zdominowanych przez katolików i świadczyli swe usługi również dla nich, niejako w duchu ekumenizmy zaopatrując pogranicze powiatów kozielskiego i głubczyckiego. W 1800 roku we wsi funkcjonowało 30 rzemieślników.

Warsztaty rzemieślnicze szybko zaczęły się zamieniać w zatrudniające po kilka osób manufaktury, a wreszcie fabryki. I tak dla przykładu już w 1796 roku funkcjonowała we wsi ludwisarnia prowadzona przez rodzinę Liebold, a nieco później także drugi zakład tej specjalizacji, prowadzony przez Reinholda Hoberga. Gnadenfeldzkie dzwony w wieku XIX stały się wizytówką wsi, a z fabryki Lieboldów wyszło wiele znanych dzieł, które swymi dźwiękami wołały na nabożeństwa wiernych zarówno ewangelickich, jak i katolickich. Najbardziej znanymi wyrobami tej ludwisarni były trzy dzwony dla gliwickiej parafii św. Barbary i potężny, ważący ponad 700 kilogramów dzwon dla średniowiecznego kościoła św. Mikołaja w Raciborzu.

Nieopodal ludwisarni również jeszcze przed końcem XVIII wieku założono niewielką kuźnię zaopatrującą osadników w najpotrzebniejsze przedmioty żelazne. Gdy jednak lokalny rynek został zaspokojony, właściciele postanowili zmienić kuźnię w specjalistyczny zakład produkujący części maszyn rolniczych, a w szczególności wały korbowe. Decyzja ta, jakkolwiek niezwykle odważna, była też nader trafna i zbiegła się z coraz większym popytem na mechaniczne żniwiarki, młockarki i siewnice.

Kolejnym zakładem, który stał się swego rodzaju wizytówką wsi, była fabryka ceramiki i kafli piecowych, założona na początku XIX wieku przez rodzinę Mitrasch. Co prawda w samej miejscowości i okolicy nie wydobywano gliny i musiano ją transportować z innych miejscowości, głównie z Baborowa, ale przecież w rzemiośle (a używając współczesnej nomenklatury biznesie) to nie surowiec determinuje sukces, lecz sposób na surowca wykorzystanie i znajomość potrzeb potencjalnych odbiorców. Piece kaflowe znane były wówczas nielicznym, zazwyczaj bogatej szlachcie, a większość domostw – nawet bogatszych gospodarzy – ogrzewano piecami murowanymi. Zdunowie z Gnadenfeldu postanowili trend ten zmienić i bardzo szybko rozpowszechnili niezwykle dobrze ogrzewające, a przy okazji estetyczne piece w cenie konkurencyjnej. Inwestycja się opłaciła, zainteresowanie rosło i już pod koniec XIX wieku zakład znacząco się rozrósł.

Prócz tych zakładów, we wsi funkcjonował cały szereg mniejszych warsztatów i wytwórni. Gnadenfeldzcy mistrzowie produkowali meble, częsci wozów, naczynia ceramiczne i instrumenty muzyczne (klawiszowe). We wsi funkcjonowali znani w okolicy rzeźnicy i piekarze, a na jej obrzeżach funkcjonowały trzy młyny wiatrowe – jeden z nich, należący do rodziny Jauernik, w 1888 roku przebudowany został na młyn parowy. Nieco wcześniej zaś, bo już w 1860 roku, we wsi działała mleczarnia, a w podobnym czasie otwarto również tłocznię oleju.

Enklawa – ekumena

Swój tak wyraźny rzemieślniczo-wytwórczy charakter wieś zawdzięczała jednak nie tylko legendarnej pracowitości ewangelików (a braci morawskich w szczególności), ale też pewnym rozwiązaniom prawnym, które nie tylko regulowały, ale w pewnym sensie organizowały działalność wszystkich mieszkańców. W oparciu o Pismo Święte Herrnhuci stworzyli bowiem swoisty regulamin prowadzenia działalności gospodarczej, którego egzekwowanie należało do kompetencji władz gminy. Jego nadrzędnymi i absolutnie niepodważalnymi zasadami były: brak pobłażliwości dla lenistwa i próżniactwa, całkowity zakaz rywalizacji i niezdrowej konkurencji, konieczność ciągłego ulepszania siebie, swojego warsztatu i swoich wyrobów oraz obowiązek kształcenia (w tym kształcenia zawodowego) na równi z nauką religii i studiowaniem Pisma Świętego.

Nauka zawodu była dla gnadenfeldzkiej młodzieży kwestią kluczową, a każdy rzemieślnik terminował chętnych do tego uczniów. Dużą część z nich stanowili chłopcy pochodzący z sąsiednich wsi, a nawet miasteczek takich jak Baborów czy Głogówek, w większości katolicy, którzy pod okiem gnadenfeldzkich mistrzów uczyli się fachu, jednocześnie też po części ucząc się ich stylu życia i systemu wartości. Czyż to nie wspaniały sposób na kontynuowanie misyjnej działalności przykazanej przez von Zinzendorfa?

Nauka zawodu i korzystanie z usług rzemieślników nie były jednak jedyną sprawą, która przyciągała do Gnadenfeldu mieszkańców okolicznych miejscowości. Mielo oni bowiem sporo innych powodów, by tu przybyć.

Jednym z nich był fakt, że to właśnie w herrnhuckiej osadzie powstała jedna z pierwszych na tych ziemiach aptek, którą założono już w 1790 roku! Jej założycielem był sprowadzony z Herrnhut brat Wuller, posiadający pewną wiedzę medyczną, którą miał służyć dla dobra całej społeczności. W 1800 roku apteka przeszła na własność rodziny Wetschky, której kolejne pokolenia aptekarzy zapisały się w historii farmacji Górnego Śląska. Gnadenfeldzka apteka była odwiedzana nawet przez mieszczan z Koźla czy Głubczyc.

Nieco podobną sławę, choć jakże inną funkcję, miała założona we wsi gospoda, z której dochody przeznaczone były na utrzymanie i rozwój braterskiej społeczności. Została ona założona już w 1780 roku, a więc wraz z najstarszymi domostwami tworzącymi osadę. Dzięki wyszynkowi własnego piwa, w dodatku dobrej jakości, chętnych do jej odwiedzenia nie brakowało. Oferowała także kilkanaście miejsc noclegowych. Braterska gospoda została z czasem przekształcona w Hotel Gemain-Logis, którego późniejsza nazwa brzmiała Kremser – od nazwiska zarządzającym nim właścicieli, którzy lokal wykupili i przebudowali, czyniąc z niego jeden z najbardziej znanych obiektów tego typu w całej okolicy.

Wraz z coraz większą rozbudową wsi, powodów do odwiedzenia Gnadenfeldu przybywało. Wieś coraz bardziej przypominała niewielkie, ale prężnie i niezwykle nowoczesne miasteczko: w 1834 roku uruchomiono gazowe oświetlenie ulic – dla porównania w Opolu lampy gazowe zaświeciły się dopiero w 1862 roku. We wsi działał sklep kolonialny Maxa Niklascha oraz skład maszyn rolniczych i narzędzi Otto Kranza, w którym jeszcze pod koniec XIX wieku można też było nabyć rowery.

