Logo DWPN 1%

Aktualności
Dodaj do ulubionych



11 lutego 2008 r. minęła siódma rocznica śmierci Stanisława Bieniasza


Krzysztof Karwat

Szkic do portretu Stanisława BieniaszaŚląski los

Był i będzie kojarzony z teatrem i dramaturgią, prozą i publicystyką. I tak już pozostanie. Przecież jednak dla wielu mieszkańców Górnego Śląska fakt, że Stanisław Bieniasz był autorem co najmniej kilku bardzo dobrych sztuk teatralnych, nie miał większego znaczenia.Cóż, literatura piękna czy teatr zawsze były i pozostaną obszarami do jakiegoś stopnia elitarnymi. Bieniasz zaś, nigdy nie przestając być przede wszystkim człowiekiem pióra, co rusz wychylał się poza granice sztuki. Może dlatego szanują pamięć o nim także ci, którzy jego książek nie czytali a jego dramatów nie oglądali ani na scenie, ani w telewizji?W roku 2001, po przedwczesnej śmierci Bieniasza, ukazały się w mediach liczne nekrologi, wspomnienia, szkice. W jednym z nich napisano, że Bienasz był "pisarzem śląskiego losu". To opinia prawdziwa i - przyznajmy - zgrabnie wypowiedziana. Co jednak, tak naprawdę, oznacza?Bynajmniej nie nazywa tylko tematyki i problematyki jego twórczości, tym bardziej że Bieniasz napisał wiele tekstów, które bezpośrednio nie odnosiły się do realiów lokalnych, regionalnych, górnośląskich. Uświadommy sobie zatem, że ktoś, kogo nade wszystko zajmuje człowieczy los, precyzyjnie wpisany w meandry historii i konkretny pejzaż społeczny i polityczny, jawnie zabarwiony rodzajem fatalizmu dziejowego, a ten uprawniony jest, gdy myśli się o przeszłości Górnego Śląska, a zatem - ten ktoś, kogo obchodzi człowiek tak bardzo realny, podobny do niego samego lub jego ziomków czy sąsiadów, zapewne nie poprzestanie w swym życiu tylko na zaczernianiu papieru. Tak, to właśnie casus Stanisława Bieniasza - profesjonalnego literata, który miał w sobie pasję "amatorskiego", społecznego działacza, może nawet polityka, cokolwiek te epitety nie miałyby dziś znaczyć. Bieniasz po prostu miał w sobie żar właściwy ludziom, którzy chcą świat naprawić i - co najistotniejsze - wierzą, że jest to możliwe.

