|
Tłumaczenie z języka niemieckiego
Die Zeit, 28 sierpnia 2003, wydanie nr. 36
ROZMOWA
"Co my sobie zrobiliśmy?"
Wywiad DIE ZEIT z ministrem spraw zagranicznych Joschką
Fischerem na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom i niemieckiego
obrazu historii
Pytania zadawali Gunter Hofmann
i Bernd Ulrich
Zeit: Panie
ministrze, w Berlinie ma powstać Centrum przeciwko Wypędzeniom.
Pan sam jest dzieckiem Niemców - uciekinierów z Węgier. Jak
się Pan odnosi do tego pomysłu?
Joschka Fischer: Obecną
debatę na temat Niemców jako ofiar, która rozpoczyna się w
większości przypadków w chwili wycofywania się Niemców i wkraczania
Armii Czerwonej, uważam za wielce niepełną. I mówię to także
w kontekście losów mojej własnej rodziny. Gdy mówimy o wypędzeniach,
nie możemy pomijać tego, co było wcześniej. W przeciwnym wypadku
debata nabiera całkowicie niewłaściwego charakteru, a jej
założenie brzmi: Niemcy też byli ofiarami. W ten sposób relatywizuje
się niemiecką krzywdę i dochodzi do zgubnej konfrontacji z
wypaczonym postrzeganiem historii, który nie odpowiada ani
rzeczywistości, ani naszym europejskim interesom. Debata ta
ciągle jeszcze jest otwarta, a jej temat brzmi: Co my sami
sobie zrobiliśmy? Co przez to straciliśmy?
Zeit: Czy
Niemcy w ciągu tych ponad 50 powojennych lat nie debatowali
jeszcze na ten temat?
Fischer: Najwyraźniej
nie debatowaliśmy tak naprawdę o tym, co straciliśmy przez
nasze samounicestwienie. Bardzo dobrze rozumiem ból wynikający
z utraty stron rodzinnych. Lecz ból ten musi być związany
z tym, co sami sobie zrobiliśmy, a nie tym co zrobili nam
inni.
Zeit: Lecz
także to jest ból ofiar.
Fischer: Ból
związany ze stratą, zniszczeniem niemiecko-żydowskiej symbiozy,
ból związany z nieodwracalnymi stratami w sferze kultury,
ból, który odczuwa się, gdy jest się np. w Galicji czy Salonikach,
ból związany z zatraceniem starej żydowskiej kultury, która
została tam na trwałe zniszczona przez narodowych socjalistów
- to także jest samounicestwienie niemieckiej kultury. A zakończyło
się ono zniszczeniem starych niemieckich miast, utratą małych
ojczyzn i zniszczeniem mniejszości niemieckich w Europie Południowo-Wschodniej.
Jednakże nie można wspominać tego samounicestwienia rozpoczynając
od 1944 r. Swój początek musi mieć to wcześniej. Debata taka
nie może mieć nic wspólnego z debatą pani Steinbach - musi
ona również uwzględniać wszelkie obawy i troski naszych sąsiadów.
Zeit: Także
Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych (BdV)
chce Centrum, które opowiadać będzie historię począwszy od
1933 r. Na czym polega różnica między Panem a nią?
Fischer: BdV
nie nadaje się na dyrektora muzeum. Z mojego punktu widzenia
nie chodzi o wypędzenie, lecz o proces samounicestwienia się
Niemców. Tak więc nie o Niemców jako ofiary.
Zeit: Czy
pan sam czuje się ofiarą?
Fischer: Nie.
Upadek narodowego socjalizmu był wyzwoleniem - także lub może
szczególnie dla Niemiec. Gdy w 1987 r. po raz pierwszy odwiedziłem
na Węgrzech wieś, z której pochodzi moja rodzina, przespacerowałem
się po jej ulicach z ostatnim żyjącym mieszkańcem z pokolenia
moich rodziców. Dowiedziałem się, że tych, którzy tam zostali
spotkał o wiele gorszy los. Zostali oni podwójnie wywłaszczeni,
byli podwójnie dyskryminowani: z jednej strony jako mniejszość
niemiecka, z drugiej - w czasach komunistycznych - jako klasa
społeczna.
Zeit: Czy
pańskie pokolenie nie odnosiło się zbyt rzadko do kwestii
wypędzenia, czy był to temat tabu?
Fischer: Ależ
nie. Całe moje dzieciństwo i młodość składają się z opowieści
o wypędzeniu, okupacji, nocnych nalotach i spotkaniach wypędzonych.
Publicystyka tamtych czasów pełna jest treści tego typu. Tabu
stanowiło dla mnie coś innego, mianowicie kwestia niemieckiej
winy, która do połowy lat 60-tych była prawie całkowicie pomijana.
W czasie urlopu przeczytałem książkę Uwego Timma "Am
Beispiel meines Bruders" ("Na przykładzie mojego
brata", przyp. tłum.). W oparciu o biografie rodzinne
- jego brat wstąpił w wieku 19 lat do Waffen-SS i zmarł w
skutek ran w 1943 r. - z dużą dozą współczucia wydobywa on
całą ambiwalencję niemieckiej pamięci. Obawiam się, że debata
wokół Centrum przeciwko Wypędzeniom przyczyni się do zamazania
tej ambiwalencji.
Zeit: Dlatego,
że między wypędzonymi a ofiarami Oświęcimia postawiony zostanie
znak równości?