Staraniem braci morawskich powstawały również kolejne obiekty użyteczności publicznej, z których korzystać mogli także sąsiedzi wszelakich wyznań. W 1866 roku na terenie Gnadenfeldu wybudowano i uroczyście oddano pierwszy w powiecie kozielskim szpital – Heinruchstift – zatrudniający wykwalifikowaną kadrę medyczną. W roli pielęgniarek posługiwały siostry przybyłe z Herrnhut. W 1884 roku we wsi powstał również kolejny duży budynek, będący siedzibą sądu, którego część zagospodarowano jako areszt. W tym samym roku powstał także budynek remizy strażackiej wraz z pomieszczeniem na pompę konną. Natomiast w 1888 roku oddano do użytku budynek Poczty.

Wyjątkowa atrakcyjność Gnadenfeldu nie przejawiała się jednak tylko w zdobyczach techniki czy obiektach użytkowych, ale też w wyjątkowej urokliwości tej założonej na planie krzyża wsi w dolinie rzeczki Olchy. Przybyły na początku XIX wieku w te rejony szwajcarski przyrodnik Jean Marc Mettetal, zachwycony wyjątkowością tego skrawka ziemi, wytyczył w dolinie nad potokiem piękny park krajobrazowy, w którym nasadzono wiele rzadkich drzew. Dzięki niemu kolonia stała się również celem wycieczek przyrodniczych i botanicznych, a dwóch związanych z Gnadefeldem przyrodników – Friedrich Wilhelm Kölbing i Max Wetschky określa się do dnia dzisiejszego protoplastami górnośląskiego przyrodoznawstwa i wielkimi propagatorami turystyki.

Oczywiście to, że ktoś z Rzeczycy czy nawet dalszych wsi zamawiał zawiasy u gnadenfeldzkiego kowala czy korzystał z bogatego wyboru towarów kolonialnych w sklepie Niklascha nie oznaczało automatycznie, że chłonął filozofię życia mieszkańców i przyjmował ich wiarę. Tym bardziej, że niektóre z tutejszych zwyczajów budzić musiały pewne zdziwienie czy wręcz niezrozumienie. Na pewno jednak interesanci i innej maści przybysze nie mogli zlekceważyć zmysłu organizacyjnego i pracowitości rzemieślniczej osady herrnhutów, w której nowinki technologiczne widoczne były na każdym niemal kroku, a zakłady i warsztaty wciąż potrzebowały rąk do pracy. Było więc jedynie kwestią czasu, kiedy pierwsze rodziny nie należące do wspólnoty braci pojawią się w Gnadenfeldzie z zamiarem stałego zamieszkania.

Wedle danych ze spisu powszechnego z 1871 roku, na obszarze wsi Gnadenfeld mieszkało już 84 katolików, a także jeden Żyd. Biorąc pod uwagę dane statystyczne, była to spora mniejszość przy liczącej 223 osób społeczności braci czeskich i 110 kolejnych osobach innych konfesji ewangelickich. Biorąc jednak pod uwagę pewne trendy, wyniki spisu były zwiastunem rosnącej liczby przybyszów i powolnego przekształcania z osady braci czeskich w wielowyznaniową, górnośląską wieś (aczkolwiek proces ten i tak przebiegał o wiele wolniej, niż w podobnych miejscowościach, a potomkowie założycieli, choć posiadający coraz mniejszą przewagę liczebną, to jednak stanowili bez wątpienia elitę lokalnej społeczności).

Nowi mieszkańcy osady prawdopodobnie osiedlali się w domostwach pozostawionych przez te rodziny, które z pewnych przyczyn postanowiły ją opuścić. Wyniki tego samego spisu wskazywały bowiem, że 35 braci morawskich zamieszkiwało już wówczas obszar sąsiedniej wsi Pawłowiczki. W latach późniejszych kilka dalszych rodzin osiedliło się także w Reńskiej Wsi i Koźlu.

Niepodobni

Nieuniknione zmiany demograficzne i społeczne, jakie wraz z coraz to większą liczbą mieszkańców nie należących do wspólnoty brackiej, na przełomie XIX i XX wieku dotarły także i do Gnadenfeldu. Duch Friedricha von Zinzendorfa wciąż wyczuwalny był w niemal każdym domostwie i podwórku, lecz statystyka – najobiektywniejsza z wszystkich nauk – wyraźnie wskazywała, że ludność wsi stawała się coraz większą mieszanką wyznań, historii i tradycji. Było to zresztą zgodne z ekumenicznym przesłaniem pierwszych braci morawskich, którzy przecież sami stanowili mieszankę braci i sióstr wywodzących się z kilku europejskich regionów.

Przy całej swej otwartości i chęci współdzielenia nadanej z Bożej Łaski ziemi, na której przyszło im żyć i gospodarować, potomkowie przybyłych z Łużyc osadników pozostali inni. Nie obcy, ale po prostu inni. Pomimo upływu czasu, zmieniającej się mody i mentalności, Herrnhuci zachowali zaskakująco wręcz wiele zwyczajów. I choć na co dzień nie sposób było ich odróżnić od przyjezdnych czy przybyłych tu całkiem niedawno nowych mieszkańców, to jednak w każdy dzień świąteczny i w każdą niedzielę zaczynali emanować swą odmiennością.

Gdy w 1932 roku wspomniana już na wstępie delegacja gazety „Oberschlesien im Bild“ dotarła do Gnadenfeldu, by fotografią i słowem zilustrować jubileusz 150 rocznicy wspólnoty brackiej, wiele z najdawniejszych tradycji można było wciąż zobaczyć jak na dłoni. Wykonane wówczas zdjęcia, choć niektóre pozowane, nie miały w sobie jednak nic ze spektaklu, ustawki, skansenowej przaśności. Po prostu pokazywały Gnadenfeld i jego mieszkańców takimi, jakimi było. Jedynymi. Wyjątkowymi.

Wspomniana relacja skupiła się w sposób szczególny na mieszkankach wsi, których zdjęcie, wykonane na schodach prowadzących do kościoła, zdobiło niemal całą okładkę wydania. Widoczne na fotografii Herrnhutki w różnym wieku, mają na sobie swe tradycyjne stroje. Tradycyjny strój sióstr był dość ciekawy i mógł przyciągać ciekawskie spojrzenia osób spoza Gnadenfeldu, opierał się bowiem na charakterystycznych czepcach nakładanych na włosy, pełniących jednocześnie rolę informująco o stanie cywilnym siostry – wstążka, którą wiązano czepek, miała inny kolor w przypadku dziewczynek (czerwony), panien gotowych do wydania (różowy), kobiet zamężnych (błękitny) i wdów (biały). Mężatki i wdowy dodatkowo zakładały na swe jakle długie chusty przykrywające plecy i ramiona. Działo się to jednak w czasach, kiedy pod każdym górnośląskim kościołem ujrzeć można było jeszcze tradycyjnie ubrane „chłopionki“ z nieco odmiennymi, ale odgrywającymi podobną rolę atrubutami. Odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie ta fotografia uznana została za symboliczną i wyjątkową, daje jej podpis: Am Fraueneingang zu Kirche, czyli Przy wejściu do kościoła dla kobiet.

W czasach, gdy artykuł powstawał, temat walki o równouprawnieniekobiet stawał się powoli tematem historycznym, obywatelki Niemiec posiadały już (od 1918 roku) prawa wyborcze, powstawała kobieca prasa, a diwy muzyki rozrywkowej czy wyemancypowane, błyszczące seksappealem kobiece gwiazdy kina stawały się idolkami młodzieży, w Gnadeneldzkim domu modlitwy wciąż obowiązywał rozdział kobiet i mężczyzn, który traktowany był nie jak szowinistyczny przykaz, lecz jako ważna część ich tożsamości i tradycji.