***

Dobrze pamiętam jeden z wątków pewnej publicznej debaty, choć po latach nie jestem już pewny, gdzie się ona odbyła. Może w gliwickiej siedzibie Fundacji Eberta, potem przekształconej w Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej? Tego dnia Stanisław Bieniasz, który dopiero od niedawna na powrót mieszkał w rodzinnym Zabrzu po kilkunastu latach pobytu w nadreńskim Mettmann, dość stanowczo zaatakował górnośląskie elity polityczne. Twierdził wówczas, że wymyka się nam z rąk historyczna szansa powrotu do tradycji i dziedzictwa cywilizacyjnego (także politycznego) Górnego Śląska, którym niegdyś region ten mógł się szczycić. Ba, uważał, że obecnie - być może po raz pierwszy w dziejach - wolno i trzeba łączyć wszystkie wątki kulturowe w jedną, nieantagonistyczną całość, wreszcie pozbawioną jednoznacznych podtekstów politycznych czy rewizjonistycznych.Upominając się o pamięć o niemieckiej przeszłości Górnego Śląska, licząc na to, że zostanie ona przez Polaków zrozumiana, zaakceptowana, a nawet w pewnym sensie zaanektowana, pisarz jednocześnie nie krył rozczarowania, jakie w jego przekonaniu przynosiły pierwsze publiczne działania prominentnych przedstawicieli już oficjalnie zarejestrowanej mniejszości niemieckiej. Twierdził, że wyłaniający się z tej przestrzeni nowi politycy za bardzo obróceni są na Zachód, w stronę Republiki Federalnej Niemiec, na ogół szukając sprzymierzeńców i sojuszników w środowiskach Polsce niechętnych, gdy tymczasem  powinni - tak Bieniasz myślał - samodzielnie wyznaczać dla siebie perspektywy tutaj, w III Rzeczypospolitej. Cóż, takie poglądy mogły się wielu ludziom z kręgów mniejszości niemieckiej nie podobać.Dostało się także Związkowi Górnośląskiemu, którego członkowie na początku lat 90. zasilili a gdzie nigdzie wręcz przejęli lokalne "rządy dusz". Bieniasz ubolewał, że to stowarzyszenie, które tyle pięknych haseł i postulatów wpisało w swój statut, pozostaje organizacją elitarną, a nie masową. On chciałby, by do Związku gremialnie wpisywali się wszyscy Górnoślązacy, ci o polskich i ci o niemieckich korzeniach. Pewnie widział, chciałby widzieć w takiej masowej organizacji zalążek przyszłej partii politycznej, nie oglądającej się na dyrektywy płynące z Warszawy.Jego krasomówczy zapał ostudził wówczas Michał Lubina, jeden z tych, którzy Związek Górnośląski zakładali, a wówczas - zdaje się - radny wojewódzki i sekretarz Sejmiku Śląskiego.- Proszę, niech się pan włączy w te działania, nie pozostaje z boku, a wtedy przekona się pan, że pańskie idee, choć ogólnie się z nimi zgadzam, bardzo trudno wcielić w życie. Trudno przebić się przez dziedzictwo państwa komunistycznego. Trudno pokonać apatię ludzi i niechęć do działań na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego - tak mniej więcej replikował Lubina.Dziś, po tylu latach, jeszcze lepiej niż wtedy widać, że w tej argumentacji była rzeczywista i obiektywna siła, którą łatwo było przeciwstawić choćby nawet najszlachetniejszym pisarskim mrzonkom. Tak, mrzonkom, bo Bieniasz był marzycielem, a może nawet czasami fantastą.Jego głos jednak się liczył, zwłaszcza gdy grzmiał z łamów prasy, regionalnej i lokalnej, i świadomie nacechowany był nieraz ostrym ładunkiem polemicznym. A jednak mimo tego twierdzę, że nowe elity polityczne województwa katowickiego i opolskiego (ciągle mowa o latach sprzed reformy administracyjnej) nie traktowały Bieniasza zbyt poważnie. "To w końcu tylko pisarz, nie polityk, nie ważny urzędnik, nie wpływowy działacz" - oto co zapewne mówiła, a przynajmniej myślała w owych latach nowa władza. I nie było w tych słowach, w tych myślach nadmiernej arogancji. Tak to już zwykle jest - powiedzmy sentencjonalnie - że władza, każda władza, ludzi kultury słucha tylko jednym uchem i nawet jeśli podziela ich  krytyczne uwagi, to nie przestaje postrzegać ich jak amatorów, którzy jednak powinni zająć się uprawą swoich pisarskich czy - ogólnie rzecz biorąc - kulturalnych poletek.Z tej perspektywy widać, że Bieniasz musiał w swych działaniach społecznych (i publicystycznych) ponosić niejedną porażkę. I rzeczywiście ponosił. Nie był, bo nie mógł być aż tak skuteczny, jak by sobie to wymarzył. Ale to nie przekreśla, nie wymazuje jego wysiłków. Wprost przeciwnie. Ten szkic zaś wcale nie ma być hagiografią Bieniasza-społecznika, Bieniasza-działacza, Bieniasza-osoby publicznej. On sobie po prostu na taki ulukrowany portret nie zasłużył.Jako się rzekło - porażki, mniejsze czy większe, były wpisane w ten pisarski i człowieczy los. Kiedy przecięła go nagła śmierć, jakże wielu z nas dopiero wtedy zrozumiało, że zasługi Stanisława Bieniasza były aż tak duże. Na jego pogrzebie w Zabrzu, a na cmentarz przy kościele św. Józefa przybyły nieprzebrane tłumy ludzi, także tych, którzy go wcale osobiście nie znali, pośmiertnie udekorowano Stanisława Bieniasza Złotym Krzyżem Zasługi. Odczytano wtedy bardzo piękny, utrzymany niemalże w prywatnym tonie, list premiera Jerzego Buzka.Wspominam o tym, bo po tak długim czasie wolno już zadać takie oto, być może trochę przewrotne i prowokacyjne pytanie: Czy te honory, te wszystkie ciepłe i pełne szacunku słowa, jakie pośmiertnie spadły na autora Starego portfela, bynajmniej nie tylko wtedy, na zabrzańskim cmentarzu, spotkałyby go, gdyby w swym życiu był "jedynie pisarzem"? Jestem pewny, że nie. Bieniasz był postrzegany jako "człowiek z autorytetem". Jako ktoś jednoznacznie kojarzony z Górnym Śląskiem i tym, co się nazywa tutejszą "specyfiką". Tak, był "pisarzem śląskiego losu", ale był także dramatycznym uosobieniem tegoż losu. Ten zaś spełniał się także w społecznej, a nie tylko literackiej przestrzeni. Jak Bieniasz się w niej poruszał? Co go pchało do tych publicznych działań, które z literaturą czy teatrem miały co najwyżej pośredni związek? Odpowiedzieć na te pytania pomogą nam między innymi te osoby, które z nim blisko współpracowały.