Fischer: W
ten sposób odczuwają to ofiary narodowego socjalizmu. Samą
próbę osobnego potraktowania wypędzeń uważam w konsekwencji
za niewłaściwą. Przecież zarówno wśród generacji, która przeżyła
wypędzenia jak i wśród ich potomków - wśród milionów Ślązaków,
Niemców Sudeckich, Niemców węgierskich, rumuńskich czy też
byłych mieszkańców Prus Wschodnich nie ma nikogo, kto chciałby
tam wrócić. O Niemcach węgierskich mogę powiedzieć, iż stali
się oni ważnym łącznikiem między Niemcami a Węgrami. Problem
nie polega na niedostatecznym opracowaniu kwestii zbrodni
na Niemcach, i to często Niemcach niewinnych, bo winni uciekli
wcześniej razem z Wehrmachtem, ponieważ wiedzieli, że na łaskę
nie będzie co liczyć. Wszystko to ze szczegółami można wyczytać
w obszernej dokumentacji wydanej przez Związek, stanowiącej
dokument tego sadyzmu. Tak więc w tej kwestii nie ma tematów
tabu.
Zeit: Czy
lewica, np. Daniel Cohn-Bendit czy Peter Glotz, odczuwa potrzebę
pojednania się z wypędzonymi?
Fischer: Jako
wypędzony w drugim pokoleniu nie mogę się przecież pojednywać
sam z sobą.
Zeit: Czy
lewica ma w stosunku do wypędzonych wyrzuty sumienia?
Fischer: Ja
nie mam wyrzutów sumienia w stosunku do samego siebie.
Zeit: Pan
nie ma przecież oporów, by mówić o lewicy w liczbie mnogiej.
Fischer: Wywodzę
się z lewicy, ale i równocześnie z mniejszości niemieckiej.
Zeit: Dziś
mówi pan w imieniu Niemców węgierskich, a nie lewicy.
Fischer: Nie,
mówię tylko w swoim imieniu. Jeśli chce się upamiętnić wypędzenie
w wymiarze narodowym, to nie powinien to być pomnik ku czci
wypędzonych, lecz musi być to projekt, obejmujący tematycznie
niemieckie samounicestwienie. Jeśli chce się dodać "przeciwko
wypędzeniom", musi mieć to kontekst europejski, nie może
więc być projektem narodowym. W przeciwnym razie mogłoby powstać
uzasadnione podejrzenie, że w końcowym efekcie celem jest
napisanie na nowo historii, czyli odwrócenie ról w układzie
sprawca - ofiara.
Zeit: Chce
pan, by w Berlinie powstało Centrum mówiące o samookaleczeniu
się Niemców. Czy nie zrobiliśmy tego budując pomnik Holocaustu?
Fischer: Z
pewnością jest to element centralny. Lecz mnie chodzi także
o straty w sferze kultury. Gdy mówimy o języku niemieckim
w Unii Europejskiej, to ja wiem, że już nigdy nie będziemy
mieli tego, co mieliśmy kiedyś. I nie myślę tu tylko o tym,
że praktycznie nie istnieje już nośnik języka, jakim były
mniejszości niemieckie. Chodzi mi także o to, że język niemiecki
był punktem odniesienia dla elit w wielu zakątkach Europy,
a jego ostoją było żydowskie mieszczaństwo w Niemczech oraz
w dużej części Europy Południowo-Wschodniej. Czy jesteśmy
świadomi, iż do dziś nie udało nam się odrobić strat w dziedzinie
nauki, kultury, filmu, literatury, strat w sferach inteligencji?
Czy zamiast pokazywać palcem na Czechów, czy kogoś innego,
dyskutowaliśmy kiedykolwiek sami z sobą o tym, na ile same
Niemcy odpowiedzialne są za zniszczenie kultury mniejszości
niemieckich? Gdyby czyniła to pani Steinbach, to ta dyskusja
miałaby sens, ponieważ wzmocniłaby wtedy przebiegający w bardzo
krytyczny sposób proces uświadamiania sobie pewnych kwestii
i samoodnajdywania się. I tak odnaleźlibyśmy może coś, co
nasz kraj stracił w czasach panowania nazistów.
Zeit: Czy
ta dyskusja potrzebowała symbolu?
Fischer: To
byłaby następna kwestia. Z pewnością jednak Centrum Ofiar
Wypędzeń nie byłoby takim symbolem.
Zeit: Czy
pomnika Holocaustu nie należałoby postrzegać jako pomnika
postawionego w imieniu nas wszystkich?
Fischer: Jest
on ważnym elementem naszej pamięci. Pomnik Holocaustu jasno
wskazuje na ludobójstwo popełnione na niemieckich i europejskich
Żydach - ludobójstwo, za które odpowiedzialność ponoszą Niemcy.
Zeit: Ale
w Pańskiej wypowiedzi na temat ambiwalencji niemieckiej historii
można by wyczuć pewną niepewność, wynikającą z tego, że z
historii nie da się już nic wyciągnąć.
Fischer: Odpowiedzialność
za naszą historię określa podstawy naszej demokracji. Dziś
budujemy, choć nie bez sporów, właśnie na tej mocnej demokratycznej
tradycji Republiki Federalnej. Budujemy dziś na normatywnej
i instytucjonalnej rzeczywistości jednego z najbardziej liberalnych
społeczeństw europejskich, która głęboko zakorzeniona jest
we wszystkich warstwach społecznych. Brak zaufania, który
przez długie lata wpływał na moje pokolenie - a na mnie aż
do zjednoczenia - zniknął. Nie znaczy to jednak, iż nie należy
być czujnym, np. wobec wszelkich przejawów antysemityzmu i
dyskryminacji mniejszości. Ja nie obawiam się o fundamenty
naszego kraju. Nawiasem mówiąc chciałbym to powiedzieć także
wszystkim tym, którzy są zdania, że rewizjonizm historyczny
tego typu może funkcjonować i doprowadzić w efekcie do fatalnych
konsekwencji. Ja tych obaw nie podzielam.
|