Autorka wspomnianej relacji, Elisabet Kraker-Kurpiun, wiele miejsca poświęciła tej tradycji, która obowiązywała od pierwszych dni istnienia herrnhuckiej osady. Od momentu wybudowania domu modlitwy, obiekt ten zawsze posiadał dwoje drzwi – rechts fur die Manner, links fur die Frauen. Podział obowiązywał również wewnątrz domu modlitwy, w myśl dokładnie tej samej zasady – rechts fur die Manner, links fur die Frauen.

Podział zachowany i ściśle przestrzegany w trakcie nabożeństwa, obowiązywał również na cmentarzu. Za okazałą bramą, na której widniał napis: Chrystus jest zmartwychstaniem i życiem, znajdował się obszar w żaden sposób niepodobny do innych śląskich cmentarzy – ani katolickich, ani ewangelickich, ani żydowskich. Płyty nagrobne ułożone bezpośrednio na ziemi, wszystkie niemal tego samego rozmiaru, a na nich tylko podstawowe informacje – imiona, nazwiska, data śmierci. Wszak wszyscy są wobec Boga równi. Poza płytami, pozorny chaos, brak wyraźnie wytyczonych ścieżek, brak kwiecistych klombów, bluszcz i trawa zamiast kolorowych kwiatów. I tylko jedna, jedyna porządkująca zasada – rechts fur die Manner, links fur die Frauen. Każda z płci miała również przy kościele swą osobną kostnicę.

Z perspektywy współczesnego czytelnika, jakże wyczulonego na tego typu zachowania, opis wyraźnego podziału wedle płci przywodzić może jak najgorsze skojarzenia. To zrozumiałe. Perspektywa braci i sióstr od wieków żyjących w ten sposób w Gnadenfeldzie była jednak inna, a segregacja (jakże negatywnie nacechowane przez historię słowo) odbierana była jako wyraz równości wobec Boga. Podział taki był wpisaną w życie osady tradycją i kształtowała historię. Kiedy w pierwszych latach istnienia osady wybudowano zakład wychowawczy dla chłopców, pełniący rolę szkoły i ochronki, to po kilku latach, a dokładnie w 1799 roku, zbudowano także drugi z budynków, będący zakładem wychowawczym dla dziewczyn, zwanym Domem Słońca. W historii szkolnictwa i edukacji na Górnym Śląsku obiekt ten uznawany jest za pierwszą w historii szkołę z internatem dla dziewczyn. Dla Herrnhutów był – po prostu – logiczną konsekwencją wynikającą z ich tradycji i stylu życia. Żadnej wzniosłości, żadnych pionierskich eksperymentów, po prostu tak musiało być i zakład dla dziewczynek musiał powstać.

Raj zagubiony i odkryty na nowo

Tajemniczy świat kolorowych wstążek pod czepcami i pracowitych braci i sióstr z biegiem czasu rozmywał się jednak powoli i zmieniał, tak jak zmieniał się cały Górny Śląsk. Społeczność braci morawskich, silnie zakorzeniona w swych tradycjach, coraz mocniej kontrastowała ze światem, który w swej miejscowości sama stworzyła. W latach 20. XX wieku do wsi od ponad pół wieku docierała kolej z Koźla, Głubczyc i Baborowa, kursował także regularny autobus z Koźla, ilość sklepów uległa potrojeniu, a sama tylko fabryka wałów korbowych zatrudniała ponad 175 osób. Gnadenfeld był niczym prężnie rozwijające się amerykańskie miasteczko, gdzie każdego dnia przysłowiowy pucybut z dobrym pomysłem może otworzyć swój biznes i stać się milionerem. Nic więc dziwnego, że wśród mieszkańców przybywało osób żyjących poza wspólnotą braci i sióstr. Podobne procesy przebiegały także w sąsiednich wsiach – Pawłowiczkach, Rzeczycy i Warmuntowicach, gdzie również rosła liczba mieszkańców.

Wspominający wieś swego dzieciństwa Richard Jauernik pisał o Gnadenfeldzie jako o raju na ziemi, gdzie tradycja i wiara łączyły się z wysokim poziomem życia i dużymi możliwościami. I faktycznie, wieś miała w sobie coś fascynującego, inspirującego. Zauważył to nawet Gerhard Hauptmann, śląski noblista w dziedzinie literatury, który zachwycony gościnnością Herrnhutów napisał wiersz „Tag im Gnadenfeld“ (Dzień w Gnadenfeldzie). W chwili, gdy pisał swe słowa, potomkowie przybyłych z Łużyc osadników stanowili już jednak w Gnadenfeldzie mniejszość. I pewnie proces ten trwałby nadal, a chętnych do osiedlenia się we wsi katolików i ewangelików przybywałoby, gdyby nie to, że działo się to w czasie, kiedy Europą, a następnie całym światem wstrząsnęły wydarzenia związane z dojściem do władzy Hitlera i rozpoczęciem II wojny światowej.

Zimą 1945 nad Olchę dotarły pierwsze oddziały armii czerwonej, przygotowujące się do zdobycia silnie ufortyfikowanego Koźla. Część mieszkańców jeszcze przed dotarciem frontu opuściła miejscowość, udając się do organizowanych naprędce obozów w głębi Śląska. Ci, którzy zostali, byli świadkiem największego kataklizmu w dziejach osady. Spaleniu lub zawaleniu uległo ponad 70% obiektów, w tym dom modlitwy wraz z kostnicami, budynek bracki wraz z remizą strażacką, obydwa zakłady wychowawcze i ochronka dla dzieci, szkoła (a w niej lokalna izba pamięci z wszystkimi eksponatami), hotel, gospoda, większość sklepów – słowem wszystko, co było symbolem i wyznacznikiem Gnadenfeldu. Mniejszym lub tylko częściowym zniszczeniom uległy sąsiednie obiekty, i jedynie 14 budynków zachowało się bez szwanku, nie licząc powybijanych okien, wyważonych drzwi czy podpalonych zabudowań gospodarczych. Autobus z Koźla przestał kursować, urzędy straciły swoją rolę, archiwa przepadły, a pozostali we wsi bracia czescy pozostali bez dachów nad głowami, bez swej świątyni i, co chyba najważniejsze, bez nadziei na jakiekolwiek ułożenie sobie życia w nowych warunkach. Rozpoczął się exodus.

Herrnhuci z Górnego Śląska udali się na zachód, w kierunku swego domu, a więc Łużyc. Duża część powróciła do Herrnhut, skąd ich przodkowie kilka pokoleń wstecz wyszli, by założyć osady na Śląsku. Ich miejsce zajęli przybysze z Kresów, tak zwani repatrianci. Ślady po Gnadenfeldzie zaczęły zanikać, a te, które usilnie trwały, jak herrnhucki cmentarz, zostały zlikwidowane. Dzieła dokonało zaś połączenie blisko ze sobą związanych, ale osobnych wsi, które obecnie tworzą jeden, wspólny organizm – Pawłowiczki. Koniec opowieści jakże podobny do innych protestanckich osad rozsianych po całym historycznym Górnym Śląsku.