* * *

"Od czasów młodości marzył przede wszystkim o teatrze, choć w robotniczym Zabrzu takie tęsknoty, mimo istnienia w tym mieście profesjonalnego teatru i profesjonalnego zespołu aktorskiego, mogły wydawać się nieco ekscentryczne" - pisałem we wstępie do wydanego w roku 2003 przez Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej i Bibliotekę Śląską wyboru sztuk Bieniasza, zatytułowanego "Stary portfel" i inne utwory dramatyczne. "Młody Bieniasz - ciągnąłem ten wywód - uczył się w tamtejszym Technikum Budowlanym, a nie w liceum ogólnokształcącym, którego ukończenie - wydawać by się mogło - jest warunkiem podjęcia w przyszłości pracy literackiej czy teatralnej. W przypadku Bieniasza, a także paru jego przyjaciół, których poznał w szkolnych i pozaszkolnych zespołach amatorskich, było jednak inaczej. To było ciekawe środowisko, którym opiekowali się wartościowi pedagodzy i wychowawcy. Niektóre z tych młodzieńczych przyjaźni przetrwały do końca życia pisarza i zaowocowały wieloma wspólnymi projektami teatralnymi, realizowanymi już na scenach profesjonalnych".Do grona owych przyjaciół, o których tu wspomniałem, należał m.in. Jerzy Kuczera, od wielu lat aktor Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Kuczera potwierdza, że już właśnie w latach szkolnych ukształtowały się zręby prospołecznej, by tak rzec, postawy Bieniasza. A trzeba wiedzieć, że teatr przez tę formację pokoleniową pojmowany był idealistycznie jako narzędzie bezpośredniej ingerencji w rzeczywistość społeczno-polityczną. Był formą działania, które w ówczesnych warunkach ustrojowych, musiały jednak zamykać się w ramach kontrolowanych przez państwo organizacji młodzieżowych, nawet jeśli tolerowane były zachowania niekonwencjonalne i formy aktywności wykraczające poza szkolny standard.- Staszek był w tych latach bardzo aktywny - wspomina Kuczera. - Tak, był działaczem, organizatorem, członkiem ZMS-u,  no i był świetnym uczniem. Nic więc dziwnego, że bez trudu dostał się do Technikum Budowlanego w Zabrzu. Ale warto też pamiętać, że wcześniej - a taki przecież obowiązywał wzorzec wychowania na ówczesnym Górnym Śląsku - był ministrantem. Trzeba znać ówczesny kontekst kulturowy i polityczny, by to wszystko zrozumieć i złożyć w całość. Oto nadszedł rok 1968. Polskie czołgi najechały Czechosłowację. Mniej więcej w tym czasie zrobiliśmy w naszym teatrzyku program pt. Nie zabijać. Ta aktywność społeczna nie była więc potrzebna Bieniaszowi do robienia jakiejś kariery politycznej. To była droga, która w jego przekonaniu zbliżała go do realizacji marzeń artystycznych.W tym ostatnim zdaniu zawiera się bardzo ważna i - co istotne - prawdziwa opinia. Zapamiętajmy ją, bo ona określa sens całego dorosłego życia zabrzańskiego pisarza. Można bowiem powiedzieć wprost: także w późniejszych latach aktywność Bieniasza na polu społecznym zawsze podszyta była ambicjami artystycznymi, refleksją intelektualną. Ale to nie było tak, że Bieniasz owe środowiska lokalne czy regionalne, w których funkcjonował jako osoba publiczna, z wyrachowaniem traktował instrumentalnie. On po prostu wpasował się w taki model strategii pisarskiej obecności, który już od pokoleń na Górnym Śląsku funkcjonował. W tym pogranicznym regionie pisarz, intelektualista, artysta miał zawsze do wykonania jakąś "dodatkową pracę". Bieniasz godził się z tym modelem, traktował go jako naturalny i oczywisty, wiedząc, że przyjęcie wielu ról i funkcji społecznych wcale go jako pisarza nie ograniczy. Ba, on chyba wierzył, że jest wręcz odwrotnie. Może się mylił, ale to zupełnie odrębna kwestia. Fakt pozostaje faktem - dla Bieniasza działalność społeczna była poniekąd częścią działalności literackiej, teatralnej czy publicystycznej. I vice versa.Źródeł takiej prospołecznej postawy trzeba zatem szukać w latach młodości Bieniasza. Jerzy Kuczera też nie ma co do tego żadnych wątpliwości.- Nasze teatralne próby i dyskusje kończyły się często w późnych godzinach nocnych - podkreśla aktor. - Wiele zawdzięczaliśmy prof. Joannie Smalcowej, która była wielkim przyjacielem młodzieży i akceptowała te nasze pasje. Dziś, po tylu latach, choć na te nasze marzenia i ówczesne prace trzeba patrzeć z dystansem, wiem, co leżało u ich podstaw. Skazywaliśmy się na swoją obecność. Chcieliśmy być i działać razem, wspólnie. Cele były, bo musiały być dość mgliste, ale przecież szlachetne. To był nasz pomysł na życie.Niemal identycznie widzi te kwestie Andrzej Wilk - jeden z aktywnych uczestników tamtych młodzieńczych działań artystycznych, który po latach wielokrotnie, już na płaszczyźnie stricte zawodowej, współpracował z Bieniaszem, pełniąc odpowiedzialne funkcje w Urzędzie Wojewódzkim czy Marszałkowskim w Katowicach, a w ostatnich latach pracując jako naczelnik Wydziału Kultury i Sportu Urzędu Miejskiego w Zabrzu.- Joanna Smalcowa preferowała teatr faktu politycznego - wyjaśnia Wilk. - To była ciekawa i atrakcyjna dla naszej generacji formuła wypowiedzi. Ale Staszek był niepokorny, więc rzeczywistość polityczną widział "ostrzej" niż nasi nauczyciele. Niebawem zaczął robić swój teatr. W obecnej sali witrażowej zabrzańskiego Muzeum Górnictwa Węglowego, bo w tym budynku mieściło się wówczas nasze technikum, próby i spektakle czasem trwały do późnej nocy. Towarzyszyły tym działaniom duże emocje, jakiś rodzaj napięcia duchowego. Myślę, że właśnie wtedy Bieniasz ukształtował się jako człowiek, który dużą wagę przykłada do ideałów pozytywistycznych. Teatr czy w ogóle sztuka miała w jego przekonaniu odzwierciedlać realne fakty społeczne i polityczne, realne zdarzenia, realną rzeczywistość.- Nie lubił polskiego romantyzmu - przypomina Kuczera. - Ileż to razy z jego ust słyszałem słowa o tym, że nie rozumie, nie czuje tego akurat fragmentu dziejów naszej kultury.

