|
Michał
Smolorz
Dziennik Zachodni, 12 września 2003
roku.
Hamulcowi
Uczestniczyliśmy z Krzysztofem Karwatem w ciekawym seminarium
zorganizowanym przez Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej w Ustroniu.
Spotkanie zgromadziło entuzjastów, znawców i popularyzatorów
kultury Górnego Śląska, a poświęcone było znalezieniu klucza
do skutecznego "sprzedania" wielkiego dziedzictwa, jakie
zostawili nam przodkowie.
Jedna trzecia dzisiejszego terytorium Polski to ziemie, które
znajdowały się przez stulecia w sferze wpływów kultury niemieckiej.
Na części tych obszarów, na Pomorzu Gdańskim, w Wielkopolsce
czy na Górnym Śląsku, wciąż żyje liczna grupa autonomicznych
mieszkańców, którzy przetrwali wszystkie burze dziejowe. Na
pozostałych, w dawnych Prusach Wschodnich, na Pomorzu Zachodnim
czy Dolnym Śląsku, autochtonów praktycznie nie ma, mieszkają
tam bądź ludzie przesiedleni z Kresów Wschodnich, bądź wieloetniczna
mozaika, jaka zebrała się w ciągu ostatniego półwiecza.
I teraz dokonujemy zaskakującego odkrycia. Wszędzie tam, gdzie
na byłych ziemiach niemieckich mieszka wyłącznie ludność napływowa,
praktycznie udało się pokonać narodowe uprzedzenia. Miejscowe
elity z szacunkiem dla przeszłości odtwarzają stare cmentarze,
fundują na nich obeliski, upamiętniające "szesnaście pokoleń
niemieckich mieszkańców tych ziem", w kościołach powstają
kaplice poświęcone dawnym dziecicom. Mieszkańcy Szczecina
za najwybitniejsze postaci XX wieku uznali dwóch niemieckich
burmistrzów miasta, Uniwersytet Wrocławski z całą powagą uznał
swoje 300- letnie dziedzictwo. Tych przykładów jest wiele,
to stało się wręcz modą ostatnich lat.
Niestety, znacznie trudniej ten proces przebiega tam, gdzie
ciągle jeszcze mieszkają autochtoni. Lokalne kompleksy, obawy,
aby ktoś nas broń Boże nie posądził o jakieś szkodliwe sympatie
- wszystko to powoduje, że szacunek dla przeszłości przychodzi
nam znacznie trudniej. Ale i tutaj widać zmiany. Najwcześniej
zrzucili ten garb rodowici mieszkańcy ziemi gdańskiej. Pomni
wielowiekowej tradycji Hanzy, wyzbyli się propagandowego bełkotu
i odważnie sięgnęli po niemieckie dziedzictwo. Ich noblista
Günter Grass został błyskawicznie uznany za swojaka, a nawet
postawiono mu pomnik za życia. Szybko otrząsnęli się też z
kompleksów mieszkańcy Wielkopolski, naród praktyczny i potrafiący
obrócić w złoto każdy element własnej tożsamości.
Wychodzi teraz na to, że ostatnim kawałkiem Polski, na którym
wciąż pielęgnuje się antyniemieckie fobie, jest Górny Śląsk.
Już tylko my udajemy, że historia zaczęła się w 1922 roku.
Wyłącznie w Katowicach lub Opolu z ust inteligenta można jeszcze
usłyszeć zużyte slogany o "odwiecznych wrogach i germanizatorach".
Jesteśmy ostatnim regionem, gdzie próba upamiętnienia jakiegoś
naprawdę zasłużonego i wybitnego Niemca wywołuje wielką awanturę
i rejtanowskie gesty. W żadnym innym województwie młodzież
szkolna nie jest odcinana od twórczości wybitnych pisarzy,
poetów i filozofów rodem z własnej ziemi.
I naprawdę nie chodzi o wymazanie z pamięci złych doświadczeń.
Nieżyjący już pisarz Andrzej Szczypiorski wielokroć stwierdzał,
że największe antyniemieckie kompleksy wychodzą z ludzi, którzy
od Niemców nie doznali żadnej krzywdy. On sam, mając za sobą
obóz, wykonał wielką, nieocenioną pracę na rzecz polsko-niemieckiego
pojednania i wzajemnego poznania. Za to główni adwersarze
w czasie wojny zajmowali się kolaboracją lub szmuglem, a nie
brakowało i zwykłych szmalcowników. Własne upodlenie odreagowali
zdwojonym protestem. Coś w tym jest. Moi śp. Rodzice i Dziadkowie
nieraz wspominali, że w Katowicach po 1945 roku z największą
furią reagowali na każdy przejaw niemieckości ci, którzy we
wrześniu 1939 roku pierwsi wywiesili z okien wielkie czerwone
flagi z Hakenkreuzem. I nie mam powodów, by im nie wierzyć.
|