Dzieje Gnadenfeldu mają jednak swój epilog, który przychodzi zakreślić z wielką radością. Bogata i niezwykła osada Herrnhutów doczekała się bowiem swych własnych misjonarzy, którzy wiedzeni poznawczą ciekawością lub wspomnieniami z czasu dzieciństwa postanowili krok po kroku odtwarzać dzieje, tradycje i zwyczaje braci i sióstr zamieszkałych w Gnadenfeldzie. Szczególne ukłony i podziękowania należą się Richardowi Jauernikowi i Karolowi Treffonowi, a także księdzu Alfredowi Passonowi, którzy uratowali nie tylko pamięć o historii wsi, ale też kilka jej skrawków, artefaktów, będących obecnie łącznikiem pomiędzy tym co było, a tym co pozostało. Odratowany przez ks. Passona relief głowy Chrystusa, wmurowany obecnie w kościele w Rzeczycy, jest wspaniałym tego dzieła symbolem.

Praca wspomnainych orędowników nie poszła na marne, a przekazana przez nich historia jest obecnie coraz częściej tematem wystaw, książek, a nawet staje się lokalną atrakcją, na równi z zachowanym ogrodem botanicznym. Pamięć o herrnhutach, a nawet swoista związana z nią moda, jest więc coraz wyraźniejsza, mimo, że równocześnie coraz bardziej odległa.

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Zdjęcia: Paweł Pomykalski ©

Ewangelicy w Ściborzycach i Rozumicach

Płaskowyż Głubczycki i Brama Morawska to nazwy znane poza Śląskiem. Dla studentów archeologii i historii, nawet tych studiujących na uczelniach w Gdańsku czy Szczecinie, są to nazwy dobrze znane, a nawet bliskie. No bo kto to widział, żeby prawie każda kultura i każdy lud postanowił osiedlać się i pozostawiać ślady właśnie tutaj, na tak niewielkim skrawku ziemi. Nic więc dziwnego, że wiele osób słysząc te nazwy ma jakieś skojarzenia, jakąś garstkę podstawowej wiedzy o celtach, plemionach słowiańskich czy neolitycznych osadach.

Paradoksalnie jednak historia tej pogranicznej krainy, nie licząc epok pradziejowych, jest praktycznie nieznana. Tak często pojawiające się na pierwszym roku studiów w ciągu dalszej edukacji pojawiają się już tylko sporadycznie lub wcale. Zajętych nauką do kolejnych egzaminów zapewne to nie dziwi, widocznie coś tam się zmieniło i nagle obszar ten przestał być interesujący. Czyżby począwszy od wieków średnich na tych terenach nie działo się nic ciekawego? Nic bardziej mylnego.

Wieczne pogranicze

Pagórki i dolinki płaskowyżu głubczyckiego to kraina sielska w każdym tego słowa znaczeniu. Malownicze wioski, różnokolorowe pola i niewielkie zagajniki tworzą malowniczy krajobraz, rozcinany tylko z rzadka wieżyczkami kościołów. Trudno już szukać blizn, jakimi jeszcze kilkanaście lat temu były zaorane i pozbawione koloru pasy ziemi pokrywające się z polsko-czeską granicą. Granicą tak abstrakcyjną, jak jej kształt.

Spoglądając na mapę tych terenów nie sposób nie zauważyć, że kształt linii granicznej dzielącej obszary u podnóża Bramy Morawskiej wygląda, jakby był kreślony ręką dziecka. Linia graniczna biegnie nieregularnie, co i rusz zawracając raz ku północy, raz ku południu. Jest ona pozostałością po ustaleniach sprzed stu laty, gdy na mocy artykułu 83 traktatu wersalskiego wydzielono południową część dawnego powiatu raciborskiego i włączono do w skład Czechosłowacji. Rozwiązanie, które w dalekich, podparyskich komnatach wyglądało na sprawiedliwe i mądre, dla wielu mieszkańców tych ziem przyniosło zamieszanie i konieczność podjęcia trudnych do zrozumienia wyborów.

Nowa granica po raz kolejny podzieliła wielokrotnie już dzielone skrawki Górnego Śląska. Trzeba bowiem przyznać, że korekty granic i zmiany władzy były dla tych obszarów dość częste. W wieku XIII trwający konflikt pomiędzy biskupem ołomunieckim Brunonem a księciem raciborskim Władysławem doprowadził do kilkukrotnych korekt i zmian stanu posiadania. W kolejnych dekadach i wiekach za dalsze korekty odpowiadały podziały w dynastii przemyślidów opawskich i utworzenie księstw karniowskiego i głubczyckiego. Kolejne zamiany ziem pomiędzy władcami skutkowały wydzielaniem się enklaw, często słabo powiązanych ze stolicą księstwa. Gdyby obszar księstwa opawskiego z końca XVII wieku przedstawić na graficznie, lecz na czystej kartce, wyglądałoby niczym wyspiarskie państwo na Pacyfiku, złożone z kilkunastu odległych wysepek. Jeśli do tego dodamy fakt, że część ziem położonych wokół miasta Kietrza stanowiło własność biskupów ołomunieckich, zaś miasto Baborów z okolicami przynależało do raciborskiego zakonu dominikanek, wszystko to stworzy obraz dość trudny do wyjaśnienia, nawet dla zawodowych historyków.

Gdy w 1740 roku na Górny Śląsk wkraczały pruskie wojska Fryderyka Wielkiego, kolejna korekta granic była nieunikniona. I oczywiście doszło do niej, choć po raz kolejny nowo wyrysowana linia podzieliła ten mozaikowy obszar w inny sposób, ponownie zmieniając ustalone (czasem całkiem niedawno) granice dóbr prywatnych czy parafii, a nawet dzieląc na pół niektóre położone nad rzeką Opawicą miejscowości.

Nic więc dziwnego, że ten wyjątkowo często dzielony skrawek Śląska stał się miejscem, gdzie pograniczny charakter ziem górnośląskich widać było chyba najpełniej i najpiękniej. Ludność zamieszkująca płaskowyż głubczycki stanowiła niezwykłą mieszankę, na którą składali się potomkowie niemieckich kolonistów, jak również Morawian i Ślązaków. Niemal każda większa wieś miała inny skład narodowościowy, a także posługiwała się innym dialektem, a niektóre z nich, jak badany przez Feliksa Steuera na początku XX wieku dialekt sułkowski czy narzecze baborowskie, stały się podstawą współczesnych śląskoznawczych badań językowych. W tej niezwykłej mieszaninie języków i obyczajów, odrębnych tradycji, dziejów i przyzwyczajeń, nic nie było proste. Dla pełnego zagmatwania brakowało tylko różnic religijnych. Oczywiście, do czasu.

Czas zmian i czas próby

Fala zainteresowania myślą teologiczną Lutra i jego następców bardzo szybko dotarła na pogranicze śląsko-morawskie i, podobnie jak na innych obszarach Śląska, także i tu trafiła na podatny grunt i wielu właścicieli ziemskich, którzy zdecydowali się na konwersję.

Duchową stolicą tutejszych ewangelików stał się Karniów, od 1526 roku będący pod panowaniem Jerzego Hohenzollerna, brata Albrechta Hohenzollerna czyli ostatniego mistrza krzyżackiego w Prusach, założyciela pierwszego luterańskiego państwa, Księstwa Pruskiego, jako lenna Polski. Książę karniowski osobiście udawał się osobiście po nauki do Marcina Lutra i w konsekwencji w 1530 r. podpisał konfesję augsburską. Większość kościołów na terenie księstwa przeszła w ręce luteran.