***

Skoro nie romantyzm, to co? Pozytywizm? Zgódźmy się, że postawa człowieka, który wierzy, że tylko solidna praca u podstaw, uparte, z konieczności niespieszne przełamywanie stereotypów w postrzeganiu Górnego Śląska (i historycznych zaszłości polsko-niemieckich) rzeczywiście wymagają akceptacji pozytywistycznego modelu działania. Pisarskie pióro przestaje w takich przypadkach wystarczać.Wzorce takiego myślenia Bieniasz czerpał nie tylko z lokalnych tradycji, które były mu tak bliskie. Podpatrzył je również na Zachodzie, w Niemczech, gdzie przez 13 lat mieszkał i pracował. Będzie się potem do tych doświadczeń i obserwacji odwoływał w późniejszych latach, także wtedy, gdy będzie już radnym w Zabrzu.Mimo, że zwłaszcza pierwsze lata spędzone w Niemczech nie były dla pisarza łatwe, to przecież nie pozostawał z boku. Szukał kontaktów w środowiskach śląskich, niemieckich i polskich. Pracował w muzeum w Ratingen, współpracował z radiostacjami polskimi i ośrodkami emigracyjnymi. Dał się tam poznać jako człowiek aktywny, operatywny, działający w różnych obszarach. Wtedy poznał go Thaddäus Schäpe, po przełomie ustrojowym w Polsce dyrektor śląskiego Biura Fundacji Eberta, a później szef gliwickiego Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej, który jeszcze wtedy nie mógł wiedzieć, że ich drogi za parę lat znowu się skrzyżują.- Po raz pierwszy spotkałem Bieniasza, gdy mieszkał jeszcze w Niemczech. Nie miał stałej posady - wspomina Schäpe. - Ale to do pewnego stopnia był jego wybór. Był "wolnym strzelcem". Instytucje, z którymi współpracował, były jednak bardzo poważne, a jego pracę i kwalifikacje wysoko oceniano. To był ktoś. Kiedy się o tym przekonałem, poprosiłem go o pomoc przy jakichś tłumaczeniach. Tak to się zaczęło.Jerzy Kuczera, który oglądał te lata z drugiej strony "żelaznej kurtyny", w pewnym momencie miał okazję odwiedzić swego przyjaciela w niemieckim Mettmann.- Staszek pokazał mi różne miejsca i środowiska, w których bywał i pracował jako pisarz i dziennikarz - wspomina aktor. - Na jednym ze spotkań literackich, gdzie było kilku niemieckich pisarzy, mogłem się przekonać, że słowa Bieniasza przyjmowane są z szacunkiem i zrozumieniem. Ceniono go, bo wiedziano, że prozę drukował w Londynie, że współpracował m.in. z paryską "Kulturą" i Radiem Wolna Europa.Także w Niemczech - podobnie jak Schäpe - poznał Bieniasza Wojciech Pacula, dziś doświadczony i ceniony dziennikarz Radia Katowice, w tamtych latach - stażysta w Redakcji Polskiej Deutsche Welle.- To był gorący czas ustrojowego przełomu w Europie Środkowej - przypomina Pacula. - Bieniasz pisał felietony dla tej stacji, komentował zdarzenia kulturalne, ale także to, co działo się w kraju. Stanisław chyba wtedy po raz pierwszy poważnie zaczął myśleć o powrocie do miejsca, gdzie się urodził. Sytuacja polityczna zmieniała się. Katowice nawiązały partnerskie stosunki z Kolonią, a ja robiłem na ten temat programy radiowe. Bieniasz służył mi pomocą, pokazał miasto i ludzi. Pamiętam, jak bardzo był ciekawy tego, co dzieje się w Zabrzu i na Górnym Śląsku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że niebawem spotykać się będziemy na imprezach organizowanych przez gliwickie Biuro Fundacji Eberta.Pacula nie mógł również wiedzieć, że Bieniasz po powrocie do Polski założy Regionalne Towarzystwo Polsko-Niemieckie i zaprosi katowickiego dziennikarza do pracy w zarządzie tego stowarzyszenia. A już w ogóle nie mógł przypuszczać, że po śmierci zabrzańskiego pisarza, to właśnie on przejmie fotel prezesa RTPN, by wkrótce skutecznie wnioskować o to, aby patronem tego towarzystwa został właśnie Stanisław Bieniasz.- W latach 1992-93 dyskutowaliśmy z Bieniaszem o tym, jak powinno być zorganizowane życie polityczne na Górnym Śląsku - wspomina Pacula. - Czuło się, że Stanisław nie chce pozostawać z boku tych wydarzeń, które decydowały na przykład o decentralizacji Polski. Analizował pozycję Związku Górnośląskiego i rolę, jaką to stowarzyszenie powinno w przyszłości odegrać. Często odwoływał się do doświadczeń miast niemieckich, ze szczególnym uwzględnieniem Zagłębia Ruhry. Stąd jego aktywność w ramach projektów Fundacji Eberta, która podjęła pionierskie zadania w ramach, tak to nazwijmy, edukacji samorządowej. Niby było to odległe od zainteresowań artystycznych Bieniasza, a jednak go te obszary działania pociągały. Inna rzecz, że zaczął przekonywać swoich partnerów społecznych, że warto pogłębiać polsko-niemiecką współpracę kulturalną, że warto zweryfikować regionalną historię, a w każdym razie lepiej ją poznać i popularyzować.Te wyznania współbrzmią z obrazem Bieniasza, jaki zapamiętał Thaddäus Schäpe: - Po latach, gdy nasze drogi znowu się zeszły, Bieniasz okazał się tym człowiekiem, który przekonał mnie, jak ważną rolę w lepszym ułożeniu stosunków polsko-niemieckich odgrywać może kultura. Fundacja Eberta, a później Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej w pierwszych latach skupiły się na innych obszarach - polityce regionalnej, gospodarce, restrukturyzacji, decentralizacji i kwestiach samorządowych. Obecność Bieniasza, który jednak nigdy nie był etatowym pracownikiem Domu, te proporcje stopniowo zmieniała. Dzięki niemu zrozumiałem, że kultura jest wspaniałym instrumentem. To myślenie przejęliśmy właśnie od niego i teraz silniej niż kiedyś je eksponujemy. Bo też przyszedł na to właściwy czas.Warto w tym miejscu przypomnieć choćby tylko jeden okazały projekt kulturalny, który w drugiej połowie lat 90. Bieniasz zrealizował z Domem Współpracy Polsko-Niemieckiej. Mowa o dwudniowej sesji literacko-naukowej poświęconej dziedzictwu polskiej i niemieckiej literatury kresowej. Pozostało cenne świadectwo tamtych działań. Ukazała się potem dwujęzyczna książka, będąca zbiorem wygłoszonych wówczas referatów i zapisem dyskusji, jakie tym tekstom towarzyszyły. Po latach widać, że sesja ta miała zdecydowanie ponadlokalny i ponadregionalny wymiar. Wnioski wtedy wypracowane, do dziś zachowały aktualność i merytoryczną wagę.Bieniasz był również inicjatorem serii spotkań literackich. Do Gliwic, ale także innych śląskich miast, zaczęli przyjeżdżać autorzy książek w ten czy inny sposób kojarzonych z regionem. Były wystawy plastyczne czy fotograficzne. Dyskusje panelowe, publikacje prasowe. Roli, jaką Bieniasz odegrał w animowaniu tego typu imprez i spotkań, nie sposób przecenić. Nie można także sprawiedliwie jej zmierzyć, bo z czasem jego idee przejmowali inni, młodsi. Problematyka polsko-niemiecka, także ta oglądana w perspektywie regionalnej, zdobywała sobie coraz mocniejsze prawo obywatelstwa w mediach, a w konsekwencji - także w świadomości społecznej mieszkańców województw śląskiego i opolskiego. Zaczęła również przenikać do programów edukacyjnych. Bieniasz przykładał do tych spraw wielką wagę.Najwyrazistszym przykładem i dowodem mógłby być projekt Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej zatytułowany Historia rodzin na Górnym Śląsku. Zabrzański pisarz bardzo się zaangażował w to przedsięwzięcie. Sam zresztą je wymyślił, więc bardzo mu zależało, aby ten projekt zakończył się sukcesem. Odwiedził więc dziesiątki szkół, gdzie przekonywał nauczycieli i uczniów do udziału w tym gigantycznym konkursie na literacki zapis familijnych rodowodów.No i udało się, co mogę wiarygodnie potwierdzić, bo zaproszony zostałem do prac jurorskich. Czytaliśmy dziesiątki fascynujących opowieści pisanych przez gimnazjalistów i licealistów. Powstała barwna mozaika losów, spod której wyłonił się obraz nie tylko przeszłości Górnego Śląska i jej tragicznych epizodów, ale także - wizerunek współczesnego społeczeństwa, jakże bardzo etnicznie i mentalnie wymieszanego. Zresztą prawdziwość moich słów jest do zweryfikowania. Końcowym efektem Bieniaszowego projektu jest książka, dostępna m.in. w wielu bibliotekach śląskich miast i gmin.