Sytuacja protestantów żyjących w sąsiednim księstwie opawskim była trudniejsza i wyjątkowa względem całego Górnego Śląska. Księstwo opawskie od 1528 roku stanowiło obszar bezpośrednio podporządkowany królom czeskim z dynastii Habsburgów, którzy – delikatnie mówiąc – nie należeli do zwolenników protestantyzmu i wraz z biskupami ołomunieckimi przewodzili kontreformacji. Naciski i prześladowania utrzymały się również, gdy w 1613 roku księciem opawskim został Karol Liechtenstein, zaufany stronnik Macieja Habsburga. Liechtenstein, choć wychowywał się w rodzinie protestanckiej, będąc na służbie u Habsburgów powrócił na łono kościoła rzymskokatolickiego. I choć nie można go uznać za gorliwego kontrreformatora, to jednak okres jego władzy zbiegł się ze zwycięstwem wojsk Ligi Katolickiej w bitwie pod Białą Górą i rozpoczęciem działań zbrojnych wymierzonych w innowierców i sympatyzujące z nimi miasta.

W 1622 roku Karol otrzymał we władanie również księstwo karniowskie (Hohenzollernów objęto banicją). Wojska cesarskie kilkukrotnie w tym czasie wkraczały na tereny księstwa, by prowadzić akcje przeciwko miastom i szlachcie wspierającym protestantów. Działania te doprowadziły w szybkim czasie do zmniejszenia się liczby ewangelików, zwłaszcza w majątkach kościelnych.

W obronie uciskanych protestantów na Śląsk przybyli Duńczycy, których jednak szybko wyparto. Podobnie w latach 1648-1650 pogranicze śląsko-morawskie zostało zajęte przez Szwedów, którzy również zmuszeni zostali do wycofania Wydarzenia te stały się początkiem ostrzejszego kursu Karola Liechtensteina wobec protestantów, których od tego czasu zaczął zwalczać, używając do tego zarówno gróźb militarnych, jak i ekonomicznych (m.in. zabraniając mieszczanom praktykowania rzemiosła i sprzedaży swych wyrobów lub przymusowo kwaterując książęcych żołnierzy w domach mieszczańskich). Najbardziej oporni okazali się ewangelicy z Głubczyc, którzy zdecydowali się opuścić miasto dopiero w 1673 roku, gdy ewangelikom zabroniono zawierania ślubów i grzebania w poświęconej ziemi.

Kontrreformacja na ziemi opawskiej, którą bez przesady określać można mianem radykalnej, przynosiła zamierzony efekt. Pod koniec XVII wieku ewangelicy stanowili już bardzo nieliczną mniejszość w bogatej mozaice społeczno-kulturalnej tego regionu, a ich znaczenie zostało zmarginalizowane. Niewielkie społeczności ewangelików pozostały już tylko w kilku wsiach, w dodatku położonych z dala od głównych miast. Oddalone od siebie, ale połączone wspólną sprawą, wytworzyły niezwykły archipelag protestanckich wysepek na pograniczu śląsko-morawskim.

Wyspiarze

Utrzymanie się na Opawszczyźnie enklaw ewangelickich w II połowie XVII wieku było przejawem odwagi i hartu ducha, zarówno właścicieli dóbr, jak i ich mieszkańców. Ich działalność nosiła przecież znamiona buntu przeciw władzy Habsburgów.

Przy swej nowej wierze pozostawali mieszkańcy Pomorzowic. Było wśród nich wielu Niemców zbiegłych w 1584 roku z należącej do biskupów ołomunieckich Osobłogi (dziś Osoblaha, miasteczko w Czechach). Szybko zżyli się oni z miejscowymi, uzyskali również wsparcie od właściciela Pomorzowic Hartwicha vn Stittena i jego następców. Gdy w 1621 roku biskup ołomuniecki Franz von Dietrichstein nakazał zamknąć ufundowany sto lat wcześniej luterański kościół, mieszkańcy Pomorzowic wdarli się do niego siłą i nadal używali aż do 1668 roku. Jeszcze w XVIII wieku do Pomorzowic wysyłano jezuickich misjonarzy, lecz bez większych skutków. Pozbawieni swego kościoła mieszkańcy pozostali przy swej wierze i na nabożeństwa udawali się do oddalonych o ponad 40 kilometrów Ściborzyc Wielkich, a sama wieś nabrała mocno niemieckiego charakteru. Podobna sytuacja miała miejsce we wsi Mokre, gdzie osiedliło się kilka rodzin protestanckich z Głubczyc.

Wspomniany Hartwich von Stitten posiadał również dobra we wschodniej części księstwa, na południe od biskupiej enklawy kietrzańskiej. I tak jak w Pomorzowicach, również i tam wspierał luteran i przyczynił się do przyjęcia przez swych poddanych nowej religii. W Rozumicach, będących jedną z większych wsi wschodniego klucza dóbr Stittenów, kościół ewangelicki został wybudowany w 1580 roku i służył mieszkańcom Rozumic, a także sąsiednich Ściborzyc Wielkich i Sudic.

W przeciwieństwie do Pomorzowic, Ściborzyce Wielkie i Rozumice zamieszkane były w większości przez ludność słowiańską, mieszały się tu wpływy polskie i morawskie. Mimo to myśl protestancka trafiła tu na równie podatny grunt i dała równie odważnych i nieustępliwych wyznawców.

Wkroczenie wojsk cesarskich zmusiło około 1619 roku Hartwicha von Stittena do ucieczki, a jego dobra rozumicko-ściborzyckie przeszły w ręce Kickepuscha, a następnie jego zięcia, Lewina von Bayern. A ponieważ byli oni także protestantami, nadal wspierali swych poddanych pomimo podejmowanych coraz to nowszych ograniczeń i szykan.

Pod koniec 1628 roku rozumicki kościół został decyzją komisji katolickiej zamknięty, a pastora zmuszono do opuszczenia wsi (schronił się w Pomorzowicach, skąd wygnano go w roku następnym). Kościół otwarto ponownie dopiero dwadzieścia lat później, w czasie pobytu w okolicy wojsk szwedzkich.

W 1658 roku komisja biskupia ponownie nakazała przekazanie kościoła katolikom, a wobec odpowiedzi odmownych dziedzica postanowiono w marcu 1659 roku o zaocznym przejęciu kościoła. Wyznaczony do tego celu ksiądz z Pilszcza przejął krótkotrwale kościół, lecz mieszkańcy do niego nie uczęszczali, korzystając ze wsparcia pastora z Pomorzowic. Inna sprawa, że zarówno Lewin von Bayern, jak i wdowa po nim, odmówili uiszczania pieniędzy na utrzymanie księdza.

Władze biskupie jeszcze kilkakrotnie próbowały zmusić mieszkańców Rozumic do konwersji, każdorazowo spotykali się jednak z wyjątkowym uporem i oporem. W 1671 roku do wsi przybył jezuita, a wraz z nim ślusarz, który miał otworzyć kościół – obaj zostali jednak przegnani przez uzbrojonych w widły i grabie mieszkańców. Gdy dla uspokojenia sytuacji przełożony jezuitów z Opawy ruszył konno do Rozumic, w okolicy Pilszcza zaskoczyła go burza, a piorun pozbawił życia. Dla upamiętnienia tego zdarzenia, być może także na znak, że siłowa kontrreformacja nie podoba się nawet Najwyższemu, w tym miejscu postawiono słup, który stał jeszcze przed 1945 rokiem.