* * *

- Bieniasz nie był zawodowym politykiem ani dobrym menedżerem - zdecydowanie twierdzi Thaddäus Schäpe i nie jest w tej opinii odosobniony. - To, że został radnym w Zabrzu, nie zmienia mojego poglądu. Wchodząc do Rady Miejskiej, sam sobie potwierdził swoje wcześniejsze przekonanie, że polityka to brudny interes. Narzekał na tzw. układy, ale rąk nie opuszczał. Działał w obszarze kultury, bo w nim się najlepiej czuł, a z Domem Współpracy Polsko-Niemieckiej też kontaktów nie zerwał. Ba, otworzył także pole naszej współpracy z zabrzańskimi instytucjami kulturalnymi, na przykład z prowadzonym przez Mariana Gerlicha Muzeum Miejskim.Kiedy zna się twórczość literacką Bieniasza, tym trudniej pojąć, dlaczego autor Starego portfela zdecydował się, by wystartować w wyborach samorządowych i w konsekwencji - tak głęboko zaangażować się w życie społeczne i polityczne lokalnej społeczności. Z jednej strony - był do tego ideowo i biograficznie, by tak rzec, przygotowany, ale mentalnie - chyba jednak nie, i rzeczywiście trudno było w nim dostrzec rasowego polityka, niechby nawet wymiaru lokalnego czy regionalnego. Jego temperament pisarski czy publicystyczny trochę kłócił się z tym, co przyszło mu robić w Radzie Miejskiej i Komisji Kultury i Sportu, której został przewodniczącym.I to się rzeczywiście potwierdziło, choć parę ważnych inicjatyw i pomysłów zdołał zrealizować. Przede wszystkim Bieniasz wymyślił i opracował koncepcję programowo-ideową Ogólnopolskiego Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona", którego gospodarzem jest co roku zabrzański Teatr Nowy. Ten festiwal znakomicie się w mieście przyjął i zdobywa z roku na rok coraz szersze uznanie, także poza województwem śląskim. Żałować tylko trzeba, że autor Biografii nie doczekał nawet pierwszej edycji tego konkursowego przeglądu teatralnego, na którym jedną z nagród jest Medal im. Stanisława Bieniasza przyznawany przez miesięcznik "Śląsk" temu teatrowi, który przygotuje najlepszy spektakl festiwalu.Bieniasz uporządkował także działalność mniejszych instytucji kulturalnych działających na obszarze Zabrza. Snuł wizje i plany, których jednak nie zdążył zrealizować. Nie tylko dlatego, że zabrakło mu czasu. Podejrzewać wolno, że jego temperament i charakter nie zawsze zjednywały mu przyjaciół. Był radykalny nie tylko w czynach, ale i słowach. W dyskusjach i polemikach nie udawał, bo nie umiał udawać dyplomaty. Wchodził więc w rozmaite zwarcia.To zresztą niemożliwe, by móc dogodzić wszystkim, tym bardziej że były okresy, gdy na łamach lokalnej prasy funkcjonował jako bezkompromisowy felietonista, dotykający tzw. spraw trudnych, ale również trudnych do rozwiązania. Zrozumienie i akceptację znalazł w środowisku Unii Wolności. To z jej listy w roku 1998 wystartował w wyborach samorządowych w centrum Zabrza i tę batalię wygrał, choć członkiem tej partii nigdy nie był.- Można przyjąć, że to ja byłem tym człowiekiem, który bezpośrednio skłonił Stanisława do udziału w tych wyborach - przyznaje Maciej Śliwa, w latach 1998-2002 wiceprezydent Zabrza. - Przed wyborami szukaliśmy człowieka, który godnie by nas reprezentował w Radzie Miejskiej. Nie pamiętam, kto pierwszy podpowiedział to nazwisko. W każdym razie to ja do niego zadzwoniłem, ja odwiedziłem go w jego domu na Okrężnej i już podczas pierwszego spotkania uzyskałem wstępną zgodę. Jego kandydaturę poparło także Stowarzyszenie Kupców Zabrzańskich.Można więc po latach przyjąć, że Bieniasz był niejako przygotowany i otwarty na taką propozycję bezpośredniego zaangażowania się w życie publiczne rodzinnego miasta. Zapewne jednak wtedy nie przypuszczał, że łączyć się to będzie z pewnym mozołem i biurokratycznym trudem, choć mógł liczyć na wsparcie takich ludzi jak na przykład Andrzej Wilk, który był już wtedy naczelnikiem zabrzańskiego Wydziału Kultury i Sportu.- Dobrze się rozumieliśmy, a nasza współpraca przeradzała się w przyjaźń - wyjaśnia Wilk. - Znaliśmy się przecież od tylu lat.A jednak rola radnego czasem Bieniasza uwierała. Jako przewodniczący komisji musiał zajmować się także sprawami, na których się nie znał i głośno się do tej swojej ignorancji przyznawał. Sportu nie rozumiał i nie czuł, ale taka deklaracja, choćby nawet najszczersza, w tych akurat środowiskach, też przecież dotkniętych przez kryzys moralny i finansowy, zwolenników nie mogła mu przysporzyć. Cóż, to jest właśnie polityka. Jej twarde reguły musiały w Bieniasza uderzać rykoszetem. Pisarz co rusz napotykał więc na opór materii i dość silną opozycję, zarzucającą mu preferowanie wyłącznie tzw. kultury wysokiej. Za tymi zarzutami krył się niejawny, lecz dotkliwy przytyk, że pewnie jako przewodniczący będzie myślał wyłącznie o sobie jako pisarzu i dramaturgu. Paradoksalnie więc - w mieście za bardzo nie ujawniał się jako pisarz, którego ambicje teatralne nie są, bo nie mogą być zaspokojone. W jakimś stopniu płacił więc jako autor sztuk i publicysta, który musi teraz zachowywać pewną powściągliwość i wstrzemięźliwość. Usunąć się niejako na bok, by nie narazić się na niepotrzebne zarzuty.- Jako przewodniczący komisji bywał chaotyczny, niekiedy roztargniony i nie zawsze umiał zapanować nad dyscypliną wypowiedzi członków komisji - przyznaje Śliwa. - Dochodziło więc do mniejszych lub większych zgrzytów. Ale Stanisław miał też inną, znakomitą cechę. Na posiedzeniach plenarnych był bardzo aktywny i kreatywny. Wiele jego pomysłów przeszło i jest do dzisiaj realizowanych. Na przykład konkurs inicjatyw kulturalnych. Albo - Wszechnica Zabrzańska, która dziś realizowana jest z powodzeniem jako Uniwersytet Otwarty. Pierwotnie była to koncepcja właśnie Stanisława. Nie udało się wcielić w życie jego innego pomysłu, czyli powołania instytucji miejskiej, która integrowałaby i koordynowała wszystkie działania kulturotwórcze w mieście. Bolało go, że nie udało mu się przekonać radnych do tej skądinąd ciekawej wizji. Porażkę ponieśliśmy organizując festiwal filmów dokumentalnych. Pomysł był - twierdzę - bardzo dobry, ale niestety oddaliśmy go do realizacji niewłaściwym ludziom. Dobra merytorycznie impreza rozłożyła się, bo nie zadbano o jej odbiorców.Bieniasz jako aktywny i silnie zaangażowany społecznie radny obijał się również o innego typu mur. Snując wizje szersze, godne pisarza i wytrawnego publicysty, działać musiał lokalnie. No bo taka jest natura pracy radnego. Być może więc powinien był kandydować do Sejmiku Wojewódzkiego, bo to było niejako naturalne miejsce konfrontacji idei? Los chciał inaczej i nie było dane Bieniaszowi podjąć tego typu wezwania. Niewykluczone, że właśnie taka byłaby naturalna kolej rzeczy. Ale to już sfera spekulacji.