Pomimo tak widocznych znaków z nieba, ponowiono próby siłowej konwersji mieszkańców Rozumic, stosując takie metody jak rewizje w domach i niszczenie luterańskich modlitewników czy śpiewników. Każda kolejna próba przyniosła jednak skutek odwrotny, a Rozumiczanie twardo obstawali przy swej wierze – trwająca przez niemal 30 lat misja jezuicka w Rozumicach doprowadziła do nawrócenia zaledwie 2 osób. Z czasem też rozumiczanie nawiązali bardzo silne związki z będącymi w podobnej sytuacji rodzinami protestanckimi z sąsiednich, jak również nawet nieco bardziej oddalonych miejscowości, jak Sucha Psina, Wojnowice czy Piszt.

Na początku lat 20. XVIII wieku w okolice Rozumic przybyli wyjątkowi, a jednocześnie nieco tajemniczy goście. Byli nimi Herrnhuci, czyli członkowie wspólnoty braci morawskich zamieszkujący łużycką miejscowość Herrnhut. Przywódca braci morawskich, Nikolaus Ludwig von Zinzendorf, postulował tworzenie misji hernhuckich, które połączone z osadnictwem miało doprowadzić do szerzenia myśli teologicznej, a przy okazji pozwalałoby na znalezienie nowego, dogodnego miejsca do życia dla uczniów Zinzendorfa. Wybór padł na ewangelickie Ściborzyce Wielkie, a głoszone przez przybyszy hasła spotkały się z zainteresowaniem, ze strony miejscowych.

Rozumice i Ściborzyce Wielkie, choć pozbawione kościoła, stały swoistą stolicą dla rozrzuconych po Płaskowyżu Głubczyckim protestanckich miejscowości, folwarków, a nawet pojedynczych gospodarstw. Czasami też wykradali klucze do kościoła, by przy pomocy zaprzyjaźnionych księży odprawić nielegalne nabożeństwa.

Sprawiedliwości niech stanie się za dość

Hohenzollernowie opuścili ziemie księstwa opawsko-karniowskiego w 1620 roku, w pewien sposób osierocając swych dawnych poddanych, skazanych na szykany i ciągłą presję kontrreformatorów. Nic więc dziwnego, że gdy w 1740 roku dowodzone przez Fryderyka II Hohenzollerna wojska pruskie wkroczyły na Dolny Śląsk i bez większych problemów zaczęły zbliżać się również do linii Odry, wśród nie tylko rozumickich ewangelików zapanowało wyjątkowe poruszenie. Nadciągała nadzieja, że po raz kolejny za sprawą domu Hohenzollernów, ludność będzie mogła swobodnie i bez zakłóceń cieszyć się wolnością religijną. Kolejne pruskie sukcesy i zajęcie w styczniu 1741 roku Karniowa i Głubczyc zwiastowało nowy, szczęśliwy rozdział w dziejach luterańskich „wyspiarzy” z obszaru Opawszczyzny.

Pierwsza z wojen śląskich, zakończona błyskotliwym sukcesem Prus, doprowadziła do zasygnalizowanych już we wstępie podziałów południowych fragmentów Górnego Śląska, które nie zawsze były zgodne z wielowiekową historią. Nowa granica, biegnąca w dużej mierze środkiem koryta Opawicy, doprowadziła do wydzielenia powiatu głubczyckiego, który dotąd stanowił ważną część księstwa opawskiego. Podział uzgodniony pokojem wrocławskim w 1742 roku sprawił, że niewiele zabrakło, a najbardziej zainteresowani przejściem pod władzę Hohenzollernów mieszkańcy Rozumic i Ściborzyc Wielkich pozostaliby pod władzą Habsburgów. Wytyczona wówczas granica, oparta o linię pagórków i jarów, przebiegła zaledwie niecałą milę na południe od obszaru obu ewangelickich wsi. Tym razem linie kreślone przez kartografów okazały się nader łaskawe.

Gdy tylko kurz bitewny opadł, a delegacje Austrii i Prus honorowo spotkały się w Głubczycach, by przekazać sobie wzajemnie postanowienia pokojowe, w Rozumicach rozpoczęto o starania o odzyskanie kościoła i ponowne utworzenie zboru. Ponieważ biskupi ołomunieccy zdecydowanie się temu sprzeciwili (zmiana granic państwowych nie oznaczała zmian granic diecezjalnych), mieszkańcy postanowili powołać zbór nawet bez kościoła. W 1743 roku gmina ewangelicka Rozumice-Ściborzyce, licząca 590 parafian, oficjalnym pismem zwróciła się do Fryderyka Wielkiego z prośbą o pomoc o zwrot kościoła i dawnej szkoły ewangelickiej. Odpowiedź nadeszła nadspodziewanie szybko, w ciągu zaledwie kilku tygodni. I w dodatku była pozytywna. Król zezwolił zborowi na rozpoczęcie budowy kościoła, jak również zezwolił na przyjazd i zamieszkanie we wsi kaznodziei pochodzącego z Cieszyna, a więc zza niedawno ustalonej granicy.

Działania podejmowane przez rozumickich luteran zbiegły się z przyjazdem kolejnych grup braci morawskich, poprzedzonych wizytą w tej okolicy samego von Zinzendorfa. Co ciekawe również oni uzyskali pozwolenie na budowę domu modlitwy i założenie osady na gruntach rozumickich. Sytuacja ta doprowadziła do sporu pomiędzy nimi a miejscowymi luteranami. Wykorzystując zamieszanie związane z wybuchem II wojny śląskiej, przybysze z Saksonii rozpoczęli nawet budowę domu modlitwy – a zatem trzeciego (obok kościoła przekazanego katolikom i planowanego nowego kościoła ewangelickiego) obiektu sakralnego w tej niewielkiej bądź co bądź wsi. Nadgorliwość ta doprowadziła zapewne do zmiany królewskiej decyzji, przez co ostatecznie część hernhuterów opuścili wieś i udała się do położonego w ziemi kozielskiej Gnadenfeldu, kilka rodzin zaś pozostało, będąc od tego czasu członkami miejscowej społeczności luteran.

Sama budowa nowego, ewangelickiego kościoła w Rozumicach przebiegała bardzo powoli, nawet pomimo dużego wsparcia ewangelików całego obszaru powiatu głubczyckiego. Widząc brak możliwości znalezienia odpowiednich środków na budowę, luteranie zwrócili się z prośbą o współużytkowanie starego kościoła. Długoletni okres zamykania i brak funduszy sprawiły, że i on był w dramatycznym stanie, ale przynajmniej był, stał, a nie istniał tylko na papierze. Pomimo zgody władz administracyjnych, proboszcz z Trzebomia nie tylko nie zgodził się na zamienność nabożeństw, Rozpoczął nawet prace remontowe, by w ten sposób odeprzeć argumenty ewangelików. Doszło do kolejnego długotrwałego sporu prawnego. Swój kościół odzyskali dopiero w 1801 roku. Sądowe zwycięstwo mieszkańcy świętowali zgoła nie po protestancku, urządzając wielką biesiadę w karczmie, której rozmach został w miejscowym raptularzy określony jako przynoszący biesiadnikom wieczną hańbę (eine ewige Schunde).

Niezwykła wspólnota

Ponad pół wieku musiało minąć, by zbór Rozumice-Ściborzyce mógł w końcu uzyskać miejsce do odprawiania nabożeństw. Wiele jednak czasu i pracy wymagało stworzenie w Rozumicach dobrze działającej parafii. W przypadku nowo powstałych osad ewangelickich wszystko bywało prostsze – wytyczano obszar wsi, budowano kościół, plebanię, szkoły i domu. Tutaj kościół już stał, lecz wymagał remontu. Szkoła również istniała, lecz należała do katolików. A i sam obszar parafii obejmował przecież dwie oddalone od siebie wsie.