* * *Bieniasz, choć z pozoru był człowiekiem opanowanym i spokojnym, nawet sprawiającym wrażenie flegmatyka, w rzeczywistości - nie zawsze potrafił zdusić nadmierny ogień i entuzjazm, który się w nim od najmłodszych lat palił. Czy to była wada? Ułomność charakteru? Nie sądzę, bo jeśli komukolwiek to przeszkadzało, to przede wszystkim jemu. A to przestaje mieć znaczenie w obliczu tego wszystkiego dobrego i pożytecznego, czego dokonał w swym krótkim, ledwie 50-letnim życiu.Ci, którzy postrzegali go poprzez pryzmat jego dokonań literackich, teatralnych i publicystycznych, widzieli w nim "klasycznego Górnoślązaka". I nie jest to wyobrażenie fałszywe. Ale przecież Bieniasz nie mieścił się w takim stereotypie, nawet jeśli założymy, że zawiera on wyłącznie cechy pozytywne i godne naśladowania. Cóż, nie wydaje się, by Bieniasz był człowiekiem praktycznym. Co to znaczy? Nie zawsze umiał - jak to się mówi - "zadbać o swoje". Chodząc twardo po ziemi, właśnie jak "klasyczny Górnoślązak", bywał nieraz, niczym młody wrażliwy poeta, bezradny wobec życiowych trudności i przeciwieństw losu. Zawsze się wprawdzie podnosił, ale gdzieś po drodze coś także tracił.Pracował dużo. Może za dużo? Spalał się i wypalał, by po krótkich chwilach wytchnienia rzucać się w wir nowych wyzwań, świeżych planów i koncepcji. Nosił więc w sobie cały wór sprzeczności, które trudno było zmieścić w jednym człowieku.

Był - jak przystało na pisarza - indywidualistą. Indywidualistą, który sprawdzał się w działaniach na rzecz wspólnot lokalnych i samorządowych. Znowu sprzeczność? Tak, ale pewnie gdyby nie te przeciwstawne wektory, które się w nim ścierały, a jednocześnie pchały go do mozolnej pracy, dziś nie mielibyśmy o czym pisać. A jest przecież inaczej - w tym, co Stanisław Bieniasz po sobie pozostawił, zawiera się czytelne przesłanie, które warto i trzeba przejąć. Górny Śląsk, jego harmonijny rozwój i jego przyszłość, nie może być pozostawiony tylko w rękach technokratów i niewrażliwych na jego problemy polityków-profesjonalistów. Potrzebuje wsparcia ludzi, którzy odczytają kulturowy kod wpisany w tę ziemię i jej zawiłe dzieje. Dopiero wtedy można próbować skutecznie podejmować dzieło naprawy regionu tak silnie zdegradowanego i z takim niepokojem spoglądającego w przyszłość.

 

  

11 lutego 2008 r. minęła siódma rocznica śmierci Stanisława Bieniasza - człowieka inspirującego wiele ważnych przedsięwzięć realizowanych m.in. przez Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej, w których podejmował przede wszystkim problematykę górnośląską.

11 lutego 2008 r. - to data, która przypomina o przedwczesnym odejściu przed siedmiu laty zabrzańskiego pisarza, dramaturga i śląskiego intelektualisty Stanisława Bieniasza.

W jego twórczości stale pojawiały się wątki i pytania wyznaczające granice i dylematy górnośląskiego losu. Nawet w rozmowach o literaturze, teatrze i historii Stanisław Bieniasz nawiązywał do spraw śląskich i polsko-niemieckich: powikłanej górnośląskiej tożsamości i nostalgii oraz niejednoznaczności wyborów ludzi tej ziemi, która nie przestała go nigdy fascynować.

Przypomnijmy, iż owocem współpracy Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Polsko-Niemieckiego Towarzystwa im. Stanisława Bieniasza z przedstawicielami świata kultury województwa śląskiego oraz Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej było wydanie dwóch pozycji, które do dziś są swoistym podsumowaniem dzieła zabrzańskiego pisarza. Jest to zbiór dramatów Stanisława Bieniasza pt. "Stary portfel" oraz wybór publicystyki i prozy "Górny Śląsk - świat najmniejszy". Całość wypełnia przynajmniej część twórczego testamentu Bieniasza, który wpisał się - i, mamy nadzieję, wciąż na nowo będzie wpisywał się - w główne nurty dyskusji o wczorajszym, dzisiejszym, a nade wszystko - jutrzejszym Górnym Śląsku. Jesteśmy przekonani, że nasz region, z jego zawiłą, ale jakże interesującą historią i wielokulturowym dziedzictwem, potrzebuje mądrego słowa. Obie publikacje można nabyć w gliwickiej siedzibie Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. Zapraszamy.

 

Publikacje:

Górny Śląsk - świat najmniejszy
Stanisław Bieniasz
więcej informacji

cena: 22zł

 

 

 

"Stary portfel i inne utwory dramatyczne"
Stanisław Bieniasz
więcej informacji

cena: 30zł

 

 

Losy Górnoślązaków w dwudziestym wieku
Stanisław Bieniasz
publikacja dostępna w formacie Acrobat Reader - pdf (223KB)

 

 

 

Senator
Stanisław Bieniasz
publikacja dostępna w formacie Acrobat Reader - pdf (394KB)

 



« wstecz


MENU DZIAŁU
POWRÓT DO MAPY
HIT WYDAWNICZY


Atlas Historyczny
Górny Śląski
w XX wieku
HAUSBOOKS.pl
Hausbooks.pl
NASZE PROJEKTY

CBMN
Portal organizacji Pozarządowych Województwa Opolskiego
Opolska Kuźnia Przedsiębiorczości 4
Bilingua
Archiwum Historii Mówionej