Niezwykłość rozumicko-ściborzyckiego zboru wynikała również (a może przede wszystkim) z niezwykłej różnorodności językowej. Obszar ten, na południowy-wschód od Kietrza, był wspaniałym przykładem tego, jak mozaikowy był charakter tych ziem.

Rozumice i Ściborzyce były wsiami, w których językiem domowym był polski (a właściwie śląski) i czeski (a właściwie morawski). Już ten fakt zasługuje na szczególne podkreślenie, bowiem nawet w granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów ewangelicy w większości znali język niemiecki. Tutaj nie dość, że popularne były języki słowiańskie, to jeszcze trudno zrozumiałe dla innych – długoletnia izolacja sprawiła bowiem, że mieszkańcy obu wsi wypracowali swoistą gwarę tudzież dialekt, nazywany ściborskim. Dla wizytatorów czy urzędników była to mowa całkowicie nieznana. Pewnym świadectwem tej niezwykłości były stosowane jeszcze w latach 30 XX wieku nazwy miejscowe części wsi czy oddalonych gospodarstw, takie jak „Świetłowiec”, „Uliczka”, „Łopaty” czy nieco już mniej zrozumiałe nazwy „Kathrein”, „Sahumen”, „Tschempak”, „Podrozumsci” czy „Wiwus”.

Aby sytuację jeszcze nieco bardziej skomplikować dodajmy, że na nabożeństwa uczęszczali do Rozumic także pozbawieni własnych kościołów ewangelicy z Pomorzowic, którzy znów posługiwali się bardzo archaiczną odmianą staroniemczyzny z naleciałościami frankońskimi i czeskimi. W tej sytuacji nikogo nie powinno dziwić, że jedną z podczas pierwszych wyborów rady parafialnej, zanim przystąpiono do głosowania wybrano wpierw tłumacza. Ten niezwykły mieszany charakter parafii charakteryzował ją przez bardzo długi czas, a gdy w kolejnych latach na nabożeństwa zaczęli uczęszczać wierni z nieco bardziej odległych wsi, często wzbogacali lokalną, i tak już skomplikowaną, ściborską gwarę. Z tego powodu nabożeństwa odbywały się naprzemiennie, po niemiecku lub po morawsku.

Pomimo tych językowych różnic parafianie byli bardzo zgodni co do spraw najważniejszych, a więc finansów. Te zaś zaczynały dopisywać dzięki włączeniu do parafii poszczególnych zagród należących do ewangelików mieszkających na całym niemal obszarze powiatu głubczyckiego. W 1804 roku ludność parafii liczyła już około 1500 osób, z czego dużą część stanowili gospodarze rolni, czyli bauerzy. Umożliwiało to nie tylko planowanie inwestycji, ale też ich realne rozpoczęcie.

Ze względu na opłakany stan kościoła w 1804 roku ponownie postanowiono o rozpoczęciu budowy nowego kościoła na gruntach w Rozumicach, gdzie wciąż mieszkało najwięcej ewangelików (na początku XIX wieku we wsi nie było ani jednej rodziny katolickiej). Jego poświęcenia dokonano już w 1807 roku, zaś jego budowa może posłużyć za ciekawy przykład ekumenicznej współpracy – wśród mistrzów budowlanych i rzemieślników byli zarówno katolicy, jak i ewangelicy, zaś przy kryciu dachu współpracował pochodzący z Gnadenfeldu mistrz Hoffmann, członek tamtejszej wspólnoty brackiej.

W połowie XIX wieku liczba ewangelików zaczęła gwałtownie rosnąć. Budowa linii kolejowych z węzłami w Raciborzu, Głubczycach, Baborowie i Opawie wpłynęła na duże zainteresowanie tym regionem wśród przemysłowców. Do pracy w cegielniach, browarach, cukrowniach oraz do pracy na kolei coraz częściej przyjeżdżali specjaliści zarówno z przemysłowych obszarów Górnego i Dolnego Śląska (okolice Królewskiej Huty, Tarnowskich Gór, Wałbrzycha i Brzegu), ale też z centralnych Niemiec, z których duża część stanowili luteranie. Dla przykładu w 1845 roku w Głubczycach żyło już 392 luteran, w Kietrzu 35, a w Branicach było ich aż 146. Ilość ewangelików rosła również w poszczególnych wsiach, w których żyli oni jeszcze od czasów reformacji. W Dzierżysławiu ten sam spis z 1845 roku wykazał bowiem 284, zaś w Mokrem prawie 500 luteran. Dzięki temu parafia rozumicka była jedną z większych i lepiej rozwijających się protestanckich parafii wiejskich na Górnym Śląsku. Dochodziło nawet do tego, że księża z Rozumic wyruszali również do wiernych poza granicami państwowymi, na przykład do Opawy.

Ciągłe powiększanie się liczby ludności sprawiało, że kwestią czasu było powstanie kolejnych kościołów ewangelickich w pruskiej części Opawszczyzny i ich uniezależnienie się od zboru w Rozumicach. Doszło do tego jednak dopiero w latach 70 XIX wieku.

Pierwsza nowa świątynia zaczęła powstawać po sąsiedzku, w Ściborzycach.Nie było to więc związane z odległościami, ale ilością ewangelików w Ściborzycach Wielkich, która powoli zbliżała się już do tysiąca. Poświęcenie kościoła miało miejsce w 1873 roku. Wkrótce potem wybudowano kościoły również w Kietrzu (poświęcenie 1875), Branicach i Hulczynie. Nadal jednak wyczuwalna była pewna więź łącząca ewangelików z wszystkich osad wchodzących dawniej w skład parafii rozumickiej. Symbolem tej więzi był charakterystyczny, bardzo regionalny zwyczaj zakładania czarnych szat przez konfirmantki, spotykany tylko w miejscowościach należących w XIX wieku do parafii w Rozumicach.

W 1905 roku do rozległej parafii rozumickiej, obejmującej nadal zdecydowaną część głubczyckiego, należało ponad 3 tysiące osób, co stanowiło około 4 procent łącznej ludności powiatu. Wszystko wskazywało, że kolejne lata upłyną na powolnym procesie wyodrębniania się dalszych kościołów. Wybuch I wojny światowej przyniósł jednak całkiem inne priorytety. Wojna, która miała przynieść szybkie i łatwe zwycięstwo na froncie wschodnim, zamieniła się w krwawy, ogólnoświatowy konflikt, który niespodziewanie zmienił losy pogranicznych parafii w Rozumicach i Ściborzycach.

W cieniu wielkiej polityki

Wspomniany już powersalski podział i utworzenie Czechosłowacji, której północna bezyślnie przecięła istniejące tu społeczności, a czasem wręcz rozdzieliła rodziny, doprowadziła do sporych zmian w życiu miejscowych ewangelików. Wielu mieszkańców posiadających swe pola w okolicach Sudic, Trzebomia i Rohowa nagle zmuszonych zostało do codziennego przekraczania granicy, co – wedle zachowanych wspomnień – nie było ani proste, ani przyjemne. Wiele istniejących od pokoleń dróg, ścieżek i miedz w ciągu kilku godzin straciło swoją rolę, a kamienne słupki graniczne stały się nowym, ale bardzo charakterystycznym elementem miejscowego krajobrazu.

Podział ten, a właściwie jego szczegółowe decyzje, są momentami trudne do zrozumienia. Wystarczy tylko przypomnieć, że w dużej mierze morawsko języczne Rozumice i Ściborzyce pozostawiono w granicach Republiki Weimarskiej, podczas gdy zamieszkiwane w większości przez ludność niemieckojęzyczną Sudice przyłączono do Czechosłowacji. Swoistym symbolem nowej granicy stał się cypel łączący Trzebom i Sudice o szerokości zaledwie 1,5 kilometra, który skutecznie przeciął większość istniejących dróg.

Granica państwowa, przebiegająca opłotkami Ściborzyc i Rozumic, wpłynęła niekorzystnie na znaczenie obu miejscowości i tamtejszych parafii. Położone na absolutnych rubieżach państwa niemieckiego wsie straciły nie tylko parafian, ale przede wszystkim przestały być postrzegane jako ważne, ewangelickie ośrodki. A przewrotny wiatr historii sprawił, że mimo wszystko nie miała być to ostatnia, ani też najbardziej radykalna zmiana w dziejach lokalnej społeczności. Ta najbardziej doniosła przybyła zimą 1945 roku, wraz z piskiem katjuszy i ogłuszających „urrra”.

I tutaj rozpoczyna się bodaj najbardziej niezwykły czas w dziejach społeczności tutejszych luteran. Ziemie Płaskowyżu Głubczyckiego stały się niemymi świadkami niezwykle zażartych walk, a stawiany przez Wehrmacht opór był wielokrotnie silniejszy niż na innych górnośląskich odcinkach frontu. Po długich i wyczerpujących walkach sowieci ostatecznie wyparli ostatnich obrońców, a swe zwycięstwo „świętowali” grabiąc, paląc, a czasami po prostu idiotycznie niszcząc wszystko, co nie zostało zniszczone do tej pory. Całkowitemu zniszczeniu w wyniku pożaru uległ kościół w Rozumicach, pewnym uszkodzeniom uległ również kościół w Ściborzycach, jak również część domów w obu miejscowościach.

Co jednak niezwykłe, w przeciwieństwie do większości górnośląskich wsi, Ściborzyce w chwili wkroczenia wojsc radzieckich nie były wyludnione i tylko niewielka część mieszkańców opuściła swe domostwa. Trudno dziś wyrokować dlaczego, wszak było to niezgodne nie tylko z zarządzeniami władz i nakazami ewakuacji, ale przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem. Ten rozdział historii nijak nie pasuje do chyba wszystkich innych wysp językowych i religijnych, jakie istniały na Górnym Śląsku.

Wkroczenie sowietów miało być jednak tylko wojennym preludium do tego, co w dziejach Ściborzyc i Rozumic najczęstsze – zmiany granicy. Wiadomym było, że Niemcy będą zmuszeni wycofać się z Górnego Śląska, a większość ziem zdobytych niegdyś przez Fryderyka Wielkiego zostanie obecnie przekazanych Czechosłowacji i Polsce. Otwartym pozostawało, komu przypadną które wsie.

Oczekujący na decyzje polityczne ewangelicy, od tej pory posiadający ponownie tylko jeden kościół (zniszczenia w Rozumicach okazały się tak poważne, że odbudowa była niemożliwa), starali się jakoś odbudować przerwane frontową zawieruchą życia. I wówczas dowiedzieli się, że od tej pory przyjdzie im być Polakami. I choć decyzja ta niemal doprowadziła do wybuchu kolejnej wojny i zarówno czeskie, jak i polskie wojska szykowały się do zajęcia spornych rejonów, to jednak rozkazy z Moskwy były jasne – nowa granica pomiędzy Polską a Czechosłowacją ma się pokrywać z ustaloną z tą ustaloną I wojnie, z zachowaniem niemal wszystkich jej niedorzecznych biegów, do których na szczęście większość mieszkańców już się przyzwyczaiła. Teraz ważniejszym zadaniem było nauczyć się nowego języka i współistnienia z nowymi, przybyłymi z bardzo daleka sąsiadami, z których większość nie tylko pierwszy raz widziała luteran, ale w dodatko odnosiła się do nich wrogo.

W 1946 roku nowe władze administracyjne rozpoczęły pierwszą falę deportacji ludności niemieckiej lub uważanej za sympatyzującą z Niemcami, przy czym do tej drugiej grupy często „z automatu” zaliczano Ewangelików. W przypadku posługujących się językiem morawskim mieszkańców pogranicza trudno było jednak klasyfikować i wielu z nich uznano za śląskich autochtonów, którzy – zdaniem władz – rokowali jako przyszli, lojalni obywatele.

Ze względu na brak źródeł trudno obecnie oszacować, jak wielka liczba mieszkańców opuściła wówczas swoje rodzinne okolice. Szacuje się, że w Rozumicach domy opuściła połowa pozostałych tam po wojnie mieszkańców, szacunki jednak nie są w żaden sposób potwierdzone. W Ściborzycach natomiast liczba ta była zdecydowanie mniejsza, ale niedokładność źródeł nie pozwala nawet stwierdzić, o ile mniejsza.

Niezwykle ciekawym źródłem opowiadającym o tych czasach jest pochodzące z 1947 roku wydanie Rocznika Administracji Apostolskiej Śląska Opolskiego, na łamach którego podawano informacje na temat obowiązującego podziału kościelnego, funkcjonujących na tym obszarze parafii i ich administratorów. Rozumice i Ściborzyce (zapisane jako Ściborowice) włączono w skład parafii z siedzibą w Dzierżysławiu. Warto jednak zauważyć, że choć w odniesieniu do wszystkich innych miejscowości stosowano dokładny zapis ilości katolików i protestantów, tak w Rozumicach podano tylko liczbę katolików (140), zaś w odniesieniu do Ściborzyc nie podano żadnych danych, co świadczy najprawdopodobniej o tym, że nadal wówczas wieś zamieszkiwana była tylko i wyłącznie przez luteran.

Kolejne lata to okres, kiedy część mieszkańców, którzy nie zostali deportowani, również jednak zdecydowała się na opuszczenie swych domów i emigrację. W przypadku Rozumic decyzję taką podjęła niemal całość pozostałej we wsi społeczności ewangelików, którzy pozbawieni opieki duszpasterskiej i żyjący z przygnębiającym widokiem na ruiny zniszczonego kościoła zdecydowali się poszukać swego szczęścia na emigracji, gdzie wciąż stanowią dość zwartą społeczność. Fala emigracji nie ominęła także Ściborzyc, po raz kolejny jednak liczba tych, którzy wieś opuścili, była zdecydowanie niższa, niż w Rozumicach.

Ściborzycka społeczność ewangelików szybko przystosowała się do nowych realiów, większość mieszkańców łatwo nauczyła się języka polskiego. I choć sama parafia została zlikwidowana, to zarówno miejscowy kościół, jak i parafianie nie zostali bez opieki – nabożeństwa odprawiał pastor z Rybnika, którego parafianie na własny koszt przywozili furmanką do Ściborzyc. Opieka ta kontynuowana jest zresztą po dziś dzień, a liczący już zaledwie kilkanaście osób zbór pozostał obecnie jedynym na obszarze całego powiatu głubczyckiego. Ostatnią ewangelicką wysepką.

Damian Halmer

© Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej

Zdjęcia: Paweł Pomykalski ©